|
„Wielu celebrytów publicznie deklaruje, że nie wierzy w Boga, i krytykuje Kościół. Skąd taka moda?”, zapytuje Wojciech „Pięć Piw” Wybranowski. No, ciekawe skąd. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że pewnie z zagranicy. No i bingo. „To nie jest tylko polskie zjawisko. Można je obserwować na całym świecie – mówi «Rz» ks. Bogdan Bartold”. Skąd wiedziałem? A bywało się na świecie czasami. Taki celebryta jeden z drugim przeczyta we francuskim „Vogue’u”, że w tym sezonie wiara w Boga jest passé, i powtarza bezmyślnie, zamiast sprawdzić, że w Polsce mamy swoje własne trendy. Np. akcję: „Nie wstydzę się Jezusa”. Na szczęście są celebryci, którzy wiedzą, co w trawie piszczy. Nie wstydzi się Jezusa np. kabaret Mumio. Mógłbym zapytać, czy jest w ogóle coś, czego się wstydzą, ale tak się składa, że widziałem parę występów Mumio oraz czytałem wiersze Dariusza Basińskiego, więc wiem, że byłoby to złośliwe pytanie. Ktokolwiek ma telewizję i oglądał w niej jakiś polski kabaret wie, że wstyd nie jest w tym środowisku jakoś powszechnie zrozumiałym, czy w ogóle używanym pojęciem.
Ale wróćmy do Wybranowskiego. Nie chciałbym, żeby ktoś pomyślał, że z nim polemizuję. Równie dobrze można polemizować z wiatrem w polu, co z człowiekiem, który potrzebuje hajlować, żeby napić się piwa. Choć nie da się ukryć, że to ciekawy przypadek. Artykuł, w którym Wybranowski snuje swoje fantazje o modzie, nosi tytuł Wrogowie Pana Boga, a jego teza została streszczone w leadzie: „Walka z religią, księżmi i Kościołem stała się dobrym sposobem na zrobienie kariery lub dużych pieniędzy”. Prawdę mówiąc, to dość grząski temat i dziwię się, że „Rz” nie boi się go podnosić. Skoro walka z religią może pomóc w robieniu karieru i zarabianiu pieniędzy, to co dopiero z samą religią? Łatwiej chyba zrobić karierę i pieniądze w ramach jakieś instytucji, niż na walce z nią? Nieprzypadkowo bankierzy są statystycznie bogatsi od okradających banki. Przykłady można mnożyć. Ale czy naprawdę trzeba?
O ile łatwo policzyć, ile pieniążków zarobił naczelny „Faktów i Mitów” czy Jerzy Urban, bo wypełniają zeznania podatkowe, o tyle majątek zrobiony przez Kościół i na kościele można tylko szacować. Finanse Kościoła to właściwie czarna dziura. Nie odprowadza przecież podatków od pieniędzy dawanych na tacę, kolędę, czy przy innych okazjach. Nikt nie ma nawet obowiązku tych pieniędzy liczyć. A nieruchomości, posiadłości, Caritasy itd., itp.? To są sprawy jakoś tam znane i nie o tym chciałem. Ale gdy się twierdzi, że na walce z Kościołem można zrobić majątek, to trzeba pamiętać, że jest na czym zarabiać.
Skoro już Wybranowski pisze o modzie na walkę z religią, to dziwię się, że nie wspomniał o najnowszej. Ale może dlatego, że nie dotarła jeszcze do Polski. W takich Stanach np. atakuje się księży i oskarża o molestowanie seksualne. W grę wchodzą miliony, ale nie złotych, jak w Polsce, tylko dolarów. Dopiero w ten sposób można zarobić prawdziwe pieniądze. Ale jakim do tego trzeba być przemyślnym i perfidnym. Żeby już w wieku młodym, czasem nawet przedszkolnym, uwieść księdza, licząc na przyszłe odszkodowanie. Bo przecież było pewne, że kiedyś to się opłaci. Nie uwierzę, że dzieciaki robiły to bezinteresownie. Dziw, że Wybranowski nie piętnuje takich poczynań. Mam nadzieję, że gdy ta moda dotrze do Polski, nie będzie milczał.
Bo przecież w tym wszystkim chodzi wyłącznie o pieniądze. Jest popyt, jest podaż. Skoro nawet w tak nabożnym piśmie jak „Rz” to wiedzą, trudno się dziwić, że i ateiści się zorientowali. Choć trochę jest to jednak smutne. Zawsze myślałem, że Nergal podarł Biblię, bo mu się nie podobała, a tu okazuje się, że zrobił to tylko dla kaski.
No, ale cóż. Taki to już smutny dzień. Po raz już 2011 Bóg pewnie znowu się nie narodzi. Ale i tak będziemy czekać. Choć może niedokładnie wszyscy i nie zawsze na to. W badaniach CBOS-u okazało się, że Boże Narodzenie tylko 29 procentom ludzi (głównie starszym, z wykształceniem podstawowym i mieszkającym na wsiach) kojarzy się z Bożym Narodzeniem. Trudno się dziwić. Bóg się narodzi albo nie. Ale bez prezentów i wyżerki, co to za Święta? I czy jest w tym ostatecznie coś złego? Na powtórne przyjście Boga można czekać zawsze, a okazje, żeby spotkać się z bliskimi i obdarować czymś więcej, niż tylko zmęczonym spojrzeniem i warknięciem, nie zdarzają się wszystkim znowu aż tak często.
Na podobny temat
|
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...
krążownik Aurora? czemu nie. tylko, ż...