Integrować to nie znaczy wymagać od imigrantów, by dostosowali się do pierwotnie obowiązujących zasad społeczeństwa przyjmującego, integrować to znaczy współpracować nad powszechnym ustanowieniem na nowo zasad rządzących całym społeczeństwem. Daniel Cohn-Bendit
nie znamy się za bardzo, lecz kiedyś „Pod Jaszczurami” powiedziałeś mi „cześć”, chociaż nie sądziłem, że możesz wiedzieć, kim jestem, choć właściwie mogłeś, bo spotkaliśmy się już wcześniej. Powiedziałeś mi „cześć”, co mnie ucieszyło, choć wiem, że to głupie. Czasem można jednak czuć rzeczy, które są głupie i chyba tylko w ten sposób da się zrozumieć Twój ostatni felieton w „Polityce”. Po jego lekturze poczułem się jak Twój starszy brat, a może nawet wujek. Żeby nie powiedzieć ciocia. Miałem ochotę Cię przytulić do biustu i powiedzieć: „Już dobrze, Michaś, już nie płacz, wszystko będzie dobrze.” Ale wiem, że nie będzie. Jednak nie tylko dlatego tego nie zrobię. Też dlatego, że - mimo wszystko - nie jestem twoją ciocią, ani nawet rodziną. I w ogóle jestem dziewięć lat młodszy, więc wypieram takie uczucia. Moja dziewczyna po lekturze „Pisarza w medialnej sieczce” powiedziała, że chyba masz depresję. Ale ja myślę, że to nie to. Myślę, że Twój problem ma głębsze korzenie i nie da się go określić za pomocą modnych terminów medycznych jak: depresja, anoreksja, dysleksja, czy stwardnienie rozsiane. Jednak fakt, że masz problem, nawet ślepy by dostrzegł. Gdyby obejrzał Kubę Wojewódzkiego. Albo gdyby ktoś mu przeczytał któryś z Twoich wywiadów.
Ja wiem. Chcesz być sprytniejszy, chcesz przechytrzyć wszystkich. To zrozumiałe. Wszyscy tego pragniemy. Rozumiem więc, gdy przyznajesz, że: „Musi więc być i plastik i moje nad nim górowanie.” Rozumiem. Naprawdę. Plastik jest wszędzie. Nie da się przed nim uciec. Jest w naszych ubraniach i w naszym jedzeniu. W naszych samochodach i na naszych dziewczynach. Musi też być w książkach. To jasne. Książki, co prawda, są z papieru, ale bez plastiku się nie obejdzie. Kto jak kto, ale ja to rozumiem. Nie bez powodu moja książka była foliowana. I dołączony był do niej kondom. Nie bez powodu. Czytam więc te Twoje wywiady i myślę sobie ok. Każdy musi trochę się skurwić. Już gdzieś o tym słyszałem. Każdy trochę to robi. Nie ma co się krygować. To miłe, że się nie krygujesz. Ale w pewnych momentach bywasz, jak dla mnie, doprawdy aż za bardzo szczery. Twierdzisz, że najwięcej krzywdy zrobił Ci „Dziennik” i „Newsweek”. Ok. Zostawmy więc Axela Springera (choć nie wiem, czy tak daleko mu do Bertelesmanna, ale zostawmy). Poczytajmy wywiad, który udzieliłeś dla Onetu. Medium bardziej niszowe, internetowe. Powiedzieć można więcej, odważniej. Kto będzie chciał przeczyta. Co zrozumie, to jego. Zresztą sam piszesz na swoim facebooku, że to najlepszy wywiad. Ok. Ja Ci wierzę. Biorę to za dobrą monetę. I czytam: „za dwadzieścia lat może już naprawdę nikogo nie interesować, kto dostał w tym roku Nike, czy o kim ten czy ów profesor ma dobre zdanie. Celebryci będą robili modę, sygnowali perfumy, pisali książki, poradniki, śpiewali itd. Najbardziej intratne zawody zostaną opanowane przez nich.” Doprawdy ponura to diagnoza. Ale właściwie dlaczego za dwadzieścia lat? Dziś jest inaczej? Celebryci nie piszą? Kogoś interesuje o kim ten czy ów profesor ma dobre zdanie? Fakt, że „Wyborcza” ogłasza nawrót zainteresowania poezją, bo sprzedało się pięć tysięcy tomików Tkaczyszyna-Dyckiego jest chyba trochę naciągany zważywszy, że żyjemy w prawie czterdziestomilionowym kraju. Nie ma w Polsce takiej książki, którą przeczytałoby więcej osób, niż każdego dnia ogląda „Taniec z Gwiazdami”. Ale czy kiedykolwiek była? I nie mów mi, że kiedyś nie było „Tańca…”. Więc rozumiem, gdy przyznajesz: „teraz robię nowy show, a dopiero potem książka. Zamierzam je zresztą pisać coraz rzadziej.” Naprawdę rozumiem.
Show to show. Tylko trochę mnie dziwi po co w ogóle piszesz książki, skoro tak naprawdę to chcesz mieć swój własny program w telewizji? O tym akurat opowiadasz „Wyborczej”. Ale wróćmy do Twoich żalów, na to, że media Cię nie biorą poważnie, jakie roztaczasz w „Polityce”. Tej drugiej, obok „Wyborczej”, gazety, w której Tokarczuk może pokazać się nie biorąc udziału w paskudnej, medialnej sieczce. Ty niestety nie jesteś Tokarczuk. Choć jakoś trudno mi z tego powodu płakać. Podobno jak trudno mi płakać z powodu, że nie sprzedasz się bez superpromocji. „Lubiewo” jakoś sprzedało się bez superomocji. Rozumiem, że nie wszystkie Twoje książki muszą być tak świetne. A wszystkie chciałbyś, żeby się sprzedały. Ale w momencie, gdy sprzedaż jest Twoją główną motywacją, to musisz zrozumieć, że nie wszyscy mogą brać Cię na poważnie. Mi na przykład jest trudno. Na przykład, gdy przyznajesz, że dzięki występowi u Wojewódzkiego „ktoś będzie kojarzył, dobrze, źle, ale kojarzył.” Choćby dlatego, że jeszcze niedawno opowiadałeś anegdotę, że uczniowie, którzy gadali o obejrzanym programie nie byli w stanie sobie przypomnieć, kim był ten koleś, co występował z Kasią Figurą. Wtedy nie byli w stanie, a teraz nagle zapamiętają? Źle, dobrze, ale zapamiętają? Niby dlaczego? Bo powiedziałeś, że bierzesz ślub z Jacykowem? Wejdź na Pudelka. W końcu na nim jesteś. Ale jako ten drugi. Obok Jacykowa. Nie wiem, czy bycie pamiętanym jako ten co występował z Kasią Figurą albo miał brać ślub z Jacykowem jest Twoim marzeniem. Nie wiem, co jest Twoim marzeniem. Ale trochę o tym opowiadasz w różnych miejscach, więc znowuż trudno mi uwierzyć, iż Twoją obawą jest, że umrzesz z głodu, jeśli nie dostaniesz nagród albo nie będziesz się prostytuował w mediach. Doprawdy? Rodzice nie pomogą? Tantiemy za przekłady na osiemnaście języków nie wystarczą na mortadele? Rozumiem, że odrzuca Cię tradycyjny model inteligencki. Mnie też. Nie rozumiem natomiast, że chcesz być jak Olga Tokarczuk. Bo przecież nie chcesz. Chcesz być gwiazdą. Najsprytniejszą ze wszystkich. I to jest super. Ale musisz się bardziej starać. I bardziej maskować. Zbytnia szczerość szkodzi. Skarżysz się: „Pisarz bowiem autoryzuje tylko swoje odpowiedzi, które i tak potem mogą zostać jeszcze skrócone.” Ja wiem. Też bym chciał autoryzować pytania. Wtedy łatwiej byłoby na nie odpowiadać. Szczególnie u Kuby Wojewódzkiego, gdzie telewizyjny stres sprawia, że nie zawsze da się wymyślić coś błyskotliwego. No, ale tak to nie działa. Ten przeklęty montaż z każdego może zrobić galaretę, nie mówiąc o telewizyjnych wygach, które wiedzą jak najbystrzejszego człowieka nabić w butelkę. I jeszcze ustawiają sobie brawa tak, żeby telewidzowie myśleli, że publiczność śmieje się z ich żartów. Bezczelni. Bezczelni, ale tak to działa. I nie pomoże płacz w inteligenckim tygodniku, że Tobą manipulują, że sam już nie wiesz, co masz robić. Manipulują i manipulować będą. Myślałem, że wiesz o tym, gdy stawałeś do gry. Nie wiedziałeś? To sory. Ale skoro nie wiesz takich prostych rzeczy, to nie wiem, co ciekawego mogę przeczytać w Twoich książkach.