|
Robert Desnos, poeta związany z surrealistami, w maju 1923 roku zanotował w swoim dzienniku sen, w którym przed kościołem świętej Magdaleny w Paryżu spotkał ubranego na sportowo wulgarnie wyglądającego mężczyznę. Nieznajomy przedstawił się słowami: „Jestem księciem Walii. Zrzekłem się tronu, by stoczyć z panem pojedynek”. Na co poeta odpowiedział mu we śnie: „Z królami nie staje się do pojedynków. Królów się gilotynuje”. Na opis tego snu trafiłem prawie dziesięć lat temu w drukowanym w „Kwartalniku Filmowym” tekście Agnieszki Taborskiej o paryskich filmowych fantazjach surrealistów. W jakobińskim uniesieniu błędnie zachowałem w pamięci odpowiedź udzieloną przez Desnosa monarsze, byłem przekonany, że brzmiała ona: „Z królami się nie rozmawia. Królów się gilotynuje”.
Ta błędnie zapamiętana fraza kołatała mi się w głowie, gdy na ostatnim festiwalu Camerimage w Bydgoszczy oglądałem film Toma Hoopera Jak zostać królem („King’s Speech”), coraz bardziej znudzony z każdą minutą projekcji. W tym tygodniu film wchodzi do polskich kin, wszystko wskazuje też na to, że będzie jednym z faworytów tegorocznych Oscarów. Bohaterem filmu jest król Jerzy VI (panujący w latach 1936-1952), ojciec obecnej monarchini brytyjskiej. Jerzy VI nigdy nie otrzymałby korony, gdyby nie to, że jego brat Edward VIII (panujący od stycznia do grudnia 1936) zdecydował się poślubić Wallis Simpson, prywatnie rozwódkę (co wykluczało małżeństwo z głową Kościoła anglikańskiego), oraz – jak wskazuje choćby jej dossier sporządzone przez FBI w latach 30. - zwolenniczkę Hitlera i przyjaciółkę wielu czołowych postaci z najściślejszego establishmentu NSDAP (co jeszcze bardziej problematyzowało zgodę brytyjskiego rządu na takie małżeństwo). Film Hoopera, choć rysuje tą historię na drugim planie, nie jest – na szczęście – melodramatyczną historią o księciu, który „poświęca koronę dla miłości”. Główną linię fabularną kształtują losy młodszego brata Edwarda, Jerzego. Hooper pokazuje drogę, jaką Jerzy musi pokonać, by móc unieść ciężar korony, którą przypadek zakłada mu na głowę.
Przyszły władca (Colin Firth) jest tu przedstawiony jako kochający mąż i ojciec, dobry syn i pełen troski o losy ojczyzny patriota. Ma jednak jeden, wielki problem: boi się publicznych wystąpień, nie potrafi przemawiać, gdy tylko staje przed tłumem czy mikrofonem (nawet w zaciszu kabiny radiowej), zaczyna się niemiłosiernie jąkać. Bezskutecznie szuka pomocy u kolejnych logopedów, specjalistów od wymowy i psychologów. Wreszcie trafia do eksperta od zaburzeń mowy (jak się później okaże, dość samozwańczego), Lionela Logue’a (Goeffrey Rush). Logue pomaga przyszłemu monarsze nie tylko odzyskać mowę, ale także pewność siebie, łącząc ćwiczenia wymowy z amatorską psychoanalizą. Terapeuta uczy władcę, jak znosić ciężar przemawiania w imieniu całego narodu, a nawet wszystkich ludów Imperium Brytyjskiego.
Kulminacyjnym momentem filmu jest mowa radiowa (oczywiście nienapisana przez samego monarchę) wygłoszona przez Jerzego w momencie przystąpienia Wielkiej Brytanii do wojny przeciw Niemcom w 1939 roku. Film inwestuje wszystkie retoryczne środki w to, by widz uwierzył, że w tym momencie król stał się głosem narodu jednoczącym go w epokowej, historycznej sytuacji, a nawet głosem całego wolnego świata przeciwstawiającego się nazistowskiemu barbarzyństwu.
Jonathan Freedland celnie zauważył w „Guardianie”, że film Hoopera pokazuje skalę wyzwania, przed jakim stoją przeciwnicy monarchii w Wielkiej Brytanii. Obok planowanego w tym roku ślubu księcia Williama z Kate Middleton, Jak zostać królem to kolejny odcinek monarchicznej operetki, budujący propagandowy obraz dynastii Windsorów. Film Hoopera odbija od dominujących do tej pory na Wyspach obrazów na temat II wojny światowej, wydarzenia ciągle bardzo ważnego dla konstruowania zbiorowej tożsamości współczesnych Brytyjczyków. Dotychczas to przede wszystkim Winston Churchill przedstawiany był w większości narracji (historycznych, literackich, filmowych) jako człowiek reprezentujący w czasie II wojny światowej „głos narodu”, to jego mowy miały wyrażać ducha walczącej z Hitlerem Brytanii. Churchill, przy wszystkich swoich politycznych i osobistych wadach, był przynajmniej politykiem posiadającym demokratyczny mandat. Jakkolwiek niedoskonała byłaby demokracja, której zawdzięczał władzę, to mamy prawo traktować jego wojenne mowy (pisane zresztą przez niego osobiście) jako wyraz woli całego narodu. Takiego mandatu nie miała monarchia, film Hoopera dokonuje niebezpiecznego przesunięcia, odbierając głos przemawiający w imieniu wspólnoty wybranemu przez nią politykowi i oddając go monarsze panującemu wyłącznie dzięki dziedzicznemu przywilejowi. Jak zostać królem sprytnie łączy rodzinny dramat Windsorów (kompleksy Jerzego wobec starszego brata, walka braci o uznanie ich ojca etc.) z jednym z najbardziej kluczowych wydarzeń w najnowszej historii Wysp, czyniąc z rodziny królewskiej depozytariuszkę narodowej pamięci, tradycji, historii i umacniając jej pretensje do dalszego panowania.
Choć z drugiej strony, być może zupełnie wbrew intencjom twórców, film pokazuje coś przeciwnego, niż otwarcie głosi: zupełną bezużyteczność instytucji monarchii we współczesnych czasach. Gdy Jerzy V (Michael Gambon) przekonuje swojego młodszego syna o konieczności opanowania sztuki wygłaszania wystąpień publicznych, mówi, że „kiedyś królowi wystarczyło dobrze wyglądać na koniu w mundurze”, dziś, w dobie radia, monarcha musi być też dobrym aktorem i umieć posługiwać się sprawnie głosem albo lud uzna, że go nie potrzebuje. Trudno uwierzyć w dramat Jerzego, urodzonego w samym sercu przywileju klasowego, trudno poważnie traktować postać, której największym życiowym osiągnięciem – mającym dowodzić jej historycznej wielkości i tytułu do korony – jest poprawne odczytanie przed radiowym mikrofonem kilku napisanych przez kogoś innego kartek papieru. Pierwszy lepszy aktor potrafi to zrobić lepiej, ma w dodatku tę zaletę, że jest znacznie tańszy w utrzymaniu od monarchy. (Jak celnie zauważył Churchill, gdy akurat przez chwilę nie był działaczem Partii Konserwatywnej, ale radykalnym liberałem: „Utrzymanie księcia kosztuje tyle, co utrzymanie pancernika. A książęta są trwalsi”).
Za konserwatywną wymową filmu idzie takaż forma. Jak zostać królem wygląda jak bardzo profesjonalnie zrealizowany, nakręcony na drogiej taśmie filmowej teatr telewizji z gwiazdorską obsadą. Kamera jest na ogół statyczna, wszystko rozgrywa się w kilku wnętrzach, obraz ma czysto ilustracyjną funkcję, cały film podany jest w dialogach i spoczywa na aktorskich popisach Firtha i Rusha. Aktorstwo jest rzeczywiście znakomite, ale scenariusz Davida Seidlera wygląda jak przeciętna (choć zapewne skazana na sukces) sztuka napisana do mieszczańskiego teatru, nie mógł z niego powstać dobry film.
Film odnosi jednak kolejne sukcesy, otrzymał nagrodę publiczności na Festiwalu Filmowym w Toronto, Colin Firth nagrodzony został za swoją rolę Złotym Globem, posypały się też nominacje do Oscarów. Te ostatnie nie dziwią, co najmniej od czasów Rydwanów ognia (1984) Hollywood kocha nostalgiczne wycieczki w świat nieistniejącego Imperium Brytyjskiego, klasowych przywilejów i dystynkcji. Wielu krytyków zwraca uwagę, że Ameryka tak kocha patrzeć na obraz klasowego społeczeństwa brytyjskiego, by nie mówić o swoich własnych podziałach klasowych, by utrzymać iluzję egalitarnego, demokratycznego (także społecznie i kulturowo), wielkiego, amerykańskiego społeczeństwa – wszystkie nierówności są projektowane w ramach tego mechanizmu na filmowe obrazy Brytanii. Zrozumiałe są więc nominacje aktorskie czy nawet dla najlepszego filmu.
Zupełnie zaskakuje za to nominacja za montaż, technicznie poprawny, ale zupełnie przezroczysty, standardowy, nieprezentujący nic poza podstawową warsztatową biegłością. Dziwi ona tym bardziej, że nominacji w tej kategorii nie dostała Incepcja Christophera Nolana, film, którego kulminacyjna sekwencja to równoległy montaż trzech wątków w różnych płaszczyznach czasowych, rzeczywiście nowatorskie rozwiązanie przeprowadzone z absolutnym, rzemieślniczym mistrzostwem. W przeciwieństwie do Hoopera Nolan nie dostał także w tym roku oscarowej nominacji za reżyserię, co przy wszystkich naiwnościach i słabościach Incepcji jest wielką niesprawiedliwością.
Jednak, jakikolwiek byłby wynik tegorocznych Oscarów, Incepcja zostanie jeszcze na długi czas w świadomości kinomanów. Jak zostać królem jest dziełem jednego sezonu - choć z pewnością film ten czeka jeszcze telewizyjny żywot (zwłaszcza w okolicach świąt), to nie przetrwa on próby czasu i odejdzie szybko w zapomnienie. Podobnie jak – miejmy nadzieję – instytucja, której PR tak gorliwie buduje.
Felietony Jakuba Majmurka będziemy publikować w soboty.
Na podobny temat
|
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...
krążownik Aurora? czemu nie. tylko, ż...