Renata Kim, publicystka 'Dziennika', po manifestacji w obronie
konstytucji postanowiła wyrazić niesmak i oburzenie. Zacznijmy od
oburzenia. Oburzające były podobno okrzyki: 'Polska jest kolonią
Watykanu', zatem Kim oburzyła się: 'Mój kraj nie jest niczyją kolonią'.
Niestety, nie napisała, o jakim swoim kraju mówi, ale i tak
gratulujemy. Zresztą może nawet chodziło jej o ten sam kraj co
manifestującym, bo moim zdaniem skandowane hasło brzmiało: 'Polska nie
jest kolonią Watykanu'. Powinno się zatem Renacie Kim podobać. Podobać
mimo niesmaku, który wywołuje w niej sam fakt mówienia o czymś na
ulicy. 'Wszystkie argumenty wygłaszane na ulicy brzmią śmiesznie',
kręci noskiem publicystka 'Dziennika'.
Zatrzymajmy się na chwilę nad tą tezą, chociaż trudno o niej
powiedzieć, aby była nowa albo interesująca. Istniał kiedyś taki nurt w
myśli europejskiej, który nazywał się racjonalizm. Na jego gruncie
przyjmowano, że dobry argument to taki, na którego poparcie możemy
przedstawić najwięcej rozumnych racji. To rozum powinien decydować o
tym, co ma sens, a co jest jedynie śmieszne, a nie miejsce, gdzie
argument się pojawia. Rzecz jasna jest to pogląd staroświecki i dość
naiwny i nie oczekuję, aby znajdował zrozumienie w miłującym
postmodernizm 'Dzienniku'. Tam z pewnością panuje jasność co do tego,
że ten ma rację, kto ma władzę i kasę albo jest kolesiem. Nieważne, co
się mówi, ważne kto i gdzie.
A śmieszni są ci, którzy, upominając się o swoje, muszą wychodzić na
ulicę. Ci, których jest mniej. Ci, którzy nie mają reprezentujących ich
posłów ani mediów. A racjonalność jest z pewnością ostatnim kryterium,
które ktoś mógłby brać pod uwagę. Raczej należy spodziewać się tysiąca
nowych cudów papieża niż jednego głosu sceptycznego racjonalisty.
Prędzej Renaty Kim, która swoje lekceważenie dla argumentów
niepopartych siłą arogancko nam okazuje, niż sensownej informacji o
przebiegu jakiejkolwiek demonstracji i jej postulatach.
Skoro jesteśmy jednak przy rozumie i logice, to warto jeszcze na coś
zwrócić uwagę. Otóż z tego, że argumenty wygłaszane na ulicy są
śmieszne, wcale nie wynika, że to, co pisze się i mówi gdzie indziej,
automatycznie jest krynicą poważnej mądrości. Renata Kim zdaje się żyć
w złudzeniu, że dzięki publikowaniu w dużej gazecie jej banały
ciotki-klotki, którymi raczy nie od dziś czytelników, stają się
poważnym głosem. Niestety. Nie są nawet zabawne. I żeby już pozostawić
ten mało zabawny temat, pomyślmy o innych miejscach głos
unieważniających. Knajpa, prywatne mieszkanie, pokój hotelowy. Osoby
rozmawiające prywatnie, może po alkoholu… Czy to ma jakieś znaczenie?
Wszystko, co jeden pan powie drugiemu po pijaku w czasie biesiady,
powinno wydawać się pani Kim skrajnie śmieszne i nieważne. W końcu
nawet nie jest to kilkaset osób, które mówią coś głośno w sferze
publicznej, czyli na ulicy, w sposób usankcjonowany w cywilizowanych
demokracjach.
Śmieszne i nieważne rzecz jasna, dopóki się tego nie nagra i nie
opublikuje w miejscu 'uważniającym'. Wtedy pół Polski już może się tym
zajmować nawet przez pół roku.
Morał, który z tego płynie, jest raczej prosty, a więc może i Renata
Kim go zrozumie: głos z ulicy, a nawet głos z podsłuchu, może stać się
istotny i wcale nieśmieszny, jeśli tak się go potraktuje. To, co z tego
wybiera 'Dziennik', nie jest oczywiście przypadkowe. Ważny jest głos
kompromitujący - zresztą zasłużenie - lewicę. Nieważny i śmieszny - ten
w obronie podstawowych praw kobiet, demokracji, świeckiego państwa.
Tekst ukazał się w „Wysokich obcasach” z 14 kwietnia 2007.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...