|
Co zostało po Leszku Millerze, który tak dzielnie, wózkiem inwalidzkim, wprowadził nas do Unii Europejskiej? Gość TVN-u na 10 minut? No i powiedzenie: mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, tylko po tym, jak kończy. Czy naprawdę mężczyznę? I czy naprawdę po tym? Zrezygnujmy z tego płciowego rozróżnienia, dajmy na to, że chodzi o człowieka. Przecież niekiedy zdarza się, że bywa on także płci odmiennej niż męska. Spuśćmy też zasłonę milczenia na wszelkie dwuznaczności, wiadomo bowiem, że seksualizowanie dyskursu jest przejawem seksizmu. (Mnie też wydaje się trochę śmieszne, jak tak piszę, ale cóż zrobić, skoro tak właśnie jest). Przejdźmy do meritum: czy istotnie najlepiej poznaje się po tym, co na końcu? A może jednak do poznawania lepsze są początki?
Pomyślmy chociażby o ludzkich związkach. Czyż nie są najpiękniejsze na początku, zanim nie rozpadną się albo nie zetleją w małżeństwie? Czemu nie zachować tego, co najlepsze, jako sedna? Może to właśnie w początek dzieła wkładamy najwięcej serca, rozumu i talentu, a im bardziej grzęźniemy w materii - gnostycyzm zawsze wydawał mi się pociągający - tym gorzej?
Tu przychodzi mi na myśl pewien znany pisarz. Znany mi na tyle, że poza książkami, które wydał, znam również te, których nie skończył. Wszystkie są po prostu cudne i rewelacyjne. Chciałoby się czytać dalej i bez przerwy, niestety kończą się po kilkudziesięciu stronach. A powieści zakończone i wydane? Też są świetne, ale zawsze jest coś nie tak z zakończeniem. A to okazuje się, że bohaterowi wszystko się śniło. Powiedzmy, średnio oryginalny koncept. Albo historia urywa się w najciekawszym momencie, pozostawiając uczucie niedosytu. W kolejnej w finale ujawnia się inny narrator - zupełnie niewiarygodny. Wystarczy jednak uznać, że prawdziwego pisarza poznajemy po tym, jak zaczyna - wtedy mamy do czynienia z pisarstwem bezbłędnym, istotą talentu, sednem literatury.
Prawda zdradzana nam na początku nie zawsze jednak wygląda tak przyjemnie. Początki, mimo prób dopisania lepszego zakończenia, bywają też paskudne. I zdradliwe. Zdradzają nam to, czego autor wypowiedzi zdradzić nam nie chciał. I, niestety, nie zawsze jest to talent albo piękne uczucie.
Na przykład posłanka Mucha, chcąc ładnie skończyć, tłumaczy, że źle autoryzowała wywiad. Wcale nie chciała powiedzieć, że staruszkowie dla rozrywki chodzą do lekarza, a leczyć już ich nie warto, bo i tak zaraz umrą. Chciała powiedzieć coś wręcz przeciwnego. Poseł Węgrzyn chce być poznany jako pan, który wie, czym jest seksizm. Ale poznaliśmy go (kiedy zaczynał) jako autora wypowiedzi homofobicznych i przaśnego miłośnika podglądactwa. Szczególnie interesuje go, co mogą ze sobą robić dwie panie. (Mógłby tę potrzebę zaspokoić dość prosto - powiedzmy, obejrzeć sobie serial o lesbijkach ‘Słowo na L’). Jego zwierzenia pozwalają nam całkiem nieźle go poznać, chyba lepiej niż nieprzekonujący koniec.
A co możemy powiedzieć o wydawnictwie Znak, które wydało książkę Grossów ‘Złote żniwa’? Tyle na początek, a na koniec przeprosiny pani dyrektor wydawnictwa. Przeprasza ona wszystkich, których mogła ta książka urazić, choć nie ma w niej nic poza oczywistą prawdą - że chciwość ludzka, kiedy pękają wszelkie bariery, może być mordercza. Obiecuje poprawę, czyli książkę polemiczną, oraz - to akurat jest bardzo ładne - przekazanie zysku ze sprzedaży na cele społeczne. Pewnie, nieładnie jest zarabiać na czymś, co obraża bliźnich, na książce, z którą trzeba polemizować, bo - jak twierdzi pani dyrektor - jest tendencyjna. Trzymamy za słowo! Ciekawe, jaki to będzie cel społeczny? Wsparcie stowarzyszenia im. Piotra Skargi?
Ja jednak wolę poznawać Znak po tym, jak zaczął, czyli po książce Grossów. Bo gdybym miała wierzyć Leszkowi Millerowi…
Felieton ukazał się w „Wysokich Obcasach”.
Na podobny temat
|
Specjaliści "wychodzący" z uc...
I to jest tendencja trwała, w zacho...