|
13 grudnia, dzień wspomnień i refleksji, głównie o tym, jaka straszna była komuna. Gdzieś w tv natrafiam na zwykłych obywateli, którzy dzielą się z nami swoją i nie swoją martyrologią. Komuna była straszna, bo brakowało produktów do skonsumowania oraz zabijano na ulicach. Teraz jest dobrze, bo nie zabijają i jest dużo gadżetów. Zgoda, zgoda, jest to jakieś minimum potrzebne do życia – życie po to, żeby kupować rozmaite gadżety. Zastanowiło mnie coś innego, nikt z dotkniętych reżimem nie wspomniał o niedogodności, jaką była niedostępność książek, niektórych książek. Nikt nie cierpiał z powodu braku poezji Czesława Miłosza czy niemożności zaprenumerowania paryskiej „Kultury”, a dziś nikt nie raduje się z tego powodu, że już można. Ważne, że zamiast maluchów mamy nareszcie prawdziwe samochody.
Podobno nie czytamy, bo nie mamy czasu. Powiedzmy, że to prawda. Ale są ludzie, którzy czas mają, to bezrobotni na zasiłkach. Czy nie mogliby w tym czasie postarać się o wzrost czytelnictwa w naszym kraju? Oczywiście wszystko to należałoby jakoś sensownie zorganizować, zaopatrzyć urzędy zatrudnienia w biblioteczki. Co za radość dla wydawców, od których państwo kupowałoby książki. Zatrudnić bibliotekarzy, czytelniczych doradców. I uzależnić wypłatę zasiłku od czytelnictwa. Powiedzmy, zasiłek za cztery przeczytane książki miesięcznie. Ktoś musiałby sprawdzić, czy zostały przeczytane, to byłoby zajęcie dla polonistów i filozofów, którzy nie mogą znaleźć pracy. Zalet tego rozwiązania dla czytających nie będę wymieniała, od czasu do czasu robi to Tomek Piątek, można znaleźć i przeczytać. Zresztą powiedzmy sobie, że czytanie to milsze i lżejsze zajęcie niż, dajmy na to, roboty publiczne.
Jeśli komuś nie podoba się pomysł przymusowego czytania, mogę na to odpowiedzieć, że mnie się nie podoba przymus ekonomiczny zmuszający ludzi do pracy. Niektórzy pracują, a także czytają, bo daje im to satysfakcję. Wiele jednak rzeczy robimy, bo musimy, takie jest życie – niestety. W czym przymus pracowania jest lepszy od przymusu czytania?
Malkontenci powiedzą zaraz, że państwa na to nie stać. Nie stać na trochę bibliotek i zatrudnienie pętających się na rynkach pracy humanistów? Bez przesady. Ale i na to jest rada. Można cały ten interes oddać Kościołowi. Kościół jest bogaty, więc go stać. Lubi też nauczać i pouczać. Skończy się to tak, że wszyscy bezrobotni będą musieli czytać pisma Wojtyły, ale ateistów i innowierców można by z tego zwolnić – już na nich na pewno państwo polskie stać. Poza tym słyszałam, i to nie raz, że tutejszym katolikom dobrze zrobiłoby, gdyby zamiast czczenia papieża przeczytali jego dzieła. Nie wiem, nie czytałam, ale można spróbować.
Chciałam też zauważyć, że w projekcie tym udaje się w praktyczny sposób rozwiązać dylemat lewicy – czy ma być ona kulturowa, czy ekonomiczna? A tutaj, proszę, dwa w jednym.
Na podobny temat
|
Specjaliści "wychodzący" z uc...
I to jest tendencja trwała, w zacho...