|
Marek Huberath, mój ulubiony pisarz fantasy (tak, wiem, że jest konserwatywny, ale i tak go lubię), w jednej ze swoich powieści opisuje świat, w którym nie doszło do narodzin Jezuska. Miał się narodzić, ale w ostatniej chwili rozmyślił się albo też Najwyższa Instancja uznała, że ludzkość nie zasługuje. Jednak jego potencjalna matka, Maryja, dała się poznać, w związku z tym powstała sekta czcząca ją jako kobietę, która miała urodzić Boga.
Uwielbiam ten pomysł – bóg jako niezrealizowana potencjalność, projekt bez realizacji. I Boże Narodzenie, kiedy to świętujemy coś, co ewentualnie mogłoby się stać, ale się nie stało. To może pozwoliłoby przeżyć te święta z pewnym dystansem, niezbędnym przecież, aby w dostatecznie zmodernizowany sposób wyrazić uczucia metafizyczne. Takie święta w cudzysłowie, święta potencjalne. Czyli spotkamy się na wigilii, którą moglibyśmy przygotować, ale nam się nie chciało, z rodziną, która mogłaby nas odwiedzić, ale została w domu. Świetna okazja, żeby przeczytać Grę o tron, skoro już jesteśmy przy fantastyce. Ciekawe, ilu z nas wybierze tę postpostnowoczesną opcję? Pewno więcej niż się wydaje i mniej, niżby miało na to ochotę.
Póki co jednak, od momentu, gdy zniknęły znicze nagrobkowe, rozkręcamy się, a dziś już świętujemy na całego. Dekoracje zużywają prąd, w mieście grasują mikołaje i stada reniferów, sklepy podobno oblężone. Piszę: podobno, bo nie byłam, a media kłamią, więc może to wszystko nieprawda. Mogę jedynie zaświadczyć, że w Biedronce naprzeciwko tłok większy niż zazwyczaj.
I podobno w tym roku przeciętny Polak wyda na święta przeciętnie więcej niż przeciętny Niemiec. Ciekawe, czy to oznacza, że jesteśmy bardziej od Niemców tradycyjni, czy może bardziej konsumpcyjni? W każdym razie, kryzys nie kryzys, choinki, prezenty i inne gadżety oraz ukrzyżowany karp muszą być. A może to jest właśnie nasz sposób na kryzys? Kupujemy, konsumujemy, podaż natrafia na swój popyt, produkcja rośnie, kraj kwitnie. Zamiast pozwalać bankom, aby były nam coś dłużne, uruchamiamy wszystkie moce konsumpcyjne. Jeśli to jest sposób na kryzys, to świętujmy cały rok, albo przynajmniej raz na miesiąc.
I jeśli już zdystansowaliśmy się odpowiednio, to pójdźmy o krok dalej i uczcijmy Boże Narodzenie potlaczem. Jak zachodnioamerykańscy Indianie Kwakiutle (chyba tak się nazywali, o ile pamięć mnie nie myli), którzy świętują, nie konsumując, ale niszcząc rozmaite dobra. Dobro zniszczone nie wróci na rynek ani nie obciąży wątroby. Po prostu każdy po otrzymaniu prezentów uroczyście je pali, a mnóstwo ognisk stworzy niepowtarzalną świąteczną atmosferę. Następnie kompostujemy strawę wigilijną. Byle tylko śnieg spadł, bo bez śniegu święta są nieważne.
Na podobny temat
|
Specjaliści "wychodzący" z uc...
I to jest tendencja trwała, w zacho...