|
Z małej chmury duży deszcz. Tą małą chmurą wydawał mi się tekścik Piotra Pacewicza, w którym postanowił zawstydzić tych, którzy na Paradę Równości nie przyszli, oraz – z rozpędu – także tych, którzy przyszli, ale nie okazali się dość atrakcyjni, aby Pacewicz zechciał ich dostrzec. (Zagadka: Którą z osób widocznych na tym zdjęciu zapamiętał Pacewicz?) Cóż na to można powiedzieć? Zapytać Pacewicza, gdzie był w czasie pierwszych Manif i pierwszych Parad? I czy bardzo się z tego powodu wstydził? A przy okazji pogratulować nawrócenia albo przypływu odwagi obywatelskiej w ostatnich latach, przypominając jednak, że ktoś przed nim był i wykonał ogromną pracę, aby miał gdzie pójść i zabłysnąć. Praca ta polegała nie tylko na organizowaniu demonstracji, ale na wielu, często nierzucających się w oczy działaniach, dzięki którym demonstracje te w ogóle stały się możliwe. Natomiast GW, której wicenaczelnym był wówczas Pacewicz, nie była nadmiernie pomocna. I taki to mały deszczyk.
Jednak następne głosy: Agaty Czarnackiej, Tomka Piątka, Mariusza Kurca, Ani Grodzkiej – to już ulewa tematów i jedno zasadnicze pytanie: czy mniejszość LGTBQ w imię własnego, dobrze pojętego interesu powinna zająć się problemem nierówności ekonomicznych oraz przyczynami agresji i frustracji bojowych ekstremistów? Przy czym „zająć” się oznacza coś więcej niż uświadomić sobie, że może istnieć jakiś związek między homofobią a wykluczeniami w sferze ekonomicznej. Zająć się, to chyba znaczy coś z tym zrobić.
Moja odpowiedź brzmi – nie.
Po pierwsze dlatego, że związek ten nie jest aż tak prosty. Człowiek nie jest jedynie zwierzęciem ekonomicznym i nie jest tak, że jego jedyna autentyczna motywacja pochodzi z tej sfery. Antysemityzm, homofobia, seksizm, rasizm to nie tylko uczucia zastępcze, symptomy, których nie należy mylić z chorobą, wystarczy obalić kapitalizm – a znikną. Między sytuacją ekonomiczną jednostek a rozmaitymi uprzedzeniami istnieją złożone powiązania i sprzężenia zwrotne, ale nie prosta przekładalność. Nie da się, ot tak, wytłumaczyć ludziom, że zamiast Żydów i pedałów mają nienawidzić kapitalizmu. Zresztą homofobami nie są tylko ludzie wykluczeni. Czy ograniczenie nierówności nawróciłoby np. posła Niesiołowskiego? Czy raczej tak go sfrustrowało, że jego homofobia jeszcze by wzrosła? Przez delikatność nie eksponuję kwestii praktycznej – jak obalić kapitalizm. Nikt tego nie wie, nawet Żiżek, a geje mają wiedzieć?
Oczywiste jest natomiast, że lewica powinna walczyć z dyskryminacją mniejszości seksualnych. Należy to do naszego kanonu wartości. Ale czy z tego wynika, że geje powinni być lewicowi? Niestety nie. Mogą popierać lewicę, bo stoi po ich stronie, ale niekoniecznie w innych kwestiach. Ugrupowania nielewicowe też mogą sprzyjać mniejszościom, co wcale nie jest w europejskich demokracjach jakimś ekscesem. Feminizm w naturalny sposób klei się do lewicy. Bo konserwatywna prawica chce podporządkowania kobiet i uwięzienia ich w tradycyjnych rolach, a neoliberalizm jest dla przebojowych samców, którzy nie zachodzą w ciążę. I każda próba wyrównania warunków na rynku pracy wymaga odgórnych regulacji, a więc ukłonu w lewo. Z LGBTQ nie jest tak prosto. Konserwatyzm obyczajowy będzie zawsze wrogiem, ale już konsumpcyjny liberalizm – niekoniecznie. Mimo to lewica powinna zajmować się prawami gejów, natomiast nie może oczekiwać, że geje zajmą się obalaniem kapitalizmu, nawet jeśli miałoby im to w czymś pomóc. Trudno się dziwić, że ktoś woli związki partnerskie w garści, niż komunizm na dachu.
Na podobny temat
|
Specjaliści "wychodzący" z uc...
I to jest tendencja trwała, w zacho...