|
Od pewnego czasu chciałam napisać coś o Facebooku, ale zdaje się, że to spóźniony pomysł. Teraz wciąż ktoś o tym pisze. Jedni, że buduje on relacje społeczne, inni, że je niszczy. Ciekawsze wydają się spostrzeżenia, że to peep-show albo rodzaj Big Brothera. Sprawdziłam to sama, kiedy w środku nocy chciałam obejrzeć słynną facebookową grę. Po pięciu minutach napisała do mnie, oczywiście na FB, koleżanka z pytaniem, czemu o tej porze nie śpię. No nie! Wielka Siostra patrzy? Czyli coś w tym jest, przy czym podglądający i podglądani to te same osoby. Z jednej strony narcyzm i ekshibicjonizm, z drugiej -podglądactwo, chociaż zapewne nie tylko. Pewno to jeszcze do czegoś służy, chociaż nie bardzo wiem do czego. Może zastąpić pocztę i czat, ale po co? Dostarczyć jeszcze więcej informacji, których i bez tego jest za dużo? Można też zakładać sobie różne plemiona lubisiów (Lubię to!), oczywiście jeśli ktoś lubi życie plemienne. Ja czasem lubię, chociaż wolę plemiona żyjące w realu, czyli na swobodzie. W ramach swoich powierzchownych studiów nad FB wybrałam się do kina na The Social Network, film o jego twórcy Marku Zuckerbergu. Amerykański film o amerykańskim micie - od pucybuta do miliardera. Wystarczy mieć pomysł, a pomysł może mieć każdy. Nie chodzi o kasę, tylko o fun, sławę i ewentualnie miłość. To taka współczesna wersja tego mitu. Mitem nie będę się w tym miejscu zajmowała, a pomysłu nie mam zamiaru deprecjonować, skoro odpowiada on potrzebom milionów. Chociaż jako osobie konserwatywnej i mało ponowoczesnej wydaje mi się, że fajniej byłoby wynaleźć np. lek na raka.
Zastanowiła mnie informacja zamykająca film, że obecnie Facebook jest wart 25 mld dol. Niezła liczba zer! Oczywiście, zawsze kiedy pisze się o Facebooku, pisze się też o pieniądzach, ale ja nie mam zamiaru analizować ani finansów portalu, ani nawet tych tajemniczych mechanizmów, które określają wartość FB na rynku. Po prostu umówmy się, że w tej chwili FB wart jest 25 mld - bez względu na to, co dziś oznacza termin „wart”.
Kto właściwie tworzy tę wartość? Dlaczego FB jest cokolwiek wart? Jasne, doceńmy twórców tego pomysłu i jego komputerowej aplikacji, to oni stworzyli tę fabrykę. Ale kto w niej pracuje? Jak to kto? Pani, pan, ja - my wszyscy. Za darmola. Zazwyczaj nie rwiemy się do darmowej pracy, a tu proszę: pięć razy dziennie, od świtu prawie bez przerwy, poświęcając życie rodzinne i odpoczynek wypełniamy FB kontentem, dzięki któremu jest on wart tyle, ile jest. Jak nas do tego skłoniono? Odkrył to Tomek Sawyer, malując płot - wystarczy przekonać ludzi, że nie chodzi o pracę, ale o rozrywkę. Ja natomiast zmierzam w odwrotnym kierunku: bywanie na FB to nie jest rozrywka ani życie towarzyskie, ani nawet rozwój osobisty - to ciężka praca, która nas nie wzbogaca. Za to kogoś innego tak. Staroświecki fabrykant też musiał sporo zainwestować i pieniędzy, i umiejętności organizacyjnych, żeby zbudować fabrykę. Następnie jednak przynajmniej cokolwiek musiał zapłacić robotnikom, którzy w niej pracowali. Właściciele FB rozbudowują swoją fabrykę i jej działy sprzedaży, i to rzecz jasna kosztuje, robotnikom nie płacą jednak ani grosza.
FB-proletariat czasem trochę się pobuntuje, ponarzeka na warunki pracy, np. na to, że prywatność nie jest dość dobrze chroniona, ale zasuwa, bo nie zdaje sobie sprawy z istoty swojej sytuacji. A przecież wystarczyłby tydzień strajku generalnego, kiedy nikt nie wchodzi na FB, żeby zachwiać całym interesem i może coś uzyskać. Jeszcze efektowniejsza byłaby rewolucja i uspołecznienie FB. Jeśli chcemy na nim pracować za darmo, moglibyśmy za 25 mld zbudować studnie w całej Afryce. Najpierw trzeba jednak uświadomić sobie, że do wchodzenia na FB nie zmusza nas sytuacja ekonomiczna, a bez naszej pracy to nie jest nic warte. Serwery, informatycy, akcje giełdowe - to tylko mydlana bańka.
Felieton ukazał się w „Wysokich Obcasach”.
Na podobny temat
|
Specjaliści "wychodzący" z uc...
I to jest tendencja trwała, w zacho...