|
Obejmujący żonę z okazji trzydziestej rocznicy ślubu pan prezydent wyglądał na bardzo zadowolonego. Ludzie uprzejmi nie pytają dlaczego. Rocznica to rocznica. Sto lat, szczęścia, zdrowia, pomyślności… Cynicy wzruszają ramionami: ot, marketing polityczny, a pod stołem siedzi Jacek Kurski i wszystkiego pilnuje. Jednak kiedy ma się żonę z trzydziestoletnim stażem, a więc zazwyczaj już odchowało się dzieci, naprawdę istnieją realne powody do zadowolenia. Jakie? Wystarczy obejrzeć sobie zeznania podatkowe prezydenckiej pary. Premierowskiej zresztą też.
A przecież to niejedyne tak szczęśliwe pary w Polsce. Nie dość, że prezydent zarobił w tym roku ponad dwieście tysięcy, to jeszcze zwrócą (zwrócimy) mu dziesięć, ponieważ rozliczał się z niepracującą żoną. Powie ktoś, że pierwsza dama ma dużo różnych obowiązków. Ale czy to są naprawdę konieczne obowiązki? Np. mąż Angeli Merkel czasem wybierze się z nią gdzieś na wycieczkę, a poza tym zarabia sam na siebie i Niemcy się od tego nie zawaliły. Natomiast żona prezydenta, na którą w końcu nikt nie głosował, ociepla wizerunek męża po to, żeby znowu ktoś na niego zagłosował.
Żona prezydenta jest więc rodzajem przedwyborczego billboardu, za który może nie wszyscy mamy ochotę płacić. Poza tym zajmuje się działalnością charytatywną. Zawsze mi się jednak wydawało, że jak ktoś chce być dobroczyńcą, to powinien sam na to przedtem zarobić. Poza tym w pałacu są chyba jacyś kucharze, sprzątacze i inni obsługujący, więc nawet nie można powiedzieć, że prezydencka żona zajmuje się domem. Jak większość niepracujących żon dość bogatych mężów. A im bogatszy mąż, a żona zapewne mniej obciążona obowiązkami domowymi, tym odpis większy i interes małżeński bardziej opłacalny. Wszystko to chyba w imię staropolskiej galanterii wobec wszystkich kobiet, która jednak kończy się tym, że w uboższych rodzinach kobiety muszą pracować, a w bogatszych nie tylko nie muszą, ale też da się na tym zarobić. Dobrze byłoby sprawdzić, komu najbardziej opłaca się wspólne opodatkowanie. Biednym paniom przy bogatym mężu?
Oczywiście nie chciałabym do całego tego wyrzekania mieszać dzieci. Dużo sensowniejsze wydaje mi się wspólne opodatkowanie z dziećmi niż ze współmałżonkiem, wszystkim dzieciom należy zapewnić możliwie dobre warunki i równy start, a podatki mogą być tu jednym z instrumentów. No dobrze, a co z pracującymi kobietami, które płacą podatki razem z mężem? Może lepiej by było, gdyby każdy płacił sam za siebie? I tu zaraz okaże się, że jestem antyrodzinną indywidualistką. No, może trochę jestem.
W każdym razie nie rozumiem uprzywilejowanej pozycji małżeństw. Albo jednostką rozliczeniową jest pojedyncza osoba, albo gospodarstwo domowe. Wówczas wspólnie mogliby się opodatkowywać ci, którzy razem mieszkają, mają jeden czajnik i jedną lodówkę dla wszystkich: prezydent z żoną, stary kawaler z mamusią (bo co to właściwie za różnica?), dwie lesbijki, komuna wieloosobowa… Nie jestem przeciwniczką płacenia podatków, a nawet wręcz przeciwnie. Nie uważam, że to oni nam podatki zabierają.
W demokracji podobno rządzi demos, czyli my, a więc płacimy je sami sobie. Wiem dobrze, jak naiwnie to brzmi, bo jednak mamy poczucie, że to oni. Oni wydzierają nam nasze ciężko zarobione pieniądze, z których część przehulają, a część zmarnują. I może po to, żebyśmy się tak nie czuli, potrzebna byłaby jakaś jasna logika: kto, dlaczego i ile płaci. Spory o podatki najczęściej dotyczą tego, czy mają być wyższe, czy niższe. I zawsze można powiedzieć, że w Bułgarii są niższe niż u nas, a w Irlandii, która podobno jest naszym ideałem, chyba nawet bardziej niż Bułgaria, wyższe. Ale ja nadal nie rozumiem, czemu mężczyzna, który zarabia kilkaset tysięcy rocznie, nie może po prostu sam utrzymać żony, która nic nie robi, bo nie musi.
Tekst ukazał się w „Wysokich Obcasach” z 18 maja 2008.
Na podobny temat
|
Jednego Piątkowi zarzucić nie można -...
może po prostu o nich nie słychać? cz...