|
Na wspólnej konferencji prasowej z jak zwykle nieco dwuznacznie uśmiechniętym Błaszczakiem, Ludwik Dorn, po kwadransie drętwego bełkotu swojego partnera, wypalił prosto z mostu: „Umówiliśmy się na konkretną pozycję w konkretnym okręgu”. Oczywiście chodzi o taką pozycję Ludwika Dorna na listach Prawa i Sprawiedliwości, która zagwarantuje mu kolejną kadencję po przyszłorocznych parlamentarnych wyborach. I to nawet gdyby słupek rtęci wskazujący temperaturę narodowych emocji zatrzymał się wówczas wyjątkowo nisko. Na przykład na kresce oznaczającej 20 procent głosów na PiS. A w dodatku to wszystko Dorn otrzymuje od Kaczyńskiego na lepszych warunkach niż Ujazdowski, Polaczek czy Sellin, którzy Dorna - wówczas jeszcze ich „prezydenckiego kandydata” - puścili w trąbę i pobiegli do Prezesa na skróty. Oni jednak musieli w zamian za cztery kolejne lata poselskiego stypendium wstąpić do PiS, a Dorn nie musi, o czym swoich dawnych kolegów z Polski Plus poinformował publicznie z wielką satysfakcją. Na nim bowiem Prezesowi zależy bardziej niż na dwunastu Sellinach, trzech Ujazdowskich i gdzieś tak mniej więcej siedmiuset czterdziestu Polaczkach. I można tę matematykę Kaczyńskiego zrozumieć.
„Konkretna pozycja w konkretnym okręgu” - wszyscy przecież tak robią, politycy lewicy, prawicy i centrum. Nawet Churchill zasiadał w brytyjskim parlamencie jako poseł wszystkich chyba partii istniejących w jego epoce. Ale przecież nikt o tym nie mówi tak smacznie jak Dorn. Dornowska „konkretna pozycja w konkretnym okręgu” zabrzmiała ożywczo jak wikiliks albo jak negocjacje Lipińskiego i Mojzesowicza (dziś w dwóch różnych zwalczających się prawicowych partiach) z Renatą Beger. Tak wygląda polityka, nawet jeśli nie zawsze politycy, redaktorzy naczelni i inne anioły chcą nam o niej mówić aż z taką szczerością.
Stąd zresztą bierze się popularność zarówno Dorna, jak i wikiliksa. Nawet jeśli Dorn wychodzi na lekkiego cynika, a właściciel wikiliksa Julian Assange okazuje się gwałcicielem młodych Szwedek, być może nieletnich. To że się nim okazał dopiero w reakcji na wypuszczenie w świat wrażliwych danych globalnego mocarstwa, mnie osobiście jednak zasmuciło. Ta zbrodnia, odkryta w tym akurat momencie i wzięta na serio przez Interpol i niezawisłe liberalne sądy jest mniej więcej tym samym, co kotek, który przebiega dwa razy w pierwszym odcinku Matriksa. Deja vu, błąd systemu, który istnienie systemu ujawnia. Pokazuje, że luksusy, które nas otaczają, potrawy, które jemy w eleganckich knajpach, prawo, z którego dobrodziejstw korzystamy wszyscy - to być może tylko wirtualna fikcja. Nawet wybór zbrodni do kompromitacji Assange’a jest tak beznadziejnie, po chamsku wprost przewidywalny. Adresowany do anglosaskich purytan musi mieć koniecznie coś wspólnego z seksem. Przecież oni w ten sposób nawet „Lolitę” Nabokova czytali, dzięki czemu stała się pierwszym rynkowym sukcesem emigracyjnego pisarza, bo miliony purytan w całym anglosaskim świecie rzeczywiście wzięło ją za pedofilską pornografię.
Assange to już drugi gwałciciel po Romanie Polańskim, który obrywa, kiedy robi swojego „Ghost Writera”. A dla mnie istnienie Matriksa to żadne odkrycie. Od dawna staram się raczej, żeby się w Matriksie znowu poczuć jak w domu. Jako liberał zmęczenia wypluwam każdą oferowaną mi przez przyjaciół czerwoną pigułkę. A że przyjaciół mam wielu i każdy z nich chciałby przede mną odsłonić skrywaną głęboko, kompromitującą prawdę o Matriksie, więc ja muszę te czerwone pigułki wypluwać całymi garściami.
„W tej sprawie nie chodzi o Wikileaks - stwierdził sędzia Howard Riddle [nazwisko jak z Harrego Pottera] odrzucając wniosek Assange’a o zwolnienie za kaucją”. A kotek biega i biega po całym Matriksie, i to już nie dwa razy, ale ze dwadzieścia.
A całe to „Objawienie”, „zerwanie zasłony”, pojawia się w takim niewygodnym momencie mojej burzliwej biografii, kiedy chciałem już sobie pożyć na sposób Louisa Cyphera z ekipy Morpheusa, który sprzedał kumpli, bo chciał wreszcie zjeść smaczny obiad w luksusowej knajpie, nawet gdyby ten obiad, ta knajpa i ten świat… miały być tylko komputerowym programem. Gdyby jeszcze Assange’a ustrzelono z Dorna unoszącego się parę kilometrów nad dachami Londynu, ale taka nabokowowsko-polańska chamówa zaakceptowana przez stróżów globalnego prawa. I jeszcze jakby było tego wszystkiego za mało, Ludwik Dorn ze swoim „konkretnym miejscem na liście w konkretnym okręgu”. Żeby o tym zapomnieć, wzorem Lou Cyphera będę musiał znowu poprosić Matrix o jakieś zupełnie wyjątkowe wirtualne atrakcje.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...