|
Jakiś czas temu po długiej przerwie rozmawiałem z moim niegdyś bliskim znajomym, który od jakiegoś czasu jest jednym z anonimowych prawicowych mścicieli Internetu. Jak mi powiedział, należy do grupy kilkunastu internetowych mędrców występujących na forach wyłącznie pod pseudonimami (z uwagi na ich głęboką wiedzę, na którą mogliby się połasić „ludzie ze służb”). Anonimowi mędrcy Internetu wiedzą, kto dla kogo pracuje w rządzie i opozycji, przewidzieli kryzys, przewidzieli wyniki wyborów, przewidzieli wszystko. Mój dawny bliski znajomy śledzi także moją publicystyczną działalność, nie jest nawet oburzony moimi poglądami, bo nigdy nie uwierzył, żebym był „aż tak naiwny, żeby na serio myśleć o tej modernizacji”. Chciał się tylko dowiedzieć, dla kogo pracuję, dla Niemców, dla Rosjan, dla ludzi ze służb?
Nie było w tym pytaniu – przynajmniej w rozumieniu mojego rozmówcy – żadnej obraźliwej intencji. Wręcz przeciwnie, był pewien szacunek. Uważa mnie za człowieka „dość inteligentnego”, bo tylko takich Niemcy, Rosjanie czy ludzie ze służb zatrudniają. Kiedy zacząłem mu opowiadać o moim, nawet jeśli pełnym rozczarowań i smutku, jednak ideowym wyborze (o tym, dlaczego myśląc o Polsce postawiłem na Unię, a w kraju na partie, które temu kierunkowi przynajmniej w niczym nie zagrażają, nawet jeśli realnie sprzyjać nie potrafią, dlaczego dokonałem takiego wyboru, znając przecież także związane z nim ryzyko, ryzyko rozpadu UE, ryzyko wygaszenia polityczności Polaków, nawet jeśli dzisiaj jest tylko patologiczna…) zaczął patrzeć na mnie z politowaniem, a później z pogardą. Chyba mi uwierzył, że nie robię tego dla Niemców, Rosjan czy ludzi ze służb. Widząc tę pogardę, trochę już wkurzony, bo też nie jestem wielkanocnym barankiem z cukru, zapytałem go o jego poglądy – jaki pozytywny scenariusz, choćby najbardziej ryzykowny, ma dla tego kraju? Czy naprawdę wierzy w jagiellońską politykę wschodnią, w Polskę jako regionalne mocarstwo, pod którego opiekuńczymi skrzydłami zgromadzą się Litwini, Ukraińcy, Czesi, Gruzini, nawet Kazachowie, a znad Dunaju poda nam rękę drugie w regionie wielkowęgierskie imperium. Odpowiedział: „Za kogo ty mnie masz, nie wierzę w te bzdury, Niemcy nas wydupczą, Rosjanie nas wydupczą, będą nas dalej dupczyć ludzie ze służb”. „To jest diagnoza” – próbowałem mu przerwać – „dość pesymistyczna, ale jaki masz scenariusz pozytywny, może Amerykanie, w co wy w ogóle wierzycie?”. „Nie ma szans” – odpowiedział z pogardą należną wszelkiemu frajerstwu – „Amerykanie też nas wydupczą”.
Tę rozmowę sprzed paru zaledwie tygodni przypomniałem sobie oglądając briefing Ziobry w Sejmie, zapowiadający usunięcie jego frakcji z PiS. Uświadomiłem sobie wtedy, że największym wrogiem Ziobry nie jest „salon”, nie jest „Gazeta Wyborcza”, nawet ja nie jestem – mimo że Ziobry nie lubię bardziej niż Kaczyńskiego. Największym jego wrogiem jest dzisiejszy elektorat PiS-u. Oni dobrze się czują ze swoją klęską, dobrze się czują okupowani, „dupczeni”, zwolnieni z wszelkiej odpowiedzialności za wszystko, co nie jest albo nimi samymi, albo ich „rodziną na swoim” (choć jak miałaby ona pozostać „niewydupczoną” w kraju, który wszyscy bez opamiętania „dupczą”?). Jarosław Kaczyński jest dla nich idealnym przywódcą na czasy „bycia dupczonymi”. Nawet Ziobro z Kurskim ich teraz wkurzają, pieprząc im jakieś bzdury o możliwym zwycięstwie, skoro przecież wiadomo, że „Niemcy nas wydupczą, Rosjanie nas wydupczą, dalej będą nas dupczyć ludzie ze służb”.
Jest jeszcze gorzej, bo w podobnym stanie co polska prawica znajduje się dzisiaj polski katolicyzm („forma polskości”, cyt. za Roman Dmowski). Kościół Rydzyka, Michalika, Głódzia, Meringa jest idealnym Kościołem dla ludzi, którzy utracili wiarę. Boniecki jest dla nich wrogiem śmiertelnym, bo po co marzyć o Kościele jakkolwiek żywym – nawet jeśli nauczającym w świeckiej przestrzeni publicznej – o Kościele Chrystusa, Ewangelii, niepewnej wiary w rozwijającego się w historii człowieka, w którego zdecydował się kiedyś ponoć wcielić sam Bóg (mimo ogromnego ryzyka związanego z tą inwestycją). Lepiej wbijać martwe totemiczne krzyże w każdą świecką instytucję, żeby się potem wokół tego martwego totemu gromadzić w swoim własnym gronie, czekając na nieuchronne „wydupczenie” przez Brukselę, przez Palikota, przez masonów, przez „posoborowców”. W tej sytuacji Rydzyk to duchowy przywódca odpowiedniejszy od Bonieckiego, zapewnia komfort nowej okupacji, komfort wiecznego „bycia dupczonymi”. Tak samo jak idealny komfort zapewnia Kaczyński.
Przepraszam za wulgarność, ale to „dupczenie” jest naprawdę dosłownym cytatem z rozmowy, która pomogła mi zrozumieć nieuchronność klęski Zbigniewa Ziobry. I nawet nie jest przypadkiem, że „dupczenie” i „bycie dupczonym” przypomina do złudzenia „język miłosny” powieści Rafała Ziemkiewicza, Bronisława Wildsteina, Pawła Lisickiego, Andrzeja Horubały – prozaików, którzy też już w żadne zwycięstwo, ani na tym, ani na tamtym świecie od dawna nie wierzą.
Czy istnienie 30-procentowego elektoratu „wydupczonych z życia”, którzy w dodatku uważają się za sól polskiego Kościoła, nie jest problemem tego kraju? Ono jest tego kraju katastrofą, nawet jeśli nie przyjdzie im z odsieczą żaden nowy wypadek lotniczy, powódź czy druga, tym razem „wydupczająca” już kompletnie wszystko – a szczególnie tak przez nich znienawidzony „eurokołchoz” – fala światowego kryzysu. Nikt nie ma pomysłu, żeby problem rozwiązać, i żeby to rozwiązanie nie było Endlösungiem „wydupczonych z życia”, ale ich reintegracją. Jedni zachowują wobec tych ludzi realną lojalność, jak ja kiedyś, inni odnoszą się do nich z agresją, jak ja teraz. Jeszcze inni – jak Jarosław Kaczyński – zachowują wobec tych ludzi lojalność mocno podszytą polityczną instrumentalizacją. Ale żadne z tych zachowań nie jest rozwiązaniem. Mamy 30 procent obywateli tego kraju uśmierconych na pięć, dziesięć, piętnaście, a czasami dwadzieścia pięć lat przed swoją biologiczną śmiercią. „Tylko 15 procent, bo frekwencja w ostatnich wyborach nie przekroczyła 50” – pocieszają nas występujący w mediach psychologowie społeczni. Ale czy to was naprawdę pociesza?
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...