> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Wyciskanie brukselki |
|
|
Cezary Michalski
|
|
16.06.2010 |
Napieralski jeszcze prowadzi kampanię (co więcej, robi to skutecznie, co tylko utrudnia sprawę, bo kiedy nieboszczyk chodzi po domu, wujowie przybyli na stypę czują się nieswojo). Włodzimierz Cimoszewicz poparł Bronisława Komorowskiego, a Aleksander Kwaśniewski oświadczył, że Cimoszewicz zrobił to przedwcześnie. Zatem lewica przestała być politycznym problemem. Problemem pozostają wybory.
Dlaczego Cimoszewicz poparł Komorowskiego? Dlaczego warto jego decyzję zrozumieć, a może nawet iść w jego ślady? Słyszałem od ludzi o szczerych lewicowych poglądach, że Kaczyński zawetuje prywatyzację tego czy owego, więc trzeba go poprzeć, choćby tylko po to, aby utrzeć nosa wstrętnym liberałom z PO. Tylko jeszcze pomyślmy, z kim Jarosław Kaczyński pozostaje w koalicji w europarlamencie, a z kim są tam w koalicji wstrętni liberałowie. PO jest w europarlamencie częścią Europejskiej Partii Ludowej, to prawica - no może centro-, bo to głównie chadecy - a jednak ciągle jeszcze rozumiejąca konieczność istnienia państwa i polityki, konieczność obrony politycznej i socjalnej przeciwwagi dla globalnego rynku. Tymczasem Kaczyński, na którego odsiecz liczy część polskiej lewicy, pozostaje w europarlamencie w koalicji z Torysami, których europejska polityka polega na blokowaniu każdej inicjatywy na rzecz głębszej integracji Unii, torpedowaniu każdej próby ocalenia w Europie choćby szczątków państwa socjalnego. Nawet Fidesz Orbana, baaardzo prawicowy, jest w europarlamencie, podobnie jak PO, częścią Europejskiej Partii Ludowej, która Unię buduje, a nie częścią koalicji złożonej z Torysów i PiS-u, która robi wszystko, żeby Unię osłabić, żeby ją rozwalić, żeby w globalizacji nie znaczyła nic, żeby Europa pozostała bezsilna pomiędzy kapitalizmem amerykańskim a kapitalizmem azjatyckim. Nawet Viktor Orban ponad ideologię i ponad lokalny partyjny pragmatyzm stawia dobro własnego państwa i społeczeństwa, wie, że Unia Europejska jest narzędziem osłaniającym i wzmacniającym Węgry, zatem i ją trzeba raczej wraz z europejskimi chadekami czy europejskimi socjalistami wzmacniać i osłaniać, a nie wraz w brytyjskimi Torysami blokować i niszczyć.
Kaczyński wybrał inaczej. Istnieje oczywiście podejrzenie, że wyborami Jarosława Kaczyńskiego kieruje patriotyzm, tyle że dość anachroniczny. Zatem w Brukseli będzie wraz z Torysami Unię Europejską osłabiał i deregulował, podczas kiedy w Polsce będzie deklarował chęć zbudowania silnego państwa. Jeśli bowiem – to właśnie nazywam pakietem anachronicznego patriotyzmu – uważa się silną Unię za konkurenta dla polskiego państwa, to jej osłabianie może się wydawać Kaczyńskiemu, Legutce, Czarneckiemu… i innym współczującym konserwatystom współpracującym z równie jak oni współczującymi ludźmi Camerona, logicznym działaniem na rzecz polskiego państwa. Ale czy taka polityczna logika może być bliska polskiej lewicy?
W dzisiejszym świecie wybieramy pomiędzy kapitalizmami. Jest kapitalizm azjatycki, bez związków zawodowych i bez prawa pracy, z pracą dzieci, z mafijną jedynie „regulacją rynku”. Mamy tam fabryki, a czasem obozy, które są – delikatnie mówiąc – bardziej Fordowskie od taśm Forda. Jest kapitalizm amerykański, na którym Obama próbuje zaszczepić jakieś strzępy europejskich regulacji i europejskich powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych. I mamy kapitalizm Unii Europejskiej – właściwie jedyną (nie mówię „ostatnią”, bo przecież jestem z urodzenia optymistą) oazą, w której tlą się choćby jakieś resztki socjaldemokratycznego projektu – jakiegokolwiek ludzkiego projektu, który nie byłby jedynie „drugą naturą” wolnorynkowej globalizacji.
Kaczyński nie ma na Unię ani poglądów Rydzyka, ani, z drugiej strony, Wildsteina (taką przynajmniej ciągle mam nadzieję), ale jest zakładnikiem antyunijnego elektoratu i języka. Dla takiego elektoratu uprawia politykę zagraniczną, dla niego uprawia politykę historyczną, dla niego będzie uprawiał politykę wewnętrzną – żeby elektorat tradycjonalistyczny, neokonserwatywny, neoliberalny.. dał mu w zamian władzę. Dlatego w europarlamencie stowarzyszył się z Torysami, którzy rozwalają Unię, a nie z chadekami, którzy Unię budują. Joanna Kluzik-Rostkowska stoi raczej tam, gdzie stoją europejscy chadecy, a nie tam, gdzie stoją Torysi, a jednak Kaczyńskiego do zmiany sojuszy w europarlamencie nigdy nie namówi, bo by nie zdołała.
Mnie nie obchodzi, czy Cześnik, czy Rejent będą się panoszyć na naszym podwórku, ale to, jaki ład społeczny, jaki kapitalizm będzie panował w Polsce i na całym naszym kontynencie, maksymalnie zdziczały czy niemaksymalnie. To robi dla mnie różnicę. Dlatego z jednej strony trochę rozumiem rozgoryczenie lewicowców, którym starszyzna rozwala kampanię wyborczą, a z drugiej rozumiem Cimoszewicza, który wie doskonale, że polityka PiS-u rozwali mu Unię. To Waldemar Pawlak spopularyzował i nazwał arcypolską doktrynę polityki europejskiej, znaną jako „wyciskanie brukselki”. Jednak to Jarosław Kaczyński był na tyle skuteczny, żeby ten roszczeniowy jedynie stosunek do Unii stał się w Polsce językiem i praktyką władzy. Nawet jego najlepsi ludzie od europejskiej polityki – poczytajcie ich teksty, posłuchajcie ich wypowiedzi – nie widzą związku pomiędzy własnymi wobec Unii roszczeniami: funduszy strukturalnych, solidarności energetycznej, pomocy Sarmatom w każdej, nawet najbardziej absurdalnej wyprawie na Wschód, a koniecznością własnego wkładu w budowanie Unii. Trudno w elitach PiS-u znaleźć zrozumienie, że „brukselkę”, aby ją można było „wycisnąć”, ktoś najpierw musi posiać, podlewać, chronić przed szkodnikami. Sprytny Waldemar Pawlak i jeszcze sprytniejsi od niego fachowcy od europejskiej polityki PiS-u przypominają rozbójników przy drodze, którzy widząc przejeżdżającą karetę z rejestracją UE wyskakują z rowu, próbują wydrzeć podróżnikom klejnoty, żeby potem w swojej jaskini szczycić się własną „asertywnością”. Kto jednak głosuje w polskich wyborach prezydenckich z tak abstrakcyjnych, globalnych powodów? Wygląda na to, że ja. No i Cimoszewicz. Nawet o Jaruckiej zapomniał, co wypominają mu jego przyjaciele z PiS-u i z lewicy. Ale mnie to raczej do niego przekonuje. Sarmata (obojętnie, prawy czy lewy) by nie zapomniał, więc on… nie jest Sarmatą.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 16.06.2010 )
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...