|
Czy w światowej gospodarce jest dziś za dużo, czy za mało pieniądza? Z jednej strony Leszek Balcerowicz i jego niezliczone klony w białych półpancerzykach i hełmach szturmowców (choć raczej z planety Kosmiczne jaja Mela Brooksa, niż z oryginalnego Imperium Gwiezdnych wojen) wzywają rządy i społeczeństwa do „zaciskania pasa”, gdyż „nie zarabiamy na siebie”. Z drugiej jednak strony po globalnym rynku wędruje największa w historii kapitalizmu masa pieniądza – w głównej mierze uwolnionego przez budżety największych i najzamożniejszych państw Zachodu po to, by „ratować instytucje finansowe przed konsekwencjami kryzysu”. Ta gigantyczna masa uwolnionego pieniądza wędruje po globalnym rynku „w poszukiwaniu okazji”.
Balcerowicz nigdy nie wywiesi na żadnej z warszawskich ulic wielkiego zegara spekulacji (z pnącą się pod niebiosa ceną franka szwajcarskiego, z oderwaną od wszelkich realiów produkcyjnych i popytowych ceną cukru, zboża, ropy czy miedzi), bo taki zegar spekulacji uderzałby w jego własną „bazę” (tysiące młodych pucybutów wierzących, że zostaną milionerami na globalnym rynku, jeśli tylko „państwo i polityka” z niego ostatecznie znikną). Uwolniony pieniądz wędruje zatem po świecie, nie tylko niepowstrzymany, ale nawet nienapiętnowany przez Balcerowicza, Rybińskiego czy Petru. Winduje i obala, niszczy bogactwo narodów, nawet szwajcarscy politycy i szwajcarscy bankierzy modlą się dzisiaj do „inwestorów”, aby zostawili w spokoju ich walutę, gdyż frank jako waluta nie silna, ale spekulacyjna, niszczy szwajcarską gospodarkę tak samo, jak niszczy portfele polskich czy węgierskich kredytobiorców.
Mimo modlitw i jęków („nie zabijajcie nas!”, cyt. za W.W.) kapitalizm trzyma jednak rządy za gardło. Poznawszy swoją siłę, nie widzi powodów, żeby rozluźnić uchwyt. Agencja ratingowa S&P obniżyła rating USA, kiedy Demokraci i Republikanie dogadali się w sprawie długu i cięć, czego wcześniej ta sama agencja od nich oczekiwała i karciła ich za to, że nie potrafią się ze sobą dogadać. Obama ostatecznie poświęcił reformę zdrowotną, nie jej literę, ale ducha i ciało, bo nie będzie pieniędzy, aby ją przeprowadzić – także amerykańskie pieniądze budżetowe bawią się dzisiaj świetnie na roller coastrze (albo wręcz na helter skelterze) giełd towarowych i rynku walutowego. Agencje ratingowe ogłosiły bankructwo Grecji, kiedy rząd Papandreu przegłosował oczekiwane przez nie wcześniej radykalne cięcia budżetowych wydatków, a eurozona wyasygnowała kolejne miliardy na oddłużenie Grecji (głównie z dość zasobnego – dzięki prężnemu eksportowi gospodarki niemieckiej na eurorynek – niemieckiego wora).
W jednej ze swoich najnowszych „diagnoz” agencja S&P co prawda nieźle oceniła Polskę (proporcja długu do PKB, wielkość deficytu budżetowego i poziom wzrostu gospodarczego lokują nas w czołówce krajów UE, także po skokowym wzroście deficytu w ubiegłych latach mamy teraz jego dość wyraźny spadek), ale swoją ocenę opatrzyła zastrzeżeniem, że „wadą polskiej gospodarki pozostaje silny udział sektora publicznego”. Silny udział? Po paru latach platofmerskiej „prywatyzacji mimo kryzysu”, ciągle dla naszych „ekspertów” zbyt ostrożnej i zbyt powolnej? Przecież to nie żaden rating, tylko neoliberalna ideologia – zero państwa, sto procent rynku – ubrana w „ekspercką diagnozę”.
Inny „ekspert”, Ryszard Petru (Przewodniczący Rady Nadzorczej Domu Inwestycyjnego Investors, cyt. za jego oficjalnym biogramem, a więc zarazem gracz na boisku i sędzia z wielkim gwizdkiem wielkości fujary), przyznaje w zupełnie nietypowej dla niego pokorze, że: „frank oderwał się od jakichkolwiek podstaw”. Ale kto mógłby jeszcze wierzyć w analizy fundamentalne (poza „ekspertami”, którzy wciąż je przygotowują) spółek jeżdżących po 50 procent w górę i w dół bez względu na swoje wyniki? Kto mógłby wierzyć w analizy fundamentalne walut jeżdżących po 50 procent w górę i w dół bez względu na wyniki gospodarek, które tych walut używają? Śmiechu warte. Biliony dolarów (w polskim, a nie angielskim slangu, gdzie biliony oznaczają zaledwie miliardy, co nieustająco dezorientuje „ekonomicznych dziennikarzy” polskich portali) szukają baniek do przejechania się i wyjścia z zyskiem.
Nie ma już „realnej gospodarki”, zastąpił ją na naszych oczach „kapitalizm kasynowy”. Upadł Hayekowski dogmat, że rynek jest jedynym wiarygodnym źródłem informacji o ludzkich potrzebach i wartości towarów. A mimo to w umysłach polskiej prawicy (zarówno tej, która popiera PiS, jak i tej, która popiera PO, a wreszcie tej, która popiera tłoczących się za plecami Kaczyńskiego i Tuska PjN-wców, Dutkiewiczystów czy Jurka) panuje Janusz Korwin-Mikke, który dwadzieścia lat temu wyprał im mózgi swoją prostą ideologią.
Nie ma bowiem w Polsce żadnego Pokolenia JP2, a już szczególnie nie ma go na polskiej prawicy. Jest wyłącznie Pokolenie JK-M (Lisicki, Ziemkiewicz, Wildstein, Magierowski, Pospieszalski, bohaterowie powieści Andrzeja Horubały łącznie z ich autorem…). Mistrzem od myślenia dzisiejszej polskiej prawicy nie jest ś.p. starowinka Wojtyła z jego słabiutkim, moralizującym zrzędzeniem: „Solidarność, to znaczy jedni drugich brzemiona noście” (parafraza Listu do Galatów wypowiedziana przez polskiego papieża w czasie mszy dla świata pracy w 1987 roku, w Gdańsku), ale Korwin-Mikke ze swoim chamskim neoliberalizmem dla kułaków (nie będę obrażał chłopów, nie będę obrażał chłopów, nie będę obrażał…), z ideologią, która niegdyś tak mocno przemówiła do młodego kułaka Ziemkiewicza, że na całe życie stał się ślepo wierzącym obrońcą „rynku” przed „państwem”, wyznawcą i propagatorem prostej i chwytliwej ideologii: podatki to kradzież, nie dajcie sobie odebrać swoich ciaćków, swoich i waszej „rodziny na swoim”, żadnej dziesięciny, żadnych podatków, zusów i srusów, no chyba że krusy… Tak wygląda teoria i praktyka ekonomiczna polskiej prawicy z „Rzepy”, obojętnie, czy będzie zarządzał nią Paweł Lisicki, czy Tomasz Wróblewski. Co najwyżej pod Wróblewskim Wencel nie będzie prowadził niekończącej się dyskusji z Pereirą o pożytkach mitu smoleńskiego dla życia Polaków (wiem, że dla niektórych to będzie istotny uszczerbek w szerokiej palecie polskich debat intelektualnych, dla mnie to akurat będzie jedyny zysk z nadchodzącej zmiany).
Rynek kompletnie wyzwolony od polityki i państwa nie dostarcza informacji o ludzkich potrzebach. Dostarcza co najwyżej informacji o ludzkim lęku, narastającym wobec braku skutecznej, politycznej równowagi dla rynku. Ale to jest informacja tak samo użyteczna, jak prognoza pogody przekazywana mieszkańcom Nowego Orleanu przez huragan Katrina. Żołądek się od niej wywraca i wyrzygujemy zjedzone przed chwilą obiadki, obojętnie, czy będą to zupki Vifon (Kurczak Łagodny albo Kurczak Curry) przyrządzane przez studentów UW i SGH, czy homar zjedzony w luksusowej knajpie przez specjalistów od niszczenia bogactwa narodów. Ale konsekwencji ze zniszczeń nie wyciąga nikt, nawet politycznych wałów chroniących przed kolejnymi uderzeniami rynkowego tsunami nikt nie buduje. No chyba, że nieśmiało próbuje się ratować „eurokołchoz”, zbierając za to w polskiej prasie kolejne publicystyczne cięgi od prawicowców z Pokolenia JK-M.
A tu w dno „kapitalizmu kasynowego” stuka jeszcze od spodu kapitalizm eichmannowski (parafraza za Eichmann w Jerozolimie, Hannah Arendt). Do lamentów szefa Banku Światowego dołączyły ostatnio lamenty szefów zachodnich organizacji charytatywnych, że spekulacja na zbożu, oleju i cukrze (osłaniana przez wielkie korporacyjne zakupy ziemi uprawnej w Afryce po to, żeby NIE uprawiać tam zboża i w ten sposób utrzymać ceny żywności na wysokim poziomie) bardzo utrudnia organizacjom pomocowym zakup żywności dla głodującej Somalii. Z kolei somalijscy islamiści, tamtejsza uzbrojona odmiana Wencla i Pereiry, wyśmiewają i odrzucają zachodnią pomoc humanitarną, od której somalijscy muzułmanie „brzuchy uratują, ale utracą dusze”.
I tylko Jarosław Kaczyński prowadzi swoją kampanię wyborczą daleko od tego całego globalnego zgiełku pod bezpiecznymi, swojsko brzmiącymi hasłami: „obrazili mnie”, „zabili mi brata”, „napluli nam w twarz”, „niech teraz przeproszą”, „niech znikną”… Takie to polityczne tematy bawiące część Polaków równie jak on przyzwyczajonych do podsycanego przez miejscowe media „ujutnego” populizmu, będącego jednym z uroków naszego dzisiejszego życia na niby.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...