|
Cytaty są fajne, szczególnie tam gdzie (i kiedy) „oryginalni twórcy” są do niczego. Zatem jeszcze jeden: „You find me offensive? I find you offensive/ for finding me offensive/ Hence if I should draw a line on any fences…” (to oczywiście „Rain Man” Eminema, z czasów, kiedy jeszcze nie śpiewał duetów z Rihanną, dalej w tej piosence robi się jeszcze ciekawiej, ale nie zacytuję przecież całego tekstu, skoro epoka domaga się oryginalności). Pocytowałbym jakiegoś oryginalnego Polaka, ale jako paseista po cholernej czterdziestce (nieodwołalnie zamknęły się już moje cielesne bramy wrażliwości), strzępy zbliżonej choćby do Eminema językowej energii znajduję w tym nieszczęsnym, na wpół martwym języku, jedynie u młodego Miłosza, u młodego Świetlickiego, u młodego Maleńczuka… a dalej już nic (Andrzej Sosnowski się akurat na energię krzyku z Eminemem nie ściga). To ciekawe, że akurat po Smoleńsku lewica nabrała wrażliwości społecznej. A może lewica nabrała się na społeczną wrażliwość? Oto jest pytanie (cyt. za Demirskim). Kiedy w początkach lat 90. ktoś tam wrzeszczał, że nazywanie hurtowo „ciemnogrodem” milionów ludzi wyrolowanych w transformacji tylko dlatego, że nie zagłosowali na Tadeusza Mazowieckiego, jest produkowaniem faszyzmu, jego samego nazywano faszystą i żadnej wrażliwej lewicy nie było, żeby takiego gościa wesprzeć, przed zarzutem faszyzmu obronić. Kiedy z kolei dzisiaj narodził się prawdziwy polski faszyzm, pojęcie zostało już tak bardzo zużyte i nadużyte, że żadnej nazwy już na to nie ma, gdy zjawisko pojawiło się po Smoleńsku w postaci podręcznikowej. I jedni lewicowcy zachwycają się nagle żałobą (no bo faszyzm to jednak zjawisko jakby nie było wspólnotowe), a inni tym, że liberalnego premiera z Kaszub ktoś wreszcie pogoni (no bo faszyzm to zjawisko jakby nie było antyliberalne).
Zatem skoro już wszyscy staliśmy się tak wrażliwi społecznie i niewykluczający, i tak antyliberalni, odczarujmy pojęcie faszyzmu, ale na poważnie. Użyjmy go jako diagnozy, a nie pamfletowo. Użyjmy go nie tak jak go używał młody, a przecież tak jeszcze niedawny Paweł Smoleński przeciwko pampersom zbierającym się w latach 90. na zupełnie jeszcze poczciwych zlotach prawicowej młodzieży, ale tak jak go używał George Orwell, kiedy w samym środku wielkiej wojny „dobra” ze „złem” pisał (o, znowu będzie cytat, nawet jeśli z pamięci i niedokładny), że w twarzy Hitlera widzi i rozumie realne cierpienie, cierpienie społecznego i narodowego resentymentu, które uwiodło Niemców, bo Weimar był przecież niespecjalnie atrakcyjny, szczególnie dla Niemców wykluczonych, co nie dawali sobie rady w „spekulacji”. Orwell – podobnie jak Simone Weil – potraktował Hitlera poważniej niż zwykli antyfaszyści, nawet jeśli pisał, że twarz Hitlera odbijająca śmiertelnie poważne cierpienie milionów ludzi subiektywnie i obiektywnie skrzywdzonych przez ówczesny światowy porządek przypomina „cierpiącego na krzyżu Chrystusa o twarzy skatowanego psa” (do tej pory jedynie Bruno Ganz zdołał tak zagrać Hitlera w „Upadku”). Ja podobnie poważnie traktuję Jarosława Kaczyńskiego. Uważam, że trzeba go politycznie zniszczyć do końca, współpracując w tym zbożnym dziele nawet z Tuskiem, nawet z Palikotem, nawet z Napieralskim, nawet z Leszkiem Millerem… (macie do wyboru i do koloru swoje „nawet”, żebyście nie mówili, że wybór jest skąpy), bo zostawiony na swobodzie zniszczy liberalną demokrację w Polsce, a tamci wszyscy ją co najwyżej nieco bardziej popsują albo może nieco naprawią, who cares (ja tak, ale czy o jakość z natury zgniłej liberalnej demokracji wypada się troszczyć prawdziwej lewicy?). Kaczyński cierpi realnie, a jednocześnie w pełni świadomie manipuluje swoim cierpieniem. Czyni z niego w ten sposób polityczne narzędzie o zupełnie niezłej skuteczności, bo teraz to w jego cierpiącej twarzy odnajdują się wszyscy cierpiący polskiej transformacji. A jest ich grubo ponad 20 procent. A może trzydzieści. I jest ich trzydzieści procent już po tym, jak Macierewicz zobaczył swój „wielki błysk przed lądowaniem” (cytat, a jaki świeży). Oni naprawdę zaakceptowali i zaakceptują wszystko, co zrobi dzisiaj Kaczyński i na co pozwoli. Każde podniesienie głosu, każde zaostrzenie retoryki, nawet jawne szaleństwo - bo po raz pierwszy dostrzegli człowieka, który naprawdę chce to wszystko przewrócić. Tę „fałszywą demokrację”, której jedni z nich nienawidzą za to, że zmusiła ich do zmiany pracy (czasem wręcz do zamienienia jej na bezrobocie), innym kojarzy się z przegranym procesem sądowym (nawet jeśli sprawa, którą przegrali wynikała z ich naturalnego sarmackiego pieniactwa), jeszcze inni kojarzą ją z tym, że ich dziecko zbyt szybko wyprowadziło się z domu… każdy spośród tych ładnych paru milionów chciałby się na „fałszywej demokracji” odegrać za własne życie złamane w jakimś kluczowym miejscu, co w oczywisty sposób domaga się politycznej zemsty, generuje gigantyczną polityczną energię, której do tej pory żadna masa krytyczna (nawet jeżdżąca po Warszawie na rowerach, nawet biegająca po niej w maratonach) nigdy nie wygenerowała. W twarzy Kaczora, a nie w twarzach Strzępki&Demirskiego na przykład (pomimo całej oryginalności tych twarzy, podczas gdy twarz Kaczora cała posklejana jest z dawnych cytatów) odnajdują się dzisiaj wszyscy z różnych powodów nieszczęśliwi ludzie w Polsce (z różnych powodów, czasem całkiem ze sobą sprzecznych, no bo z zupełnie innego powodu nieszczęśliwy jest emeryt na głodowej kasie, z zupełnie innego Ziemkiewicz, któremu peowiacy mogą – ale przecież wcale nie muszą - zabrać wszystkie pasma w mediach publicznych, i z zupełnie innego powodu Wildstein, któremu geje zabierają pewność jego samczoalfiego poczucia męskości). Jestem liberałem (w stosunku do politycznej przemocy nieco konserwatywnym, w stosunku do emancypacji raczej lewicowym, tak wiem, że to niesłuszne, a co więcej, że jest to źródłem nierozwiązywalnych sprzeczności). I dlatego faszyzmu nie lubię, choć traktuję go zupełnie poważnie. Bo większym problemem niż polityczny geniusz niezniszczalnego Jarosława Kaczyńskiego jest te trzydzieści procent, które za nim pójdą wszędzie. O, właśnie idą, wyjrzyjcie przez okno. A pójdą dlatego, że wielu z nich polski Weimar realnie unieszczęśliwił. I każdy z nas patrząc na to, inaczej zapewne rozstrzygnie w sercu podstawową polityczną decyzję: czy Weimarowi warto przykopać na każdych warunkach, czy też w pewnych sytuacjach lepiej stanąć w jego obronie.
Swoją drogą, widziałem jakiś czas temu taką scenę pod śp. krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Naprzeciwko siebie stało kilku wściekłych starców uzbrojonych w akowsko-maryjne pieśni i paru młodych antyklerykałów uzbrojonych w dość grubą ironię. Nagle spadł deszcz, właściwie lekka i jeszcze ciepła mżawka (rzecz działa się w sierpniu). Ironiczna młodzież szybko zniknęła po bramach, wściekli starcy zostali pod krzyżem. Dopóki taka jest proporcja politycznej determinacji obu walczących stron, faktycznie rozumiem, dlaczego Tusk wybrał Gowina i Radziszewską, a Palikota zostawił, żeby sobie powybierał antyklerykalną młodzież z suchych bram.Nie sądzę, aby Smoleńsk dał się zaprząc do realizacji lewicowych postulatów społecznych i obyczajowych (już prędzej nada się do tego katastrofa busa z robotnikami rolnymi zapakowanymi do niego jak kartofle, choć katastrofą busa Kaczyński zainteresuje się dopiero wówczas, kiedy wymyśli, w jaki sposób obciążyć za nią Sikorskiego, a wymyśli bez trudu). Może dzięki Smoleńskowi można zablokować wyprzedaż narodowego majątku, ale z narodowym majątkiem jest trochę tak, jak z majątkiem podlegającym decyzjom kościelno-rządowej komisji wspólnej d.s. majątkowych. Już go prawie nie ma, więc i Smoleńsk nie pomoże, żeby go „ratować przed prywatyzacją”. No chyba żeby pod znakiem Smoleńska dokonano renacjonalizacji, ale nawet jakby Kaczyński chciał, to mu Zyta Gilowska nie pozwoli (ona, przypominam, nie leciała tym samolotem, co nie wylądował w Smoleńsku). Zatem jak się lewica jednak załapie na populizm, to ją populizm wydupczy, tak jak wydupczył niemieckich komunistów po trzydziestym trzecim. Weimaru (jego Tusków i Palikotów) komuniści z KPD nienawidzili bardziej niż swoich radykalnych kolegów z NSDAP. Po trzydziestym trzecim roku, kiedy udało się Tuska z Palikotem z Weimaru przepędzić, jedni komuniści poszli do Dachau, a inni – większość, szczerze powiedziawszy – wstąpiła do NSDAP (partia w końcu też rewolucyjna). Dziś szczęśliwie zarówno Dachau, jak też pieniek z toporem dla komunistów, a wreszcie NSDAP… są takie polskie, takie bardziej maślane, bułowate, takie wirtualne. Ale mimo to lewicę prawicowy populizm może bez trudu wydupczyć, tyle że politycznie. Zabrać jej wszelką polityczną energię, jaka jest w tym kraju. Zabrać nie na rok, nie na dwa, ale na całe życie jednego przynajmniej lewicowego pokolenia. Na biennale do jakiejś liberalnej stolicy UE będzie zawsze można z lewicowym przekazem wyjechać, lewicową sztukę z Polski na festiwalu w Paryżu wystawić, ale w samej Polsce żadnej lewicowej polityki zrobić się wówczas nie da, bo całe pole dla polityki innej niż zachowawcza, zostanie zaorane i obsiane przez prawicowy populizm. Zatem uważajcie z tą fascynacją dla smoleńskiego ludu i z tą radością, że pod znakiem smoleńskim da się przynajmniej „pogonić Tuska”. No chyba, że tak naprawdę nie chcecie żadnej lewicowej polityki uprawiać, a tylko lewicowy dyskurs, który może, ale naprawdę nie musi być początkiem jakiejkolwiek przyszłej polityki. Faktycznie, wolałbym, żebyście akurat tym razem byli bez litości, nie pozbawieni aż tak bardzo politycznego instynktu. Potem, jak Jarosław Kaczyński będzie już tylko wielką, tragiczną postacią z przeszłości (sam z szacunkiem wypucuję wtedy jego nagrobek), możecie sobie znowu współczuć i „nie wykluczać”. Weimar zawsze potrzebuje lewicowego współczucia. I „niewykluczania”. Staje się wtedy miejscem bardziej zdatnym do życia. Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...