Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Warunki do lądowania Drukuj
Cezary Michalski   
02.06.2010
„Warunków do lądowania nie ma” – mówi rosyjski kontroler lotów na piętnaście minut przed katastrofą w Smoleńsku. Wydawałoby się, że utrudnia to podtrzymywanie fikcji („mamy przecież prawo do zadawania pytań!”) na temat rosyjskiego zamachu na Lecha Kaczyńskiego. Mamy tu przecież jawną sprzeczność wewnętrzną, jawne naruszenie logicznej zasady niesprzeczności, wyłączonego środka (nieprawda, że alfa i nie alfa, nieprawda, że prawdziwe jest zdanie i jego przeciwieństwo). Jak Rosjanie mogli wciągać samolot z Lechem Kaczyńskim w obszar, na którym rozpylili sztuczną mgłę, na którym zaatakowali polski samolot falami radiowymi o nietypowych częstotliwościach… skoro sami ostrzegali Polaków przed lądowaniem w Smoleńsku? Nie wiem, co ze swoimi „pytaniami” zrobią teraz Warzecha, Wildstein, Pospieszalski, Sakiewicz… Jak Rosjanie mogliby ostrzegać swoje własne „ofiary”, przed swoją własną pułapką? Nawet w 1940 roku NKWD nie przyszło do baraków z polskimi oficerami, żeby ich przekonywać, aby pod żadnym pozorem nie jechali do Katynia, bo czekają tam na nich faceci w skórzanych fartuchach. Tymczasem 10 kwietnia w Smoleńsku, nazywanym konsekwentnie przez część polskiej prawicy „Katyniem2”, Rosjanie przed lądowaniem polski samolot ostrzegali. A jednak fikcja ma się dobrze. Byłem wczoraj w radiowej Trójce, gdzie trzech z wykształcenia polonistów (Jerzy Sosnowski, Marek Bieńczyk i ja) analizowało publiczne reakcje na pojawienie się „tekstu” (jak nazywał smoleński stenogram Bieńczyk). Śmierć autora, pełna postmoderna, wszystkie telefony do studia i większość maili podtrzymywały hipotezę, że spisek jednak był. „Pan Jaromir” pisał w swoim mailu, że „całe społeczeństwo polskie słusznie nie ufa tym wszystkim ‘dowodom’, bo nie takie rzeczy fabrykowali Rosjanie i osadzona przez nich w Polsce władza” (jak rozumiem, władza Tuska). Dzwoniący kpili sobie z „łatwowierności pseudofachowców, którzy rozmawiają w studio”. Nie czułem się – jako polonista – fachowcem ani nawet pseudofachowcem od katastrof lotniczych, ale jako miłośnik prozy Philipa Dicka czułem się fachowcem od paranoi. To była paranoja, zarządzana na chłodno przez dziennikarzy, publicystów, inteligentów, fachowców od łagodnych kampanii. Cyniczna praca Łukasza Warzechy, Bronisława Wildsteina, Igora Janke i Salonu24 (Pospieszalski nie jest cynikiem, on we wszystko wierzy) – znajduje odzew w polskim odpowiedniku „Tea Party Movement” (amerykańskiego ruchu społecznego nieposłuszeństwa wobec „federalnej władzy Obamy”. Najlepszą analizę tego ruchu dał ostatnio Mark Lilla w „New York Review od Books”. Chcieliśmy ją puścić w „Europie”, ale szybciej opublikowała ją świąteczna „Wyborcza”, więc tam kieruję zainteresowanych, bo tekst Lilli jest naprawdę ciekawy i ważny). Tea Party Movement to ruch organizowany przez piarowych cyników z Partii Republikańskiej, ale jego siłę stanowią ludzie uważający za demoniczną każdą władzę, której sami nie akceptują. A nawet władzę, którą sami na początku zaakceptowali, ale ich natychmiast ta władza w oczywisty sposób „zdradziła”. Są prawdziwymi zwolennikami demokracji bezpośredniej, odrzucenia przesłaniających egzystencjalną prawdę procedur i instytucji, życia bez alienacji tu i teraz. Nowoczesny świat ich przerósł, zasada delegowania władzy, procedury badań naukowych, procedury śledcze… są dla nich (w sumie dla każdego z nas) zbyt skomplikowane, więc są „nie ich”, „niewiarygodne”, „zmanipulowane”. Jarosław Kaczyński nie jest z tego poziomu, on nie jest paranoikiem, więc zupełnie na zimno poszerza elektorat. W jednym wystąpieniu „przyjaciół Rosjan” chwali, a w drugim, skierowanym do uczestników polskiego Tea Party Movement, oświadcza, że „Rosjanom nie ufa”. Oczywiście wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej nie jest kwestią zaufania, tylko obecności polskich śledczych przy otwieraniu czarnych skrzynek, wspólnego podpisywania protokołów zaświadczających autentyczność poszczególnych zapisów rejestratorów Tupolewa, procedur ich przekopiowywania… itp. Ale co ja się będę wygłupiał ze swoimi poczciwościami naprzeciwko twardej pewności Bronisława Wildsteina, Łukasza Warzechy czy Jana Pospieszalskiego, którzy „tylko pytają”, i już dzięki temu stają się bohaterami polskich tea parties. A jednak w kontekście tego jednego zdania rosyjskiego kontrolera lotów („warunków do lądowania nie ma”) katastrofa w Smoleńsku – wydarzenie, które Ludwik Dorn uważa za akt założycielski polskiej niepodległości, PiS za przepustkę do władzy, prawica pseudokatolicka za objawienie i narodowe misterium - ujawnia swoje prawdziwe oblicze. Oblicze ryzykowania życiem własnym, ale co najgorsze, życiem innych. Podobnie jak decyzja o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego i prowadzenia go przez 63 dni, także Smoleńsk będzie mitem założycielskim dla całej tradycji utrzymywania się części Polaków w samozawinionej niedojrzałości. Prawie rok temu, przy okazji poprzednich narodowych misteriów związanych z kolejną rocznicą wydania przez dowództwo AK decyzji o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego (w Polsce zawsze się to nazywa „rocznicą wybuchu Powstania”, bo w Polsce takie wydarzenia zawsze są „losem”), wysłuchałem w samochodzie archiwalnego felietonu Edmunda Osmańczyka z powstańczego radia. „Dzisiaj w walczącej Warszawie rodziło kilkanaście Polek – mówił, a właściwie krzyczał łamiącym się głosem Osmańczyk nadający w trzydziestym, a może czterdziestym dniu powstania - kilkanaście Polek rodziło pod bombami i pociskami moździerzy, w ruinach bez wody i światła… Anglicy, Amerykanie, Rosjanie… jak się nie wstydzicie…!”. Słuchałem tego archiwalnego kawałka radiowego zaciskając zęby i pięści. Wesoła Jałtańska trójka: Wujek Soso, amerykański anioł na wózku i trochę cyniczny angielski lord… Nigdy nie byli moimi bohaterami, stworzoną przez nich wspólnie „aliancką wersję historii” zawsze traktowałem tak, jak manichejski gnostyk traktuje świat stworzony przez mało sympatycznego archonta. Jednak jak można aż do tego stopnia zwalniać się z odpowiedzialności za własne decyzje i czyny, jak można rozpoczynać mikrowojenkę, biorąc za zakładników milion własnych cywilów, jak można prowadzić potem tę wojenkę przez 63 dni, kiedy już wiadomo, że nawet fikcyjne uzasadnienia rozpoczęcia powstania są nie do utrzymania i jak można potem mieć pretensje wyłącznie do innych, wyłącznie do Stalina, Roosevelta i Churchilla, o to, że kobiety w Warszawie rodzą pod bombami, w ruinach bez wody i światła? Borowi-Komorowskiemu też wszyscy mówili, że „nie ma warunków do lądowania”. Tylko chłopcy Stalina za pomocą swojej lubelskiej radiostacji zachęcali go wtedy do podjęcia próby. Tym bardziej rosyjski kontroler lotniska w Smoleńsku, ze swoim skierowanym do Polaków komunikatem „nie ma warunków do lądowania” jest znakiem nowych, lepszych czasów w stosunkach polsko-rosyjskich. Rosjanie już nie prowokują nas do powstań, teraz my sami się do nich prowokujemy. Nasi polityczni padlinożercy pożywili się na Muzeum Postania Warszawskiego, dziś żywią się na Smoleńsku. Muzeum Powstania Warszawskiego, zamiast być muzeum antywojennym, muzeum budowania politycznej mądrości (jak taki błąd można było popełnić, jak go uniknąć w przyszłości), stało się – decyzją Lecha Kaczyńskiego, decyzją jego młodych podwykonawców, Dariusza Gawina, Jana Ołdakowskiego – muzeum sławiącym potęgę polskiego oręża (a przy ewidentnym braku oręża, potęgę opasek biało-czerwonych, efekciarskich oficerek z długimi cholewami i modnych ułańskich bryczesów). To tak, jakby Hiroszimę uczynić znakiem potęgi japońskiego oręża. Jakby muzealnicy japońscy urządzali tam każdego lata żywe obrazy, w czasie których uczniowie szkół przyklejaliby sobie sztuczne strupy z silikonu i zwijali się na ziemi w udawanej męce, po czym wstawali i krzyczeli „Banzai!” pod adresem Amerykanów. Ołdakowski i Gawin takie widowiska co roku urządzają – przebierają dzieci w mundury SS i w cywilne stroje powstańców (jak przyznał kiedyś jeden z pomniejszych organizatorów, „więcej jest chętnych do grania Niemców, bo mundury SS są ładniejsze niż cywilne ciuchy”). Dlaczego ten sam obóz miałby teraz nie skorzystać z politycznej i mitologicznej gratki katastrofy smoleńskiej? Czy zatem za kilka lat będziemy oglądać organizowane przez muzealników widowiska „Smoleńsk-drugi Katyń”, w których człowiek w rosyjskim mundurze będzie czytał martwym głosem „warunków do lądowania nie ma”, a pracownicy muzeum przebrani za pilota, generała i prezydenta będą patetycznie kierować Tupolewa i jego 90 pasażerów na śmierć? Potem zamówieni na tę okazję i opłaceni od koncertu i od pamiątkowej płyty posthiphopowcy i postpunkowcy będą śpiewać na hiphopową lub punkową nutę wiersze Rymkiewicza (cytowano go już zbyt często, więc nie zacytuję tym razem) i Wencla („Jeszcze Polska nie zginęła, póki my giniemy!”). Jak daleko można jeszcze powędrować w szaleństwo? Czy Polska to zawsze będzie dziecięca krucjata prowadzona przez paru cyników grających na bębnach? Właśnie dlatego nie chciałbym, żeby najbardziej szkodliwy mit, najbardziej cyniczne powstańczo-smoleńskie kłamstwo, znowu stał się w Polsce dla kogokolwiek przepustką do władzy. PS: Z ostatniej chwili. Rzecznik prasowy klubu PiS Mariusz Błaszczak złożył w „Sygnałach dnia” ofertę interpretacyjno-negocjacyjną następującej treści: „nie było zamachu ani nacisków”. Sprytne, prawda? 
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 02.06.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Powered By PageCache
Generated in 0.42581 Seconds