Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Syndrom Kurtza Drukuj
Cezary Michalski   
08.06.2010
Postanowiłem po raz nie wiadomo który w swoim życiu poduczyć się angielskiego. Przyszło mi do głowy, że najlepszym sposobem na to, żeby się w brzmieniu tego języka osłuchać, będzie kupienie sobie audiobooka z The Heart of Darkness Conrada, „dzikusa”, który uciekł z „dzikich pól”, żeby zostać pierwszym postkolonialnym pisarzem brytyjskiego imperium. W miarę jak tego słucham - po raz drugi, trzeci, dziesiąty - odkrywam fragmenty, których nie rozumiałem, kiedy byłem dzieckiem, kiedy jeszcze nie wiedziałem, gdzie żyję i jak niezwykłym miejscem jest moja ojczyzna. Dalej będą cytaty o życiu na magicznych peryferiach globalnego imperium Zachodu. Podam je w trochę drętwym tłumaczeniu, w którym czytamy je w szkole, nie będę się wygłupiał cytując na portalu KP Conrada po angielsku:

„Niech pan się wystrzega irytacji jeszcze bardziej niż przebywania na słońcu. Pod zwrotnikami trzeba przede wszystkim zachować spokój.. . - Podniósł ostrzegawczo palec… - Du calme, du calme.”

„W owych czasach wygadywano masę bredni w druku i słowie, i zacna moja ciotka, żyjąca pośrodku tej całej blagi, straciła równowagę. Póty rozprawiała o tym, że «trzeba oduczyć miliony tych ciemnych ludzi od wstrętnych obyczajów życia», aż wreszcie - daję wam słowo - zrobiło mi się jakoś głupio. Ośmieliłem się nadmienić, że przecież spółka została założona dla zysku.”

„Przypomniałem sobie starego doktora: «Z punktu widzenia nauki byłoby ciekawe śledzić na miejscu zmiany psychiczne zachodzące w jednostkach». Czułem, że po dłuższym okresie przebywania tutaj, staję się interesujący dla nauki.”

„Kurtz to nadzwyczajny człowiek - powiedział w końcu pracownik kompanii. - On jest wysłannikiem litości i nauki, i postępu, i diabli wiedzą czego tam jeszcze. Dla prowadzenia sprawy, że się tak wyrażę, powierzonej nam przez Europę - zaczął nagle deklamować - potrzebujemy wyższej inteligencji, wszechogarniającego współczucia, zupełnego oddania się celowi. – Któż to mówi? - zapytałem. - Całe mnóstwo ludzi - odpowiedział.”

„Widzicie, otóż to było najgorsze ze wszystkiego - podejrzenie, że oni, ci z dżungli, wcale nie są nieludzcy. Przenikało to z wolna do świadomości. Wyli i skakali, i kręcili się, i wykrzywiali straszliwie; a najbardziej ze wszystkiego przejmowała mnie właśnie myśl o ich człowieczeństwie - takim samym jak moje - myśl o mym odległym powinowactwie z tym dzikim namiętnym wrzaskiem.”
„Kurtz zapamiętywał się wśród tych ludzi - zapamiętywał się - rozumie pan. - Przecież to wariat - odpowiedziałem. Zaprzeczył mi z oburzeniem. Gdzieżby pan Kurtz mógł być wariatem.”

„Dyrektor wyszedł z kajuty. Zaszczycił mnie ujęciem pod ramię i odprowadzeniem na bok. - Bardzo, bardzo już źle z nim - powiedział. Tu uznał za stosowne westchnąć, ale nie utrzymał się konsekwentnie w smutnym nastroju. - Zrobiliśmy dla niego wszystko, cośmy tylko mogli, nieprawda? Ale co tu ukrywać. Pan Kurtz wyświadczył naszemu towarzystwu więcej złego niż dobrego. Nie zdawał sobie sprawy, że czasy nie dojrzały jeszcze do energicznej akcji. Ostrożność, ostrożność - oto moja zasada. Musimy być jeszcze ostrożni. Ten okręg jest na pewien czas dla nas zamknięty. Fatalne! Handel w ogóle na tym ucierpi.”

Słuchając The Heart of Darkness podczas jazdy samochodem między Krakowskim Przedmieściem, Placem Piłsudskiego, z którego właśnie zwijano monstrualny ołtarz, i innymi „podzwrotnikowymi” miejscami, nagle zrozumiałem, jak bardzo nie da się w Polsce uniknąć syndromu Kurtza, syndromu Krońskiego, syndromu modernizatora, który staje się gorszy od modernizowanych przez siebie „dzikusów”. Ja sam, dzisiaj, jeśli jeszcze o coś w tych wyborach prezydenckich walczę – bo przecież mną także nie kieruje ani namiętna sympatia dla Komorowskiego, ani nienawiść do Kaczyńskiego – to wyłącznie o to, żeby po zwycięstwie PO ramówka Jedynki wyglądała następująco: godzina 20.00 – Ekipa (Entourage), dwa odcinki po 25 minut, godzina 21.00 – Californication, dwa odcinki po 25 minut, godzina 22.00 – South Park, dwa odcinki po 25 minut… W inne dni może jeszcze Czysta krew, Buffy, postrach wampirów, a w święta, szczególnie narodowe… pełnometrażowa trylogia Zmierzch, jak już cała zejdzie z kin, a do tego Legalna Blondynka i pełnometrażowy Seks w wielkim mieście.

Cała reszta Jedynki, Dwójki i TVP Info sformatowana w dość podobny sposób. Zamiast pasm teatru faktu, dokumentu historycznego (bez końca torturowani akowcy, werbowani działacze opozycji przedsierpniowej, bici manifestanci, ks. Popiełuszko topiony w Zalewie…). Skoro w telewizji publicznej uznano trupią czaszkę za jedyną twarz lokalności, niech zwycięży radosne, kolorowe bikiniarstwo globalnej modernizacji. Ostatnio pytał mnie pewien konserwatysta, jeden z dwóch ostatnich, którzy wciąż jeszcze ze mną rozmawiają, czym właściwie jest „to życie”, które z narastającą furią przeciwstawiam „polityce śmierci”? Zatem odpowiadam, „to życie” jest także radosnym, rozrywkowym, trochę może nihilistycznym, ale ostatecznie szukającym moralnej busoli hollywoodzkim serialem (Ari Gold z Ekipy, nie chcący wyjść na mięczaka, ale zachowujący jednak jakieś ludzkie odruchy; poczciwy, nawet jeśli autodestrukcyjny Hank z Californication; nieskazitelni etycznie Kyle i Stan z South Parku  – zupełne przeciwieństwo Cartmana, który jednak także czasami potrafi pomóc swoim kumplom rozwiązać ich problem). Co z tego, że ci przedstawiciele „życia” nie istnieją naprawdę, że są tylko symulakrami. A „ZOMO” i „Stoczniowcy” stojący to tu, to tam, a „Popiełuszko”, którego ktoś próbuje ukraść Zdortowi? Oni niestety też nie są już od dawna prawdziwi, to już także tylko polityczne, partyjne, ideologiczne symulakry. Tyle że bez porównania mniej zachęcające do życia niż Ari, Hank czy Stan.

Myślę, że ten proces zachodził we mnie od dawna, ale 10 kwietnia istotnie coś zmienił. Właśnie po tym dniu ostatecznie i definitywnie opanował mnie syndrom Kurtza, modernizatora bez zahamowań, wewnętrznie wyniszczanego przez własną brutalność wobec  „dzikusów”, tak różną od „szlachetnych idei”, z którymi ongiś wyruszał w górę rzeki Kongo. Prawdopodobnie to efekt wsłuchiwania się zbyt długo w odgłos bębnów dobiegających z głębi dżungli, na których Rymkiewicz, Terlikowski, Krasnodębski, Gawin, Wildstein, Karłowicz, Lisicki, abp Michalik… wybijają rytm swoich wojennych pieśni i tańców, w obronie godności, w obronie tradycji, w obronie zygoty…

Tak wygląda modernizacja, tak wygląda życie na peryferiach. Tak ja dziś wyglądam („The horror! The horror!”, „Mistah Kurtz – he dead”). Może dżunglę peryferyjnej „ujutności”, swojskości sarmackiej, PRL-owskiej, polsko-katolickiej…, należałoby po prostu zostawić w spokoju. Ale żyją tu ludzie, których należy ochronić przed kanibalami. Zastanawiam się tylko czasami, czy wyłącznie przed nimi, czy też może także przede mną – modernizatorem.
Pewna osoba, którą od kilku lat próbowałem bronić – jak umiałem, a umiałem niezbyt skutecznie – przed symboliczną przemocą „salonu”, dzwoni do mnie i najpierw próbuje mnie merytorycznie przekonać do głosowania na „Jarosława”, a potem się zapomina i szepcze do słuchawki namiętnie: „Pan wraz z panią Agatą sami się wykluczyliście swoimi tekstami po 10 kwietnia”. A przecież mimo wszystkich swoich szaleństw i tak osoba ta napisała o postkomunizmie, o modernizacyjnej przemocy wobec peryferii rzeczy ciekawsze od wielu tutejszych socjologów i ekonomistów zajmujących się głównie tępym namaszczaniem historycznej konieczności.

Mam udawać, że to wszystko jest polityka taka jak w angielskim parlamencie? W Rwandzie katastrofa samolotu, którym leciał prezydent z plemienia Hutu, zmieniła raz na zawsze oblicze polityki uprawianej przez plemiona Hutu i Tutsi. W Polsce także coraz więcej osób mówi, że katastrofa lotnicza, w której zginął prezydent z plemienia PiS, musi zmienić oblicze naszej polityki uprawianej przez plemiona PiS i PO. Ja w takich momentach uciekam w moje popkulturowe bikiniarstwo, jak mogę najgłębiej. I czekam na dzień wyborów: czy silniejsza okaże się dżungla, czy Kurtz. Nie, nie będę wtedy hamletyzował jak w tym felietonie. Bez mrugnięcia okiem zabiję „dzikusa”, a mojej „cywilizacji” będę bronił do utraty tchu.
Komentarze
Dodaj nowy
Zeitgeist  - Napieralski   |20.06.2010 17:32:06
Czyli głosujemy na Napieralskiego?
Zeitgeist  - Jest wyjście?   |20.06.2010 17:35:53
Od dłuższego czasu słucham pańskiego lamentu, którym jak ulał pasuje do
definicji postmodernizmu: wszystko jest złe, a co jest dobre? Ja już nie śmiem
Pana przekonywać do czegokolwiek, ale czy człowiek może żyć bez aksjomatu? Wiary
w innych ludzi, choćby zawodnej i złudnej. Przypominają mi się terapie
psychodynamiczne.
- Pan dealuuuj wszystko
- dlaczego?
- myśli pan, że albo
weźmie wszystko doskonałe, albo nic - nie umie pan kochać.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 08.06.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.89362 Seconds