|
Świat wikiliksa jest bez wątpienia od naszego brzydszy, ale czy jest od naszego inny? Czy rzeczywiście odsłania jakieś tajemnice, jakieś mechanizmy funkcjonowania naszego świata, o których byśmy wcześniej nie wiedzieli? Jeśli nie ma politycznego potencjału, żeby wykorzystać wiedzę, która czyni świat brzydszym, do jego zmiany (a z taką sytuacją mamy, jak sądzę, do czynienia dzisiaj), wówczas z całej „metanoi” społecznej (cyt. za Ludwik Dorn), z całego „oświecenia” i „zerwania zasłony”… pozostaje wyłącznie brzydota. Polscy stoczniowcy zawarli przed laty tę mądrość w pewnej frazie pewnej prostej piosenki, przez parę następnych dekad nadużywanej przez polską inteligencję, ze szczególnym uwzględnieniem pewnej znanej aktorki. Nawet my - ówcześni studenci - nadużywaliśmy tej frazy, kiedy ostro sobie chlaliśmy po zrewoltowanych akademikach i stancjach. Brzmiała ona: „świat się dowiedział/ nic nie powiedział/ Janek Wiśniewski/ padł”. Z racji swego mszalno-inteligenckiego nadużywania ta fraza budziła w nas - młodych nihilistach - paroksyzmy śmiechu, szczególnie po wódce. Co nie zmienia faktu, że była i pozostała pełna wciąż aktualnej mądrości.
Rozdęte do monstrualnych rozmiarów „Sypiąc” w wersji wikiliksa to bowiem coś takiego, jakby w Polsce rzucić na rynek ze czerdzieści archiwów IPN-u (łącznie ze znajdującymi się tam „danymi wrażliwymi”). Albo jakby nagle zaczęło tutaj funkcjonować, powiedzmy, siedemset fundacji „bruLionu”. Robert Tekieli wpisał kiedyś do statutu fundacji mającej zapewniać środki na wydawanie, już w niepodległej Polsce, kwartalnika „bruLion”, jako punkt pierwszy i najważniejszy: „likwidowanie dystansu pomiędzy słowem prywatnym i słowem publicznym”. Cóż innego robi wikiliks, jak nie realizuje pierwszy punkt statutu niegdysiejszej fundacji „bruLionu”? No więc załóżmy, że rzucono by teraz w Polsce na rynek archiwa IPN-u razy powiedzmy czterdzieści, do tego zaczęłoby działać siedemset fundacji „bruLionu” traktujących na poważnie postulat „likwidowania dystansu pomiędzy słowem publicznym i prywatnym”, ze wszystkimi monstrualnymi konsekwencjami wynikającymi z jego realizowania. I jeszcze opublikowano by, powiedzmy, sześć tysięcy trzysta wywiadów z Michałem Cichym. I co by się stało w Polsce? Ano nic by się nie stało (nie posiadam już wiary młodego siebie albo starego Wildsteina, ani nie posiadam cynizmu Ziemkiewicza w średnim wieku, żeby prawicowemu albo lewicowemu „ludowi” głosić, że to by coś w tym kraju zmieniło). Polska zrobiłaby się jedynie odrobinę brzydsza w oczach Polaków. A po co? Czyż nie mamy już i bez tego wystarczająco rozchwianej samooceny („naród historyczny” czy „niehistoryczny”? „historyczny” czy zdolny zaledwie do krótkodystansowej histerii?).
Podobnie jest z wikiliksem, tyle że w skali globalnej. No bo czy Czeczeni (nie ci od Kadyrowa, ale ci drudzy) nie wiedzieli, że „Putin jest samcem alfa”? Wiedzieli, bo przecież ten samiec alfa poluje na nich od dawna. Czyż musiały ich w tej mierze oświecić dopiero ujawnione przez wikiliksa amerykańskie depesze dyplomatyczne? A kiedy wikiliks już ich w tej mierze oświecił, może zdołali dzięki temu „oświeceniu” i „zdarciu zasłony” (albo zdołają w dającym się przewidzieć czasie) odbić Grozny z rąk Kadyrowa? Tego oficjalnego czeczeńskiego przywódcy, co to według wikiliksa podarował swemu krewniakowi czy „żołnierzowi” pięć kilo złota na jakimś weselu, złota w ten czy inny sposób pozyskanego z czeczeńskich zębów? Czy w ten albo inny sposób nie wiedzieliśmy, że Gruzini, którzy zapewne rzeczywiście mieli ochotę na polskie rakiety przeciwlotnicze GROM albo przeciwpancerne pociski kierowane FAGOT, dostali zamiast nich jedynie Lecha Kaczyńskiego ze świtą, bo to są realne możliwości Polski, kiedy próbuje sama realizować „jagiellońską politykę” na „postsowieckim obszarze”? Czy nie wiedzieliśmy, że obecny minister obrony Niemiec, Karl-Teo zu Guttenberg z bawarskiej CSU jest typowym współczesnym neokonserwatywnym pacanem, wraz ze swoją żoną publikującą książki ostrzegające młodzież niemiecką przed nihilizmem Lady Gaga? Wiedzieliśmy to już wówczas, kiedy „Spiegel” nabijał się z tej neokońskiej pary, że angażując się w wojnę cywilizacji (z zapałem Grzegorza Górnego czy redaktorów „Rzeczpospolitej”), jednocześnie „potajemnie” uczęszcza na koncerty AC/DC i „potajemnie” szaleje na widok Angusa występującego na tych koncertach w fetyszystowskim uczniowskim mundurku? Ta para zdemoralizowanych niemieckich neokonów, sama „nowoczesna”, robiła biznes na ostrzeganiu przed „nowoczesnością” niemieckiej odmiany skotłowanego prawicowego ludu. Informacje amerykańskich dyplomatów, że ten arcyburak z arystokratycznym przedrostkiem biegał do ambasady amerykańskiej i opowiadał jej urzędnikom, że wszyscy poza nim w rządzie niemieckim to głupki i socjaliści, potwierdziło jego buraczaność, ale jej w żaden sposób przed nami nie odkryło, nie zdemaskowało. Zresztą Karl-Teo zu Guttenberg nadal będzie uważany za buraka przez jednych, a za neokonserwatywnego herosa przez innych. A czy może wikiliks oświecił nas w kwestii Berlusconiego? Także chyba nie.
Teraz wikiliks zapowiada demaskację paru wielkich instytucji finansowych, analogiczną do demaskacji, jaką przeprowadził w odniesieniu do politycznych elit. Czy jednak już dziś nie wiemy, co wielkie amerykański instytucje finansowe robią z bilionami dolarów publicznej pomocy? Wiemy, bo kiedy ostatnio FED wypłacał im kolejną transzę w wysokości 600 miliardów dolarów, natychmiast podskoczyły spekulacyjne giełdy na peryferiach całego kapitalistycznego świata, łącznie ze spekulacyjną giełdą polską, na której - podobnie jak na giełdzie węgierskiej czy filipińskiej - żadna analiza fundamentalna spółek się nie liczy, żadne „zasilanie gospodarki”, bo te giełdy to są tylko fajne ruletki, na których odbywa się trading wysokich częstotliwości albo trading częstotliwości odrobinę niższych. Zatem giełdy-ruletki podskoczyły na wieść o decyzji amerykańskiego FED-u, bo wszyscy wiedzą (wszyscy przecież wiemy), że te pieniądze nie trafią do żadnej pieprzonej gospodarki, na żadne pieprzone roboty publiczne, jak to było za „bolszewika” czy może „nazisty” (w zależności od tego, co by na jego temat wymyśliła Tea Party, gdyby wtedy istniała) F. D. Roosevelta. Ale że banki i instytucje finansowe, które te 600 miliardów dolarów łykną, natychmiast użyją ich do globalnej spekuły. A jak się ktoś do nich przyczepi - obojętnie, prezydent globalnego mocarstwa czy jakiś „lewak” (cyt. za Bogusław Sonik) z jakichś resztek chadecji czy socjaldemokracji - to go rączy neoliberalni publicyści i równie rączy „główni ekonomiści” banków i funduszy inwestycyjnych natychmiast nazwą „etatystą” i w ten sposób publicznie zawstydzą. A w ślad za nimi powtórzą ten prosty epitet całe rzesze globalnych Józiów Hydraulików. Wszystko to wiemy, bo wszystko to widać po prostu jak na dłoni. Więc jak wikiliks ujawni korespondencję prezesa jakiegoś banku, zastanawiającego się, na której ruletce jaką część z łykniętych sześciuset miliardów dolarów „pomocy publicznej” postawić, żeby się obłowić maksymkalnie szybko i bez ryzyka mieszania w to wszystko jakiejś pieprzonej „gospodarki”, potraktujemy to jak kolejne rewelacje „Faktu” o Weronice Rosati.
Świat wikiliksa jest brzydszy od naszego, tak jak brzydsze jest wszystko, co rozebrane i nagie (J.J. Rousseau uważał inaczej). Ale ludzie nauczyli się już robić kariery i forsę nawet na brzydocie i cynizmie obnażonego świata wikiliksa. Mój ulubiony Peter Sloterdijk zrobił na tej brzydocie i cynizmie karierę filozofa, pisząc o tym dzieła interesujące, np. „Krytykę cynicznego rozumu” czy jeszcze nawet „Pogardę mas” i „Reguły dla ludzkiego ZOO”. Ale czy Sloterdijk świat wikiliksa swoją „krytyką” w jakikolwiek sposób zmienił? Bynajmniej, raczej po wpływem krytykowanego przez siebie świata wikiliksa zmienił się sam. I teraz od wielu już lat bije postheideggerowską „pianę” (faktycznie, jego późne dzieło zatytułowane „Piana” opisuje społeczeństwo będące połączeniem Baumanowskiej „płynnej nowoczesności” z metaforą świata, „w którym wszystko co stałe wyparowuje” wziętą z „Manifestu”. A kiedy połączymy płyn z parą istotnie otrzymujemy pianę, czyli bąbelki, co zauważył także Peter Sloterdijk, poświęcając temu fenomenowi społecznej fizyki swe ostatnie dzieło). Także John Le Carre nauczył się kosić kasę na świecie wikiliksa, bo właśnie ten świat opisuje w swoich postzimnowojennych postszpiegowskich powieściach.
Zatem prawda nas nie wyzwala, nie zmienia nas na lepsze. Czyni nas jedynie bardziej „odczarowanymi”, bardziej nowoczesnymi, zmodernizowanymi, cynicznymi (oczywiście z sensie sloterdijkowskim, który w nowoczesnym cynizmie widzi „oświeconą świadomość fałszywą”), jak przedstawicieli opisanej przez Lovecrafta cywilizacji Cthulhu, o dziesiątki tysięcy lat starszej i „bardziej zaawansowanej” od naszej. Przecieki wikiliksa miałyby sens, gdyby pojawiły się polityczne podmioty mogące użyć tych przecieków, żeby świat wikiliksa zmienić. Ja takich podmiotów w świecie wikiliksa nie widzę. Wy mi wskażcie, wy mi wskażcie, przecież mam szansę pisania na lewicowym portalu i adresowania się bezpośrednio do ludzi lewicy, szansę wyjątkową na tle dzisiejszych polskich „konserwatystów” zadekowanych w okopach Świętej Trójcy, jak wszystkie okopy każdej wielkiej wojny cuchnących kapustą i niepranymi od lat onucami.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...