|
Zdzisław Krasnodębski w „Rzeczpospolitej” przestrzega przed ludźmi manifestującymi na Krakowskim Przedmieściu w nocy z 9 na 10 sierpnia, widząc w nich największe zagrożenie dla polskiego katolicyzmu (ja widzę w nich ostatnią szansę dla polskiego katolicyzmu, dla którego śmiertelnym zagrożeniem są polityczni nihiliści posługujący się krzyżem). I dodaje z nieskrywaną pogardą, że wykarmiły ich „odpady światowej popkultury”. Jednocześnie jednak sam bez cienia skrępowania sięga do skrajnie popkulturowych mediów i stylistyk, publikując w „Fakcie” tekst, w którym możemy przeczytać: „…w przypadku przeciwników krzyża, mieliśmy w większości do czynienia po prostu z hołotą i motłochem”. Ja nie gardzę „Faktem”, sam w nim pracowałem, gardzę hipokryzją, która każe posługiwać się inną frazą, kiedy czytają cię subtelni młodzieńcy w konserwatywnych garniturach, i inną, kiedy czyta cię lud.
Także w „Rzeczpospolitej” subtelny młodzieniec w konserwatywnym garniturze, Igor Janke, ubolewa nad wulgarnością i brutalnością „przeciwników krzyża”, choć to „obrońcy krzyża” przez kilka tygodni publicznie, na oczach całego świata, w sercu polskiej stolicy, nadawali na „Żydów, którzy rządzą Polską”, jeden z nich w bezsilnej wściekłości roztrzaskał słoik z fekaliami na smoleńskiej tablicy zdobiącej od niedawna pałac prezydencki (mimo tego, że również na niej widnieje krzyż, choć rzeczywiście wyjątkowo jak na nasze normy malutki, malutki wręcz bluźnierczo), a tabloidowe wyzwiska Zdzisława Krasnodębskiego także nie należą do środków subtelnych. Ale nie przypuszczam, by ten rodzaj brutalności Janke zauważył w swoim tekście pełnym ubolewania, tak jak nie zauważył w nim brutalności Jarosława Marka Rymkiewicza, który w wywiadzie opublikowanym przecież parę tygodni wcześniej, też w „Rzeczpospolitej”, proponował, by trzy czwarte Polaków, którzy nie zagłosowali w myśl jego wskazówek, po prostu wyniosło się z Polski, bo „Polska ich nie potrzebuje” i „Polska sobie bez nich poradzi”.
Zatem wrażliwość Kalego rozwija się w najlepsze u największych wrażliwców, lecz nie to jest interesujące, to jest zbyt codzienne. Bardziej interesująca jest nieskrywana złość, z jaką Krasnodębski pisze w „Rzeczpospolitej” o miejscu „na rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej”, z którego wydobywają się na całą Warszawę, a może i na cały kraj, najbardziej toksyczne idee… mając oczywiście na myśli Krytykę Polityczną i „Nowy Wspaniały Świat”. Choć to nie kucharz z NWŚ, ani nawet nie żaden z redaktorów KP zorganizował wiec 9/10 sierpnia, Zdzisław Krasnodębski ma jednak sporo racji. Kiedyś był socjologiem i historykiem idei, i to zupełnie niezłym, nawet dzisiaj pozostały mu intuicje w tych zawodach przydatne. Otóż Krytyka Polityczna stworzyła w samym centrum Warszawy przestrzeń, która po prostu jest świecka, świecką przestrzeń publiczną (po polsku to złożenie brzmi jak oksymoron). Ludzie manifestujący w nocy z 9 na 10 sierpnia przeciwko wspierającym się wzajemnie zdegenerowanej polityce i zdegenerowanej religii, mieli rzeczywiście pod bokiem jawny dowód na to, że świecka przestrzeń publiczna jest w Polsce możliwa.
Przed mniej więcej rokiem Marcin Król z pewnym smutkiem świeckiego konserwatysty, który pogodził się z losem życia w kraju gdzie świeckość jest słaba, napisał, że „Polska będzie katolicka albo barbarzyńska”, gdyż świeckich alternatyw dla katolicyzmu w Polsce nie ma. Istnienie Krytyki Politycznej jawnie temu przeczy. KP nie jest katolicka, a mimo to nie stała się barbarzyńska. Z paroma autorami KP często się nie zgadzam, z niektórymi łączy mnie jedynie szczera polemiczna namiętność, a jednak czytając kolejne numery KP, książki przez KP wydawane, zachodząc czasem do NWŚ i przysłuchując się dyskusjom organizowanym tam parę razy w tygodniu, mogę z pełnym przekonaniem odpowiedzieć Marcinowi Królowi, że mimo iż jawnie nie katolicka, nie jest to przestrzeń barbarzyńska i nie przez barbarzyńców została zagospodarowana. Spotykam tam zazwyczaj osoby mniej nawet „barbarzyńskie” niż Zdzisław Krasnodębski wyzywający w „Fakcie” od „hołoty i motłochu” ludzi, z którymi nie umie rozmawiać. Zatem mimo tego, że nie KP dostarczyła swojego kucharza ludziom manifestującym w nocy z 9 na 10 sierpnia na Krakowskim Przedmieściu, dostarczyła im ona dowodu na to, że Polska nie musi być „katolicka albo barbarzyńska”. Polska może być religijna i świecka według linii podziałów i według proporcji, które kiedyś zaczną może przypominać linie podziału i proporcje w moich ulubionych państwach Europy Północnej (naprawdę wcale nie zamieszkiwanych i nie rządzonych przez „nihilistów” czy „relatywistów”). Co ciekawe, państwa Europy Północnej to także ulubione państwa Zdzisława Krasnodębskiego, bo pomimo tego, że w wolnych chwilach lubi on szczuć na siebie wzajemnie nadwiślańskich Sarmatów, to na poważnie żyć i pracować woli na północnoniemieckim, bardzo lewicowym, otwartym i liberalnym uniwersytecie w Bremie. Uniwersytet w Bremie, gdzie profesor Krasnodębski naprawdę sensownie naucza paru naprawdę sensownych niemieckich studentów, jest ideowym, instytucjonalnym, organizacyjnym… wszelakim przeciwieństwem np. dzisiejszego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Brema jest też przeciwieństwem amerykańskiego Południa (innego regionu świata, który Krasnodębski także w swoich tekstach Sarmatom nieustannie wychwala). Zamiast aligatorów, bagien, Tea Party movement i facetów z bronią, są tam spokojne mieszczańskie uliczki, wystrzyżone trawniki i nieomalże monopol władzy naprawdę skutecznie sprawowanej przez rozmaite koalicje Zielonych i socjaldemokratów (czasem chadecja także ma tam coś do powiedzenia, ale niemiecka chadecja to także są antypody zarówno Sarmatów jak też Tea Party movement). Krasnodębski słusznie i mądrze wybrał Bremę na miejsce swego życia i pracy, natomiast głupio i niepotrzebnie zajął się szczuciem na siebie Sarmatów i podtykaniem im najbardziej patologicznych przykładów branych z całego świata. Zatem do wszystkich czytelników profesora Krasnodębskiego apeluję: zawsze bierzcie przykład z jego życiowej praktyki, nigdy nie bierzcie przykładu z jego tekstów, obojętnie, publikowanych w „Fakcie” czy w „Rzepie”.
Ale to nie wszystko. Zanim trafiłem na wyzwiska umieszczone przez Zdzisława Krasnodębskiego w faktowym słoiku i roztrzaskane na witrynie „mrocznej instytucji działającej na rogu Świętokrzyskiej i Nowego Światu”, i zanim krew mnie zalała, czemu dałem wyraz, chciałem napisać felieton o czymś zupełnie innym. Mianowicie o tym, że Smoleńsk to Bastylia i jeśli teraz nie zdołacie jej zburzyć, spędzicie całe życie uwięzieni w jej zatęchłych murach. Jeśli nie poradzicie sobie ze „smoleńskim mitem”, to dołożony do paru innych mitów i obsłużony skutecznie przez wszystkich waszych najbardziej nieudacznych i ponurych tatusiów i wujów, stanie się także waszym więzieniem na następny wiek. Zatem musicie zburzyć Bastylię, przykro mi, naprawdę nie macie innego wyjścia. Nie pozostawiono go wam. A burzenie Bastylii to nigdy nie jest zabawa. Wiążą się z tym koszty, brutalność, utracona niewinności… Ale Tusk jej za was nie zburzy. On zdecydowanego Mirosława Sekułę woli wysyłać do rozwiązywania problemu komisji hazardowej, a do medialnych dyskusji o krzyżu na Krakowskim Przedmieściu wolał wysłać przesympatyczną posłankę Joannę Muchę. Z punktu widzenia interesów PO Donald Tusk ma zupełną rację. Gdyby posłał Joannę Muchę do komisji hazardowej, to oddała by ona tę komisję złej opozycji, tak jak wiele lat wcześniej poczciwy Tomasz Nałęcz oddał złej opozycji komisję Rywinowskią. I jak to się skończyło dla partii rządzącej? A gdyby z kolei Sekule Tusk zaproponował prezydenturę Zabrza nie za spacyfikowanie komisji hazardowej, ale za usunięcie krzyża, to Sekuła krzyż własnoręcznie do Św. Anny by zaniósł i jeszcze po drodze parę prawicowych staruszek by pobił nie zważając na włączone kamery, bo jemu na tej prezydenturze naprawdę zależy. A konsekwencje zbyt żarliwej namiętności Sekuły do prezydentury Zabrza spadłyby na PO. Zatem Donald Tusk ma priorytety całkiem racjonalne. Dotyczą one władzy, władzy, póki co, dla władzy. Wy jednak macie inne priorytety. Waszym egzystencjalnym problemem jest smoleńska Bastylia. Musicie ją zburzyć. Smoleńsk jest wstydem dla Polski i Polaków, zarówno w tej części, w jakiej odpowiadał za niego słaby rząd, jak też w tej części, w jakiej odpowiadał za niego Lech Kaczyński, jego kancelaria i jego charakter. Jeśli naprawdę pozwolicie sobie wmówić, że Smoleńsk należy czcić – a będą was do tego przekonywać zarówno Kaczyński i Macierewicz, jak i liderzy PO (jeśli tak im przypadkiem wyjdzie z politycznych rachunków) – jeśli zaczną stawiać Smoleńskowi kolejne pomniki, to naprawdę wszyscy mamy przechlapane na kolejny wiek. I wtedy Bastylię może zburzyć już rzeczywiście wyłącznie Jola Rutowicz czy Michał Wiśniewski. I inne „odpady światowej popkultury”. Chociaż akurat najnowsza popkulturowa publicystyka Zdzisława Krasnodębskiego z „Faktu” i „Rzepy” nie może już się ścigać nie tylko z „Alejandro! Alejandro! Alejandro!” (cyt. za Lady Gaga), ale nawet z przesympatycznym „Waka Waka eh eh” (cyt. za Shakira).
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
"Czekam, aż szambo-bomba (bomba w...
Pani Kingo, powiem Pani szczerą prawd...