|
Znęcałem się trochę, być może nadmiernie, nad roszczeniowym językiem ludzi, którzy istotnie mają prawo do roszczeniowego języka, ponieważ na wysokie, ginące w chmurach wieże potęgi i władzy spoglądają z głębokiego rowu. Mają prawo do roszczeniowego języka, ale nigdy nie powinni z tego prawa korzystać. Nabijałem się bowiem z roszczeniowego języka lewicy i prawicy wyłącznie dlatego, że naprawdę nie widzę w nim żadnego potencjału nie tylko subwersji, ale nawet krytycznej diagnozy.
A nie widzę tego potencjału, ponieważ go w języku roszczeniowym nie ma. Właśnie dlatego roszczeniowy język mógł się stać się podstawowym narzędziem zarządzania prekariatem. Właśnie dlatego mógł go przejąć dojrzały kapitalistyczny tabloid, a o Łukaszu Warzesze trzeba powiedzieć jedno dobre słowo – on „roszczeniowy” format tabloidu świetnie warsztatowo opanował, wręcz go uwewnętrznił. Szczera wiara w maszynę, której jest się trybem, to najwyższa forma alienacji/profesjonalizmu. Co najwyżej, jak zwykle, wkurza mnie w tym wszystkim nieskończony cynizm Pawła Lisickiego, który znając cały ten mechanizm co najmniej tak samo dobrze, jak ja (można Lisickiego nie lubić, ale uważanie go za kogoś z poziomu poczciwego Rafała Ziemkiewicza będzie po prostu niedocenianiem przeciwnika) użył w „Rzeczpospolitej” tego „roszczeniowego” formatu zachodniego tabloidu jako „języka idei”, a posmoleńska prawica nawet się nie spostrzegła, jak profesjonalnie jest przez niego „dmuchana”.
Jednak zostawmy już lewicę i prawicę niszową, nieporównanie bardziej zabawne (ciekawe/wstrząsające/ smutne…) jest to, że roszczeniowy język przejmują nie tylko kontestatorzy (czasami fałszywi, hipokrytyczni, ale zawsze…) naszego świata, ale posługują się nim także wioślarze mainstreamu. Jak rozpoczyna się Skowyt Allena Ginsberga (zachowując wszelkie proporcje) „pokolenia spreadu”, czyli Marka Rabija z tygodnika „Newsweek”? Jak rozpoczyna się ten pełen bezradności poemat prozą, od początku do końca zamówiony zresztą i sformatowany przez redakcję tygodnika opinii (bo zamawianie i formatowanie takich poematów do obowiązków redaktorów tygodników czy dzienników opinii należy)?
Rozpoczyna się taką oto mocną poetycką, wręcz prorocką frazą: „Urodziliśmy się za Gierka. W latach 90. kończyliśmy studia. Potem budowaliśmy kapitalizm, który miał być naszą polisą na przyszłość. A teraz nie potrafimy nawet przewidzieć, po ile za miesiąc będzie frank”. Można by bez nadmiaru złośliwości zapytać, a czym zdaniem Allena Ginsberga „pokolenia spreadu” jest kapitalizm, jeśli właśnie nie miejscem, w którym „nie potrafimy nawet przewidzieć, po ile za miesiąc będzie frank”? Ale przecież problem polega na tym, że „pokolenie spreadu”, które zupełnie pomyłkowo sądzi o sobie, że kiedykolwiek zrozumiało świat, w którym żyje, nigdy przez nikogo nie było uczone ekonomii politycznej, nawet ekonomii politycznej kapitalizmu. Dlatego uważało kapitalizm za przezroczystą drugą naturę, gdzie rynek jest twardą ziemią pod stopami, dostarcza np. wiedzy o „obiektywnej” i „niezmiennej” wartości przedmiotów, ludzi, a nawet szwajcarskiej czy polskiej waluty narodowej.
O świecie, w którym naprawdę żyli, nigdy niczego nie wiedzieli i mają niewielką szansę się kiedykolwiek dowiedzieć, bo żaden z ich mistrzów nigdy niczego sensownego o tym świecie nie powie – ani Janusz Korwin-Mikke, ani Leszek Balcerowicz, ani Krzysztof Rybiński. Ich także ekonomii politycznej nikt nigdy nie uczył, a jeśli nawet Balcerowicza ktoś kiedyś uczył, to on już dawno tego, czego go kiedyś nauczono, zapomniał. Zatem mainstreamowy prekariat z „pokolenia spreadu” także wybiera jałowy język roszczeń pozostawiający ich skowyczących w absolutnej ciemności, bez odrobiny nawet światła krytycznej diagnozy dającego nadzieję na rewolucję lub choćby reformę. Krótko mówiąc, roszczeniowi chłopcy i dziewczęta z Pokolenia JK-M, mimo że czują się, a przynajmniej czuli się przez moment panami tego świata, pozostają w tak samo głębokiej i przestronnej dupie, jak roszczeniowi lewicowcy czy prawicowcy.
Odpowiedzią Terlikowskiego na poczucie chaosu i zagrożenia jest Bóg, Bóg z „zemsty Boga”, bez cienia transcendencji. Odpowiedzią Wildsteina jest „postkomunizm” i „zachodnie lewactwo”, które zanieczyszczają i psują doskonałą zawartość wolnorynkowego św. Graala. W końcu najnowszą odpowiedzią Rafała Ziemkiewicza, z finału jego powieści Zgred jest katastrofa smoleńska, po której „wreszcie wszystko stało się jasne, mimo wysiłków salonu…” (co właściwie stało się jasne, no i na jak długo, nawet dla samego Ziemkiewicza, tego niestety nie wiadomo?). Wszystko to są odpowiedzi fałszywe, bo roszczeniowe, wyzbyte zarówno poczucia odpowiedzialności, jak też głodu wiedzy.
Dopóki jednak w Polsce (w Europie?) nie ma skutecznej politycznie lewicy (konserwatyzmu, liberalizmu), zarówno budząca się czasami nawet w reprezentantach Pokolenia JK-M wrażliwość społeczna, jak też ich autentyczne przerażenie siłą globalnego rynku, który „wypadł z kolein” (cyt. za William Szekspir, Hamlet) pcha ich w ramiona prawicowego populizmu, a także pseudoreligijnego neomesjanizmu „zemsty Boga”, kompletnie zredukowanego do ziemskiego resentymentu. I gra toczy się dalej zupełnie jałowo, co najwyżej niszcząco dla tych elementów cywilizacji (państwo, prawo, redystrybucja, gospodarka mieszana, emancypacja, polityczna poprawność…), które jeszcze w Europie mamy albo które należałoby w Europie wzmacniać.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...