|
—
Ścigając globalizację
W Polsce po wyborach scena partyjna, szczególnie ta na lewo i na prawo od centrum, przypomina cmentarz. Nawet nieśmiertelny zazwyczaj Jarosław Kaczyński jest już dzisiaj trupem, choć wciąż podtrzymywanym przez liczne rusztowania, przez Rydzyka, Ziobrę, Kurskiego, Hofmana. Ale niech się tylko któreś z tych drewnianych rusztowań odsunie, zobaczycie, jak szybko pada wielki posąg i na jak małe kawałki się tłucze.
Po tym cmentarzu polskiej polityki partyjnej chodzą sobie dwaj ludzie, którzy te wybory przeżyli, a może je nawet wygrali. To Palikot i Tusk. Nie wiadomo, który z nich zbierze z pola więcej trupów i zaprzęgnie je do własnego rydwanu. Nie wiadomo nawet, czy Palikot wyrośnie na najgroźniejszego konkurenta dla Tuska, czy też na jego naturalnego następcę. Martwy Kaczyński po swojej klęsce wyborczej bredzi coś o Budapeszcie, próbując własną porażkę ukryć w cieniu zwycięstwa Orbana. Kaczyński nie ma jednak nic wspólnego z Orbanem i nie chodzi tu tylko o wiek, język, styl polityczny, polityczną skuteczność czy nawet zdolność do używania narzędzi współczesnego etatyzmu, którą Orban posiada, a Kaczyński nie. Chodzi o coś więcej. Europarlamentarzyści Orbana w Europejskiej Partii Ludowej budują Unię Europejską, europarlamentarzyści z PiS (i PjN) wraz z brytyjskimi torysami Unię Europejską niszczą, osłabiają, blokują. Niszcząc, osłabiając, blokując w ten sposób podstawowe dzisiaj narzędzie polityki polskiej, najlepszy możliwy dla dzisiejszej Polski geopolityczny kontekst. Orban - z którego anachronicznym, wielkowęgierskim nacjonalizmem nie jest mi po drodze - broni Unii Europejskiej jako węgierskiej racji stanu, Kaczyński (i PjN) - osłabia, niszczy, blokuje UE, mimo że jest ona także polską racją stanu.
Tymczasem w nie tak odległych od naszego kraju Stanach Zjednoczonych dojrzewają dwie „partie protestu”, Tea Party i Brookliński Most. Bez porównania bardziej lubię Brookliński Most niż Tea Party, ale ponieważ nie jestem tutaj od lubienia, muszę zaproponować parę przesłanek do czegoś w rodzaju analizy. Obie „partie protestu” są nazywane - odpowiednio przez ich prawicowych i lewicowych sympatyków - „ożywieniem polityki”, „powrotem republikanizmu” itp. Ale niestety, prędzej rzucą się sobie do gardła, niż wspólnie stworzą polityczną równowagę dla rynku. Polityka „republikańska” zawsze będzie naturalnie podzielona (w poziomie i w pionie, „narodowo” i „ideologicznie”), zatem każde jej ożywienie może się okazać jej samozniesieniem. Tymczasem rynek zawsze będzie jednolity, nie w sensie politycznych, ideowych czy religijnych poglądów podmiotów działających na rynku, bo te nie mają żadnego znaczenia, ale w tym sensie, że globalny rynek (jego instytucje, jego media i jego eksperci) solidarnie walczy z każdym narzucanym sobie ograniczeniem politycznym. A walczy pod zunifikowanym sztandarem jak największego zysku, uzyskanego jak najszybciej, za dowolną cenę zapłaconą w ludziach, naturze czy pokoju społecznym.
Dlatego radosny schmittianizm, badiouanizm, republikanizm prawicy i lewicy wciąż mnie nie przekonują. I wciąż będę spoglądał z większym zainteresowaniem, jako na instytucje potencjalnie przynajmniej bardziej skuteczne w równoważeniu rynku, w łagodzeniu cykli koniunkturalnych itp. - na ponadnarodowe instytucje polityczne, od Komisji Europejskiej, poprzez G-20, skończywszy na MFW, Banku Światowym, a nawet na soroszoidalnych NGO-sach. Problem polega na tym, że w demokracji masowej, w symulującej bezpośredniość demokracji tabloidów i facebooka, instytucje ponadnarodowe ciągle nie mają żadnej legitymizacji. Legitymizację mają „partie protestu”, których legitymizacja i siła wzajemnie jednak się znosi, a jeszcze silniejszą, niepodzielną legitymizację - szczególnie w umysłach globalnego Pokolenia JK-M - ma rynek. To prawda, że sporo młodych ludzi chce dzisiaj protestować przeciwko Obamie (Tea Party) czy przeciwko Wall Street (Brookliński Most), ale jeszcze więcej młodych ludzi, bez porównania więcej, chce po prostu zostać milionerami. A dzięki neoliberalnym mediom, dzięki występującym tam od rana do nocy w roli niezależnych ekspertów głównym ekonomistom funduszy hedgingowych i banków inwestycyjnych, a wreszcie dzięki całym stadom felietonowych klakierów wszyscy ci młodzi ludzie wierzą, że „gdyby nie socjalizm”, „gdyby nie państwo”, „gdyby nie politycy”, „gdyby nie podatki i inne daniny”, na pewno już dawno by milionerami zostali. Prekariat jest ideowo podzielony, ale największa jego część pragnie po prostu własnego większego doraźnego udziału w zyskach z globalizacji, a nie zapanowania nad globalizacją w imię wolności, równości, braterstwa. To czyni obecne bunty prekariatu równie bezsilnymi, jak dawne bunty „burzycieli maszyn”. Kiedy „oburzeni” z Madrytu wedrą się kiedyś do siedzib dumnego „narodowego” hiszpańskiego parlamentu czy rządu, do tych pustych skorup, z których większość realnej władzy dawno już wyciekła, ludzie z Banku Santander będą to z rozbawieniem oglądać w londyńskim City, na Wall Street albo jeszcze bezpieczniej i bardziej z daleka - na zapleczu giełdy w Szanghaju. Możemy zniszczyć Kryształowy Pałac, ale wciąż nie mamy pojęcia, jak go uratować.
Żeby nie było wątpliwości, bez energii protestu bestie zapanują nad ludźmi, instytucje finansowe, zatrudniani przez nich maklerzy i eksperci zapanują nad Obamą, Merkel i jej socjalistyczną opozycją, Sarkozym i jego socjalistyczną opozycją, Zapatero i jego opozycją prawicową. Czyli nad całościowo rozumianą polityką ciągle jeszcze usiłującą wytworzyć równoważącą siłę dla globanego rynku. Ale jak rozwiązać dylemat, że dotychczasowa polityka zawsze jest podzielona (na polityki „narodowe” i na polityki „ideowe”), a globalny rynek zawsze jest jeden? Proszę uczestników tego forum (bo akurat uczestnicy tego forum są do tego zdolni), nie potraktujcie tego, co piszę jak jeszcze jedną moją prowokację, ale raczej jako zwyczajne intelektualne ćwiczenie.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...