|
Ponieważ nie jestem człowiekiem i nie funkcjonuję w realu, ale jestem awatarem gier komputerowych (i to tych, które zakazano w Norwegii), postanowiłem sprawdzić, co by się stało, gdybym spróbował z trybu „niszczenie” („kill’em all”) przełączyć się na tryb „budowanie” („to build”). Kiedyś mi się zdarzało pracować w tym drugim trybie, chociaż akurat nigdy jako felietonista czy nawet publicysta. Dziennikarstwo w krajach takich jak Polska służy bowiem wyłącznie do niszczenia (polityki, państwa… pod pretekstem kontroli), podczas gdy do budowania służy wyłącznie władza. Zacytuję mojego przyjaciela Waldemara Gaspera, który budował media wyłącznie po to, aby osłabić impakt innych mediów na władzę państwową w Polsce, był więc piątą kolumną w świecie czwartej władzy. A ja uznałem jego racje i wiele się od niego nauczyłem. Powiedział kiedyś, że najgłupszy nawet minister po kilku miesiącach sprawowania władzy jest mądrzejszy niż najinteligentniejszy publicysta, który go rozlicza. Nie wiem, czy to się stosuje do Ludwika Dorna (w funkcji ministra, bo jako publicysta jest intrygujący), ale do większości znanych mi ministrów i do większości znanych mi publicystów stosuje się na pewno (łącznie ze mną).
Ale znów niepokojąco przesuwam się w stronę trybu „kill’em all”, zatem przejdźmy do rzeczy.
Lewica musi dziś wybierać spośród prawicowych języków („muzealnicy” czy „platformersi”), bo sama ciągle nie ma żadnego języka POLITYCZNEGO. Nawet antykleryklizmu na lewicy nie zagospodarowano POLITYCZNIE – nie estetycznie, nie literacko, nie emocjonalnie, ale POLITYCZNIE. A zgodzę się z większością publicystów KP (choć w antyklerykalnego Tomasza Piątka nawet złym spojrzeniem nie rzucę, bo o czyje plecy mógłbym się potem oprzeć rażąc przeważające siły wroga, kiedy pracuję w trybie „kill’em all”), że antyklerykalizm w Polsce to za mało, że Brzozowski z antyklerykalizmem lewicy polskiej subtelnie (he, he) polemizował. Choć gdyby Brzozowski zobaczył abp. Głódzia jako czołowego hierarchę dzisiejszego polskiego Kościoła i usłyszał o. Rydzyka jako „katolicki głos w Twoim domu”, to może nie powiesiłby kiełbasy i nie postawił butelki wódki na parkanie ich rezydencji (cyt. za Janusz Palikot), ale raczej napisałby o Kościele w Polsce rzeczy jeszcze złośliwsze niż w swoich młodzieńczych pismach krytycznych i Legendzie Młodej Polski, a dużo mniej sympatyczne niż w Pamiętniku (czasami) czy Głosach wśród nocy.
Lewica nie ma dziś w Polsce żadnego politycznego potencjału, więc nikt się z nią nie liczy i nikt do niej nie przyjdzie, dopóki własnego politycznego potencjału nie zbuduje. „Muzealników” ostatecznie wykorzysta PO, lekko ich tylko przesterowując, zresztą oni świetnie przesterowują się sami. Ewentualnie wykorzysta ich Dutkiewicz ze swoją listą „propaństwową”, na której poza „muzealnikami” będą brylować tacy „państwowcy” jak Balcerowicz, Rybiński czy Misiak. Wykorzysta ich „Rzepa” – już ta nieodległa, Tomasza Wróblewskiego – bo oprócz pochwały Tea Party i niepłacenia podatków nawet Wróblewski będzie chciał mieć jakąś ofertę „państwową”, żeby czytającego „Rzepę” prawicowego czytelnika, tego nieco bardziej sofistykowanego, czymś zaspokoić.
Gdyby „muzealnicy” przyszli do KP i stanowili prawe skrzydło przyszłej etatystycznej (w sensie brukselskim, a nie chavezowskim) socjaldemokracji, pierwszy zasznuruję sobie grzecznie usta i klawiaturę, tak jak trzymam je grzecznie zasznurowane na temat Romana Kurkiewicza, dopóki jest współpracownikiem KP (inaczej ostro bym sobie na nim pojeździł, gdyż nie zgadzam się ani z jego antyizraelską namiętnością, ani z paroma innymi rzeczami, które jego są, mniej więcej w tym samym stopniu, jak nie zgadzam się z antyislamską namiętnością Wildsteina i paroma innymi rzeczami, które z kolei są jego).
Znowu jesteśmy w trybie zabijania? Mam obluzowany przełącznik, jak widać.
Zatem jeśli „muzealnicy” przyjdą do KP, ja zamilknę na ich temat z radością. Pochwalę Dariusza Gawina za jego kompetencje w obszarze historii polskiej inteligencji, a Marka Cichockiego za jego kompetencje w obszarze polityki europejskiej, niemieckiej… (Ołdakowskiego za nic nie pochwalę, bo nie mam pojęcia, za co bym pochwalić go mógł). Ale oni przyjdą do KP wyłącznie wówczas, kiedy KP będzie już POLITYCZNIE silna, kiedy będzie posiadać POLITYCZNY potencjał. Bo oni przychodzą wyłącznie do takich instytucji i ludzi (patrz, Lech i Jarosław Kaczyńscy, kiedy „muzealnicy” do nich przyszli).
„Muzealników” należy wykorzystać, bo potencjału w Polsce w ogóle nie ma zbyt wiele, ale wykorzystać nie do budowania muzeów, tak jak ich wykorzystał Lech Kaczyński. Lewica musi zatem przygotować i przedstawić własny „plan dla Polski”, zanim zacznie się zachwycać ich „planem”. Jeśli natomiast lewica będzie w Polsce politycznie słaba, jej najfajniejsi, najbardziej spragnieni uprawiania polskiej polityki ludzie mogą się dać wciągnąć na prawicowe bagna, które póki co pokrywają większą część tego kraju (bardziej oczytani z was znają zapewne metaforę „osuszania” i jej niepokojącą dialektykę). Stopień zabagnienia Polski pokazał Smoleńsk, a także burzliwa dyskusja o Powstaniu Warszawskim (znów stała się burzliwa, bo PiS uczynił ją znów tematem POLITYCZNYM), w której para gajowych (Bronisław Komorowski i Hanna Gronkiewicz-Walz) natychmiast zdystansowała się do krytyki „dumnego powstańczego zrywu” wygłoszonej przez ministra spraw zagranicznych (lojalnego polityka ich własnej formacji, ale sami gajowi lojalnością nie grzeszą) Radosława Sikorskiego.
Sikorski pisząc, że „Powstanie Warszawskie było narodową katastrofą, którą należy przemyśleć” napisał prawdę. Choć oczywiście powraca pytanie, czy minister powinien zbyt często występować jako wyrazisty publicysta, skoro jest ministrem zarówno moim, jak i Wencla (wbrew temu, co sam Wencel uważa). Może gdyby Donald Tusk wybrał rolę twardego władcy-modernizatora (sami oceńcie, czy w Polsce nie byłoby to politycznym samobójstwem), również jego minister spraw zagranicznych mógłby występować jako prowokacyjny promodernizacyjny publicysta (choć wtedy nie powinien z kolei mobilizować Sarmatów do wieszania Breivika, bo ich norwescy klawisze po mordach obiją, kiedy już jacyś zmobilizowani Sarmaci pod więzienie w Oslo się przedrą). Tymczasem Tusk wybrał jednak funkcję anestezjologa znieczulającego społeczeństwo, które przekracza dzisiaj bolesny próg dojrzewania (żeby żyć w Europie trzeba być dojrzałym, żeby umierać w Powstaniu Warszawskim wystarczyło być dzieckiem).
Jak na razie, polskość jest tylko chorobą, zubożeniem, osłabieniem człowieczeństwa ludzi żyjących w Polsce. Chodzi o to, by polskość była człowieczeństwa ludzi żyjących w Polsce pogłębieniem, wzmocnieniem i uszlachetnieniem. Dopóki ten chorobliwy stosunek między polskością a człowieczeństwem ludzi żyjących w Polsce się nie zmieni, dopóki my go nie zmienimy, nie wolno nam z TYM (cytat za Stephen King, To, czyli zgodnie z obrazowaniem Kinga obleśny stary klown przebrany w mundurek małego powstańca – wypisz, wymaluj późny Jarosław Marek Rymkiewicz, późny Jacek Trznadel, a od dłuższego czasu, niestety, także Jarosław Kaczyński) w ogóle negocjować. Bo bagno (TO) pochłonie tu wszystkich. A już szczególnie nie może z TYM negocjować lewica. Zatem z „muzealnikami” tak. Ale nie jako z „muzealnikami”, tylko z Gawinem jako potencjalnie zupełnie niezłym nauczycielem akademickim i z Cichockim jako potencjalnie zupełnie niezłym polskim dyplomatą. Żeby jednak „muzealników” wytrzepać z muzealnictwa polska lewica musi być silna, o wiele silniejsza niż jest dzisiaj.
Bądźcie silni, wtedy do was przyjdą, będziecie słabi, zabawią się wami. Przepraszam za te nietzscheańskie mądrości, ale nie tylko Hitler ich słuchał, także „północnoeuropejska socjaldemokracja” potrafiła je zrozumieć i na ich zastosowaniu sporo skorzystała. Tym bardziej konieczne jest ich zrozumienie w kraju Sarmatów, gdzie siła jest niestety jedynym bożkiem, nawet jeśli (czy raczej, szczególnie kiedy) nikt jej naprawdę w kraju Sarmatów od dawna już nie posiada.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...