|
Opowiadałem wam już wiele bajek o moim pokoleniu („Talkin’ ‘bout my generation”, cyt. za grupa The Who). Ale zapomniałem opowiedzieć jeszcze jednej. O tym mianowicie, dlaczego kultowym filmem mojego pokolenia był Lot nad kukułczym gniazdem. Dlaczego był albo dlaczego powinien.
Otóż w czasach, w których zgodnie z teorią pokoleń literackich Kazimierza Wyki kształtowała się wrażliwość moja i moich rówieśników, Polacy byli wariatami umieszczonymi w jednym z mroczniejszych pokojów globalnego szpitala wariatów pod wezwaniem Zimnej Wojny. Byliśmy „Wodzem”, byliśmy Taberem i Fredricksonem (kompletne świry), byliśmy McMurphym (granym przez Nicholsona cwaniaczkiem uciekającym do wariatkowa przed odpowiedzialnością karną za drobne przekręty i gwałt).
Dyrektorami globalnego szpitala wariatów byli wtedy Breżniew (ten zły) i Reagan (ten, którego kochamy), a oddziałem dla polskich wariatów opiekowała się siostra Ratched z jej muskularnymi pielęgniarzami (w tej roli generał Wojciech Jaruzelski z towarzyszeniem całkiem sporej partyjno-milicyjno-wojskowej orkiestry).
Pracujący oficjalnie dla dyrektora Breżniewa, a nieoficjalnie dla dyrektora Reagana pielęgniarz Kukliński wykradł bezpośrednio z biurka siostry Ratched dokładne plany zdławienia buntu na polskim oddziale (wcześniej powywracaliśmy krzesła i stoły, obsikaliśmy stojące przy zakratowanych oknach paprotki, wyjedliśmy prochy ze wszystkich słoików, a nawet zaczęliśmy się samoorganizować w kolejkach po niezbyt obfite racje żywnościowe). Ale zamiast dać te wykradzione przez siebie plany polskim wariatom, przekazał je dyrektorowi Reaganowi, którego pomnik stoi dzisiaj w Warszawie. W końcu Kukliński nie był wtyczką wariatów (cokolwiek sądzą do dziś dnia na ten temat wariaci-kombatanci), ale jednego z dyrektorów szpitala.
Dyrektor Reagan wiedząc już, w jaki sposób siostra Ratched zamierza skończyć z buntem na polskim oddziale, docenił jej inteligencję, poczekał, aż wraz z pielęgniarzami wsadzi „Wodza” i McMurphy’ego do izolatek, po czym wygłosił przez telewizję swoje wspaniałe sentymentalne przemówienie adresowane do pacjentów naszego oddziału.
Siostra Ratched, dziś już schorowana staruszka, po raz setny opowiada, jak to litowała się nad swoimi pacjentami aplikując im elektrowstrząsy, a najcięższym przypadkom robiąc lobotomię. Nie jest w tych opowieściach sympatyczna w ogóle, ale z drugiej strony kombatanci modlący się do pomnika dyrektora Reagana powinni szanować Jaruzelskiego, bo wystąpił w tym samym filmie, wedle tego samego scenariusza, nawet jeśli przypadła mu rola z punktu widzenia całego szpitala drugoplanowa.
Rano 13 grudnia 2011, czyli dwa dni temu, Ryszard Pipes (świetny skądinąd historyk), potępił jak co roku, tym razem w radio RMF, stan wojenny. Pipes był w 1981 roku doradcą Reagana do spraw ZSRR i Europy Środkowej. Także on musiał zatem brać udział w podejmowaniu decyzji o nieprzekazaniu wariatom z Kukułczego Gniazda scenariusza stłumienia ich buntu przez siostrę Ratched. Także on wiedział (i musi wiedzieć nadal, tyle że polskim wariatom nie trzeba tego mówić, bo niewyleczeni zawsze się jeszcze mogą do czegoś przydać), że stan wojenny był powtórzoną Jałtą. Nawet jeśli dyrektor Reagan przed kamerami płakał, a dyrektor Breżniew pokazywał zaciśnięte pięści, obaj byli całkowicie zgodni. Dopóki globalny szpital pod wezwaniem Zimnej Wojny istnieje, Polacy muszą być w nim pilnowani przez siostrę Ratched. Osądźcie zatem Jaruzelskiego, ale razem z Reaganem.
Osądźcie złego Urbana, ale razem z dobrym Pipesem. Gdyż także dobry Reagan i dobry Pipes uznali w 1981 roku, że polscy wariaci mogą sobie oczywiście lekko destabilizować imperium zła, najlepiej za pomocą chóralnie wydawanych jęków, ale szpitalnego budynku podpalać nie powinni, bo się dyrektorskie gabinety na wysokich piętrach mogą od tego sfajczyć.
Przemyk mieścił się w ekonomii Reagana i Pipesa, tak samo jak mieścił się w ekonomii Breżniewa i Jaruzelskiego. Górnicy z Wujka, podobnie. Popiełuszko, jak najbardziej. Ale powstanie narodowe, które wybuchłoby, gdyby na polecenie Reagana (za radą jakiejś oszalałej alternatywnej wersji Pipesa) „Wódz” Gwiazda z McMurphy’m Frasyniukiem dostali wcześniej plany siostry Ratched i mogli się skuteczniej na polskim oddziale zabarykadować – to już w ekonomii globalnego szpitala wariatów się nie mieściło.
Czemu jednak piszę ten tekst? Czemu nie powtarzam, jak przesympatyczny skądinąd „Borsuk” Borusewicz, że 13 grudnia był zwycięstwem, tyle że odroczonym? Czemu nie składam różyczki pod pomnikiem Reagana, jak nie powiem kto, bo ciągle go wolę od cienia pani minister Fotygi? Czemu nie cieszę się, że pan prezydent (który chce obsługiwać prawicowy lud łagodniej, bardziej po mieszczańsku niż Kaczyński czy Ziobro) zapalił świeczuszkę w okienku i podpisał ustawę, która orła białego, i to najlepiej wielkości patelni, każe instalować na piersiach polskich zawodników sportów wszelakich?
Nie pisałbym tego (gdyż jak wiecie, nie chcę moim pisaniem sprawiać nikomu przykrości), gdyby nie powtarzany co roku rytuał, w którym dorośli i starcy udają przed dziećmi, że nie wiedzą tego, co znają na pamięć. Drogie zombies, chcecie uwięzić w polskiej historii kolejne pokolenie ludzi mieszkających w tym kraju? Proszę bardzo, oto zatem obraz tej historii, tyle że niezmitologizowany. Moja prywatna polityka historyczna. W Polsce historia nie jest nauczycielką żyjących, nie jest źródłem wiedzy, jest wyłącznie opium dla ludu. Zatem idźcie i dilujcie narodowe opiaty. Albo idźcie i mówcie prawdę, wtedy jednak zarówno prawicowi wariaci, jak też udający antykomunistów mieszczańscy pielęgniarze anestezjolodzy z mainstreamowych mediów i kancelarii prezydenta, a wreszcie ciężko dotknięty wielowiekowym uzależnieniem polski lud – wszyscy oni spuszczą wam ciężki wpierdol i wrócicie w gipsie. Wybierajcie sami. Behawioryści z londyńskiego City już obstawili, że będziecie kłamać.
A tu jeszcze od spodu poczwarny trzystuosobowy ludek zgromadzony 12 grudnia wieczorem (ten, co pod Winnickim z Młodzieży Wszechpolskiej obalał Kaczyńskiego z PiS-u, a nie ten, sporo większy, co dzień później pod Kaczyńskim z PiS-u obalał Ziobrę z Solidarnej Polski) na wniosek Korwin-Mikkego skanduje „Augusto! Augusto! Augusto!”, bo mu się wszystko w głowie od wieloletniego przedawkowywania historycznego opium kompletnie popierdoliło. Widzicie? Każdy powrót do przeszłości (a nawet do teraźniejszości, nawet do „realnego”) kończy się w ten sam sposób. Albo końska dawka opiatów dla ludu, albo skręcanie się w paroksyzmach (niepotrzebnego?) bólu. Dlatego Donald Tusk wybrał anestezjologię zamiast polityki, dlatego Donald Tusk wybrał anestezjologię, dlatego Donald… itd. Oczywiście polityka nieprzepracowana wraca. Oczywiście nieprzemyślane fikcje historyczne będą się powtarzać. Ale właściwie co z tego? Jeśli będą się w głowach Polaków odbijać za głośno, to jakiś nowy Reagan z jakimś nowym Breżniewem znów pozwolą się nami zająć jakiejś nowej siostrze Ratched.
Myślicie, że ja nie wolałbym żyć w rzeczywistości, przebudzony, poza murami domu wariatów? Pewnie, że bym wolał. Te felietony są przedstawieniem mojej woli (parafraza za A. Schopenhauer Świat jako wola i przedstawienie, chyba bardziej dołującego filozofa nie mógłbym w zakończeniu tego felietonu przywołać).
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...