|
Platforma straszy swoich coraz bardziej zdemobilizowanych wyborców Jarosławem Kaczyńskim cytującym Herberta, „Gazeta Wyborcza” straszy swoich czytelników Tomaszem Terlikowskim. Terlikowski chętnie w to wchodzi, bo w kraju podzielonym pastiszem wojny cywilizacji to, co jednych przeraża, innych wręcz zachwyca. Zatem nie sprowokowany nawet specjalnie przez rozmawiającego z nim dziennikarza wypowiada słowa, które świetnie nadają się na przerażający jednych, a zachwycający innych lead: „Jeśli Polacy nie będą chrześcijanami, będą potworami”. Terlikowski dostarcza mocnego dowodu na prawdziwość własnego sylogizmu, od kiedy nie jest chrześcijaninem faktycznie stał się potworem. Najszerzej rozumiany obóz polityczny Platformy wydelegował do kontaków z polskim katolicyzmem prezydenta Bronisława Komorowskiego. W niedzielę prezydent chodzi z palmą przed kamerami wszystkich polskich całodobowych telewizji informacyjnych, a we wtorek rano przed kamerami wszystkich polskich całodobowych telewizji informacyjnych prowadzi rekolekcje w Dowódzwie Operacyjnym Sił Zbrojnych. Mówi tam nawet rzeczy dosyć poczciwe, że Wielkanoc jest świętem wyzwolenia, bo Chrystus uwolnił nas od śmierci… Jakoś mnie to nie dziwi ani nawet specjalnie już nie oburza, ponieważ wczoraj wieczorem obejrzałem na Cyfrze + Admirała, historyczną superprodukcję nowego rosyjskiego kina o admirale Kołczaku, przy pomocy której Rosja Putina i Miedwiediewa żegna się z bolszewickim wypadkiem przy pracy (kilkadziesiąt milionów ludzi wysłanych pod nóż wyłącznie po to, aby Rosja przeszła wyjątkowo powikłaną drogą od kapitalizmu do kapitalizmu) i próbuje negocjować z własną prawosławno-carską przeszłością. W filmie Kołczak wygłasza mowy polityczne w obecności popów błogosławiących „białych” żołnierzy idących na beznadziejny bój z bezbożnymi bolszewikami. Kołczak całuje też ikonę Hioba cierpiącego podarowaną mu przez cara Mikołaja II razem z admiralską nominacją za sukcesy odniesione w walce z flotą niemiecką na Morzu Bałtyckim. Sceny przedstawiane tak samo patetycznie i afirmatywnie – i w sposób tak samo filmowo udany – jak za czasów Eisensteina te same sceny były przedstawiane groteskowo i odstręczająco. Kinem zaangażowanym można obracać do woli, przestawiając jedynie znaki człowieczeństwa i „potworności” (cyt. za Terlikowski), bez tragicznej bezstronności lub choćby dialektycznego umiaru. Po prostu, albo bolszewicy są ludźmi, a „biali” ludźmi być przestają, albo robimy odwrotnie i wtedy bolszewicy mają przesrane. Właśnie dlatego z kinem, teatrem, literaturą zaangażowaną trochę bym uważał. A już polską lewicę przed zachwytem sztuką zaangażowaną szczerze bym dzisiaj przestrzegał, bo w panującej nam obecnie atmosferze sztuka zaangażowana (architektura licheńska i świebodzińska, proza powieściowa Bronisława Wildsteina, posmoleński dokument filmowy) zostanie wykorzystana przeciwko niej, do odarcia właśnie lewicy z resztek człowieczeństwa (w filmie Admirał nawet socjaldemokrata Kiereński pokazany został z bezgraniczną pogardą). Sztuka zaangażowana „działa” wyłącznie wówczas, kiedy stoi za nią siła polityczna, militarna, siła ciężkiej pięści. Sztuka zaangażowana bez piąchy to jednak tylko Mallarmé, sztuka dla sztuki, a nawet jeszcze gorzej – krytyczna teoria dla krytycznej teorii. W każdym razie z filmu Admirał, a także z pielgrzymkowego kina drogi z udziałem Bronisława Komorowskiego, wynika jedno: u nas, na Wschodzie, religia nadal jest ważnym atrybutem władzy. I wygląda na to, że długo zostanie. Biskupi zastanawiają się zatem, w czyim wykonaniu religia jest dla nich bezpieczniejsza – w wykonaniu PiS czy PO? Przesądzające dla biskupów staje się to, że Jarosław Kaczyński ewidentnie ukradł im beatyfikacyjny show. Nawet nie chodzi o to, że 10 kwietnia, rozpalony entuzjazmem skrzywdzonych i poniżonych zaczął pastiszować Jana Pawła II z Placu Zwycięstwa ‘79 („odmienić oblicze Tej Ziemi”, „tak uczy Ewangelia”… i inne papieskie tropy wypowiadane przez Kaczyńskiego z leninowską swobodą człowieka całkowicie świeckiego). Dużo głośniejszym dzwonkiem alarmowym stało się dla biskupów to, że Polacy podjęli decyzję i… nie jadą do Watykanu na beatyfikację. Spekulacyjnie wyśrubowane ceny włoskich hotelików i polskich autobusowych czarterów lecą na łeb, na szyję. Po co jechać do Rzymu, jeśli na miejscu, na Krakowskim Przedmieściu, pod Wawelem lub jeszcze prościej, w domu przed telewizorem, ma się religię smoleńską, relikwie, błogosławionego Lecha Kaczyńskiego i konflikt realny, rozgrzewający krew w żyłach bardziej, niż banalny, letni, bo politycznie niepodzielny kult Karola Wojtyły, który proponują Polakom biskupi. Jednak biskupi też to zauważyli i przerazili się Kaczyńskiego, poza paroma kompletnymi już idiotami, których w episkopacie też można znaleźć, tak jak można było ich znaleźć w biurze politycznym każdej partii władzy, bo parytet głupców służy do kontaktowania się z emocjami społecznymi, podobnie jak parytet mędrców pozwala emocjami społecznymi zarządzać. Właśnie dlatego Biuro Polityczne PZPR miało Albina Siwaka, a episkopat ma biskupa Ryczana. Ale mędrcy w episkopacie już wiedzą, że Kaczyński im się wymknął ze swoją religią smoleńską, zabierając w dodatku ze sobą nie tylko sporą część katolików, ale nawet sporą część księży. Kaczyński jest mateczką Kozłowską (matką-założycielką mariawityzmu, innej narodowej polskiej herezji, która powstała pod wpływem kolejnych smoleńskich katastrof nieudanych powstań) nieporównanie bardziej skuteczną, niż mateczka Kozłowska prawdziwa (skądinąd pierwsza w historii Kościoła kobieta imiennie ekskomunikowana). Poseł Błaszczak oznajmia na briefingu w Sejmie, że Jadwiga Kaczyńska trafiła do szpitala. To polityczny przekaz dla wyborców PiS-u tak samo zrozumiały, racjonalny i politycznie mobilizujący, jak dla posłów PO sms-y z piarowej centrali (właściwie sms-y okazują się mniej politycznie mobilizujące, niż biuletyn zdrowia Jadwigi Kaczyńskiej). Tłum pod Wawelem skanduje „Marta Kaczyńska! Marta Kaczyńska!”, bo smoleński mariawityzm biologiczne relacje pokrewieństwa zarówno politycznie instrumentalizuje, jak też sakralnie uświęca. Biskupi zatem się boją i wolą Komorowskiego. A dzięki niemu może nie będą w kampanii atakować PO, może nie będą w kampanii atakować PO, może nie będą… mimo, że Tusk ewidentnie trzyma się na uboczu tych rekolekcji słowiańskich – „Kaszub”?, „liberał”?, „ukryta opcja protestancka albo sekularna”? Nie wiadomo, jakie tam przerażające hipotezy chodzą biskupom po głowie, bo opcja Donalda Tuska (jaką by ona nie była) rzeczywiście ukryta została przez niego bardzo głęboko. Ale Komorowski ze swoimi palmami i rekolekcjami w Dowództwie Operacyjnym Sił Zbrojnych budzi zaufanie biskupów. Biskupi zaczną więc dyscyplinować swoich mariawitów, bo to jest zagrożenie dla ich własnej władzy w Kościele, z kolei platformersów częstując tylko od czasu do czasu ostrzeżeniami w rodzaju „relatywistyczno-, nihilistyczno-, konsumpcyjno-, liberalna cywilizacja śmierci”, żeby się platformersi nie zapomnieli za bardzo. P.S.: Tomaszowi Piątkowi dziękuję za list, nawet jeśli go otwarł jeszcze przed wysłaniem. Ponieważ całe życie spędziłem wśród trumien, o nich muszę pisać, dopóki mam gdzie, bo KP puszcza w odcinkach moje Opowieści z krypty. Zresztą za parę dni znów wyjeżdżam jako sofisticated housewife do północnoeuropejskiego miasteczka Nottingham (za dobre słowo o Toruniu specjalnie Piątkowi dziękuję). Pierwszy felieton stamtąd chcę napisać nie o Kaczyńskim i Tusku, ale o puszczanym na BBC 2 od pół wieku teleturnieju „University Challenge”, czyli o jedynym akceptowalnym dla mnie w społeczeństwie klasowym snobizmie na wiedzę. A co do przywołanej przez Piątka „trumny Michnika”, to dzisiaj w mojej krypcie wolę się szamotać z trumnami Kaczyńskiego, Ziemkiewicza, Wildsteina. Są nie mniej brutalne, niż tamta w latach swojej największej świetności, ale dzisiaj silniejsze, a przede wszystkim sporo od tamtej głupsze i bez porównania bardziej zajęte swoimi własnymi cojones (czyli w przypadku Wildsteina wypielęgnowanym i naprawdę bogatym męskim zarostem na piersi – celowo o tym szczególe wspominam, żeby napuścić na Bronisława Wildsteina wszystkich miłośników tego fetyszu, który mnie akurat wyjątkowo nie kręci, szczególnie kiedy wypielęgnowane „futro” wyłazi spod białego podkoszulka na wąskich ramiączkach). Tymczasem współtworzona przez Adama Michnika „Gazeta Wyborcza”, matka licznych błędów i paru nadziei, akurat po katastrofie smoleńskiej pozostała jedynym medium mainstreamowym, które próbowało choćby negocjować z politycznie zinstrumentalizowaną histerią posmoleńskiej żałoby. Przez wszystkie inne mainstreamowe media (a nawet przez większość mediów niszowych żyjących nadzieją stania się mainstreamowymi) skwapliwie, nie bez konsekwencji dla polskiej polityki podjętą, bo żałobna histeria to w Polsce od trzech wieków towar najbardziej rynkowy. Na słynne reklamowe hasło Adama Michnika „nam nie jest wszystko jedno” (od którego, kiedy na murach Warszawy po aferze Rywina wisiało, żołądek mi się wywracał) „Gazeta Wyborcza” realnie zapracowała właśnie po Smoleńsku, płacąc za to swoją cenę. Mam nadzieję, że ubrałem ten szczery komplement w tak zjadliwą formę, żeby nie dało się go zacytować pod tytułem „samokrytyka Michalskiego c.d.”.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...