|
Potworne boje ideowe toczą się ostatnio między Jackiem Żakowskim (centrolewica) a Bartoszem Węglarczykiem (centroprawica albo – żeby się Węglarczyk nie obraził – centro-centrum). Szczęk mieczy o tarcze i zbroje dobiega też z innych rejonów, gdzie Waldemer Kuczyński (centro-centrum) napisał gwałtowny list otwarty do Donalda Tuska (centroprawica), żeby na listy partii, która ledwo obroniła demokrację przed Jarosławem Kaczyńskim, nie wpuszczał Joanny Kluzik-Rostkowskiej (centroprawica, ale z autentycznymi zainteresowaniami i kompetencjami w dziedzinie programów społecznych, nie mniejszymi niż Waldemar Kuczyński z centro-centrum, a może większymi). Wina tej ostatniej polega na tym, że o mało co nie doprowadziła Kaczyńskiego do zwycięstwa, prowadząc jego tzw. łagodną kampanię (z tego samego powodu Kaczyński bardzo gwałtownie obwinia ją z kolei o zaprzepaszczenie swoich szans na prezydenturę, co znowu w oczach Kuczyńskiego dawałoby Kluzik-Rostkowskiej przepustkę na listy Platformy, w świecie, gdzie podstawowymi kryteriami ideowymi stały się nazwiska „Kaczyński” i „Tusk”). A mnie to wszystko i tak niebywale cieszy, gdyż podobnie burzliwe spory, odbywane przy tym całkowicie w granicach TINY, oznaczają, że TINA jest żywotna, obszar swobody dyskusji, na jaki pozwala, jest bez porównania większy, niż to twierdzą jej radykalni krytycy. Z każdej właściwie strony. Bo że i Żakowski, i Węglarczyk w TINIE się mieszczą, chyba nikt nie zaprzeczy? Że Kuczyński, Kluzik i Tusk – też chyba nikt? Także i ja w TINIE się mieszczę, mam nadzieję, że nie ulega to dla nikogo z was wątpliwości, że nikt z was nie uważa mnie za większego radykała od Węglarczyka. Wszyscy tu wymienieni są (jesteśmy) za rynkiem (Żakowski zapewne za regulowanym i uzupełnionym rozbudowaną społeczną agendą, zupełnie tak samo jak ja), wszyscy są (jesteśmy) za demokracją, i to raczej „liberalną” niż „populistyczną”. A jednak tak żarliwie się między sobą spierają (spieramy), i wciąż mają (mamy) o co, bo TINA rozciąga się na sporej przestrzeni i zapewnia warunki w miarę nieskrępowanej dyskusji (nie zauważyłem, żeby się Żakowski czy Węglarczyk w czymkolwiek krępowali, a ja, czyż się w najmniejszym choćby stopniu krępuję?).
I tylko jedna smutna myśl mnie trapi, co mianowicie zrobić z 30 procentami polskich wyborców idących w mgłę za Kaczyńskim, który już kożuch kupuje, bo ma zamiar swoje 30 procent choćby na Sybir prowadzić, gdzie go ponoć Tusk (TINA, jak ustaliliśmy) z Putinem (podejrzany, ale moim zdaniem jednak również aspirant do TINY) zamierzają wysłać. Dlaczego kilka milionów wyborców Kaczyńskiego z wolności, jaką my mamy, nie chce lub nie umie skorzystać? A wyborcy Kaczyńskiego to przecież nie jedyna kategoria w dzisiejszym świecie, która na pluralizm TINY, z którego my korzystamy, się nie załapuje. Plemię Kaddafiego, plemię Chaveza, radykalni islamiści, syryjscy poddani Assada II (bo ten „arabski socjalista” odziedziczył władzę po tacie, tak jak dawni królowie i niektórzy zamordyści współcześni). Jak zatem zaprosić do nas, do TINY, do „nieprzerwanej konwersacji ludzkości” (cyt. za Richard Rorty) ludzi, którzy może nawet nie wiedzą, jak my tu mamy swobodnie? Co zrobić, czy tylko byt im poprawić, czy uwolnić im także i spluralizować świadomość (przepraszam, że w tak bierny tryb ich wrzucam w tym zdaniu, dacie mi trochę czasu, to jakiś bardziej czynny tryb dla nich retorycznie wytworzę)? To mnie ciekawi, to jest mój priorytet. Oczywiście nie wiem, jak ten problem rozwiązać, ale warto go przynajmniej postawić, może ktoś go kiedyś rozwiąże.
Ci, którzy sądzą, że w mojej pochwale przykładnego pluralizmu TINY nie jestem całkiem szczery, że stosuję ketman, bo ironizuję, głęboko się mylą. Od dawna ironizuję także na swój własny temat (mojego liberalizmu zmęczenia, mojej ewolucji twórczej), a jednak jestem do mojego życia przywiązany. I jak mnie ktoś w kwestii życia mojego zaczepia, to zabijam go śmiechem całkiem na poważnie. Zatem nie walka z TINĄ mnie retorycznie ożywia, ale walka o jakość TINY. Pamiętam nawet, że nasza nieprzerwana konwersacja ludzkości odbywa się na tratwie żeglującej pośród mordowanych, głodzonych, pozbawianych praw, ostrzeliwanych z helikopterów… paru miliardów ludzi. Właśnie dlatego, że pamiętam jak wygląda ludzki ocean, po którym żegluje tratwa naszej („zachodniej”?) konwersacji ludzkości, moja ironia ma wymiar troszeczkę tragiczny. Jednak zamiast rozpieprzać tratwę, będę jej bronił. Z jedną tylko poprawką. Są na tratwie ludzie, którzy ocean ludzkości widzą jako żerowisko, i są także tacy, którzy człowieka po człowieku próbują z anonimowego oceanu ludzkości na tratwę TINY wyciągać, choćby jedynie wymawiając ich nazwiska bez przekręcania. Zatem będę bronił TINY przed jej łatwymi krytykami. Będę też próbował bronić TINY przed nią samą, przed jej funduszami i korporacjami wykupującymi ostatnio ziemię uprawną w Afryce milionami hektarów, żeby tam NIE uprawiać niczego, co można zjeść, w ten sposób podbijając ceny żywności przez siebie już skupionej i magazynowanej w oczekiwaniu na jeszcze większą zwyżkę jej cen (najnowsze odkrycie spekulacyjne w londyńskim City, nawet udziały w tych firmach zwyżkują jak szalone, a informację podał znów nie jakiś terrorysta mszczący się za tortury, ale biznesowy serwis BBC przerażony tak samo jak ja). I pomyśleć, że ci wszyscy ludzie chodzą co rano do biur w swoich inwestycyjnych bankach i hedgingowych funduszach, niczym Patrick Bateman z American Psycho, nie odczuwając nawet potrzeby przewiercenia komuś w przerwie na lunch głowy elektryczną wiertarką. Bateman był tu uczciwszy wobec siebie samego i swojej obiektywnej roli w globalizacji, ale w końcu to tylko literacki bohater. Dla mnie pracownik takiego inwestycyjnego funduszu to jest Eichmann 2011, ubrany w garnitur, z „rodziną na swoim”. Ciekawe, czy też nosi do pracy Kanta w kieszonkowym wydaniu? Może chociaż Hume’a? Ale także on, Eichmann 2011, jest zaledwie wykonawcą logiki większej od niego. Wolnego rynku bez politycznej nad nim kontroli, zasady maksymalizacji krótkoterminowego zysku bez równoważenia jej przez jakąkolwiek inną zasadę. I właśnie dlatego, zamiast na niego pomstować, szykować na niego Norymbergę (ciekawe, kto w niej będzie sędziami – czy też mordercy, jak w tamtej?) tak bardzo potrzebna jest lewica globalna, nie tyle dopierdalająca Tuskowi, ile mająca swój własny plan stworzenia globalnej polityki zdolnej kontrolować globalny rynek. Globalizacja Eichmannowskiego kapitalizmu już nastąpiła i teraz albo nastąpi globalizacja „północnoeuropejskiej socjaldemokracji”, albo wszyscy zdechniemy i to w brzydkim stylu. Zatem brońmy TINY przed jej wrogami i brońmy jej przed nią samą, żeby się Żakowski z Węglarczykiem mogli pospierać, i ja żebym mógł swoje trzy grosze do nieprzerwanej konwersacji ludzkości wtrącić. I żebyśmy konwersując tak ze sobą swobodnie, pobierając nawet za to wierszówki, nie czuli się jak ostatnie świnie. Mające krew na rękach – nawet jeśli w wyniku wielostopniowej sublimacji, zupełnie niewidzialną. Kto ma drony latające, jeżdżące i pływające, nie musi się uciekać do tortur, żeby swoją cywilizację ocalić. Kto ma Abramsy – w swojej najdroższej wersji podobno niezniszczalne – nie musi się uciekać do tortur. Kto ma najnowocześniejszy system satelitarny i oprogramowanie pozwalające podsłuchać i inteligentnie odfiltrować rozmowy prowadzone na całym świecie i wysyłane na całym świecie maile, nie musi się uciekać do tortur. Kto ma inteligentne bomby i rakiety po parę milionów dolarów od jednej inteligentnej głowicy, nie musi się uciekać do tortur. Czyj budżet obronny przekracza budżet obronny zsumowanych 17 kolejnych krajów (w tym takich maleństw jak Chiny, Rosja, Wielka Brytania, Francja i Arabia Saudyjska), ten nie musi się uciekać do tortur.
Moja litania służy terapeutyzowaniu Bartosza Węglarczyka, którego lęki rozumiem, ale tym bardziej próbuję nieco je rozproszyć. Ameryka bez tortur nie upadnie, Zachód bez tortur da sobie radę. Mam raczej pewne drobne obawy, że Zachód nie da sobie rady z torturami. To nie jest z mojej strony łatwa moralistyka. To jest moralistyka niełatwa. A poza tym, od czasu jak poznałem ludzi (znam ich od niedawna, to było dla mnie odkrycie), mogę się już domyślać, że Bush junior z kolegami nie pozwolili sobie na tortury dlatego, że musieli, ale dlatego, że mogli.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...