|
Po
11-listopadowym edytorialu Tomasza Wróblewskiego Militarystyczna twarz
lewicy”, w którym nowy naczelny „Rzepy” potępił „zmilitaryzowaną Krytykę
Polityczną”, ale nie poinformował czytelników nawet słowem, że w Święto Niepodległości
stolicę przez parę godzin demolowali narodowi skini i patriotyczni kibole
zmobilizowani m.in. przez czołowego publicystę kierowanej przez siebie gazety – wypada mi publicznie pochwalić poprzedniego naczelnego „Rzeczpospolitej” Pawła
Lisickiego. On nie ośmielał się fałszować rzeczywistości tak prymitywnie.
Choćby dlatego, że nie mógł, bo wsparcie braci Kaczyńskich, nawet kiedy mieli
władzę, dawało mu o wiele słabszą osłonę, niż Wróblewskiemu daje wsparcie
biznesu, który kupił „Rzepę” i osadził tam Wróblewskiego po to, aby przypodobać
się Tuskowi i ukarać paru dziennikarzy za ich niedawne pisowskie sympatie.
Tomasz
Wróblewski, prawicowiec przywieziony w teczce, musi symulować wobec czytelników
„Rzeczpospolitej” prawicowość twardszą, niż ta Lisickiego. I wie, że mu wolno,
gdyż tym, co go do redakcji „Rzeczpospolitej” w teczce dostarczyli, idee
są obojętne. Nawet Lisickiego „puknęli” nie za jego prawicowe poglądy, ale za
to, że pod jego redakcją „Rzepa” napisała za dużo o aferze hazardowej, której
przecież nie było. Zatem Tomasz Wróblewski może, a z przyczyn rynkowych nawet
powinien, symulować przed prawicowym czytelnikiem „Rzepy” prawicowość dowolnie
twardą. Byle tylko była to prawicowość całkowicie zdystansowana od powalonego
już na kolana Prawa i Sprawiedliwości. Tak kręci się ten światek, a Tomasz
Wróblewski jest kroplą smaru w jego ponurych trybikach.
W przeciwieństwie
do Wróblewskiego, Piotr Zaremba, Dawid Wildstein, Tomasz Terlikowski – w swoich
relacjach z wydarzeń 11 listopada zauważyli także przemoc prawicy. Nawet jeśli
stosują czasami relatywizujące zabiegi, które i my także lubimy czasami
stosować, to jednak przemoc plamiąca sztandary i idee własne jest dla nich
problemem. Również „Krytyka Polityczna” rozumie, że tak samo, jak należało potępić
przemoc pod sztandarem „narodowców”, również przemoc pod sztandarem
„antyfaszystów” należy potępić, przemyśleć jej źródła, zastanowić się, jak by
jej można uniknąć. Przed rokiem na portalu KP potępiliśmy „prewencyjne”
skatowanie skinów „brunatnych” przez skinów „czerwonych” pod Sochaczewem, w
pociągu, którym „brunatni” jechali na poprzedni „marsz niepodległości”. A
z komentarzy przed 11 listopada najbardziej podobał mi się ten Seweryna
Blumsztajna w „Wyborczej”, Nie majstrujmy przy pomnikach,
w którym radził on jednej z lewicowych grup, aby zamiast zajmować się pomnikiem
Romana Dmowskiego – choćby przy użyciu różowych balonów – zajęła się raczej
pielęgnowaniem pomników i symboli własnych.
Zdolność do
zauważenia patologii swojego obozu jest znakiem odpowiedzialności za idee,
które się realnie wyznaje. Ponieważ Zaremba, Terlikowski i Wildstein junior
prawicę wybrali z przyczyn ideowych, zatem na prawicy czują się pewnie, autentycznie,
do tego stopnia, że mają odwagę do podejmowania wewnętrznych rozliczeń. Tomasz
Wróblewski jest w zupełnie innej sytuacji. Nie kierują nim żadne idee, a
jedynie wolnorynkowy pragmatyzm, żeby nie powiedzieć – cynizm. Został
przywieziony w teczce, aby spacyfikować niepokorną prawicową gazetę. Właśnie
dlatego próbuje być bardziej papieski niż nowy, autentyczny papież narodowej prawicy Rafał
Ziemkiewicz. Nie widzi problemu przemocy „narodowców” nawet tam, gdzie naprawdę
trudno tego problemu nie dostrzec.
Ale jest też w całej
sprawie rzecz ważniejsza niż ograniczone zdolności Wróblewskiego do symulowania
odpowiedzialnego prawicowego dyskursu. Młodzieży Wszechpolskiej i ONR-owi (z
niewielką pomocą Ziemkiewicza) udało się zorganizować marsz dziesięć razy
liczniejszy i dwadzieścia razy bardziej energiczny niż urządzane przez
Jarosława Kaczyńskiego dogasające smoleńskie zaduszki. Nazajutrz Kaczyński
próbował się co prawda pod energicznych Wszechpolaków i ONR-owców podłączyć,
występując z tezą, że „pod rządami PO Niemcy biją w Warszawie Polaków”, jakby
kibole i narodowcy tłukący przechodniów, dziennikarzy i policjantów to nie byli
Polacy, nawet ci z górnej półki, których patriotyzmem entuzjazmowali się w
kampanii wyborczej Ziobro i Kempa (ciągle jeszcze w PiS-ie). Ale mimo tych wysiłków
Kaczyńskiego, który wcześniej podszywał się pod nielubianego przez siebie
Rydzyka, a teraz musi się podszywać pod nielubianych przez siebie Wszechpolaków
i ONR-owców, widać już, że jego czas się kończy. Tyle tylko, że na masie
upadłościowej, w jaką na naszych oczach zamienia się Prawo i Sprawiedliwość,
może pożywić się i wyrosnąć zwyczajny faszyzm. Zanim ta „najnowsza prawica”
przejmie pisowskie cmentarzysko mamutów, konieczne jest polityczne
zorganizowanie się Polski lewicowej i liberalnej. Czasu nie zostało dużo.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...