|
Jarosław Kaczyński pożegnał się z władzą. Właśnie bowiem takim „długim pożegnaniem” (cyt. za Raymond Chandler) jest jego bredzenie o „silnych lekach”, które sprawiły, że używał Joanny Kluzik-Rostkowskiej, Pawła Poncyliusza, Marka Migalskiego (najlepszych dostępnych mu w tamtej kampanii narzędzi) czy z nostalgią wspominał mocarstwowe wizje Edwarda Gierka, co świetnie napędzało mu głosy melancholików starych i młodych w Polsce tradycyjnie nazywanych „lewicą”. Tylko Bronisław Wildstein się wtedy od Gierka wykrzywił, ale zaraz sok z cytryny przełknął, więc także i on zasłużył na Order Uśmiechu. Tym bardziej, skoro Prezes mówił o tym Gierku wyłącznie dlatego, że był „pod wpływem silnych leków”. Krzyż znalazł się w prezydenckiej kaplicy, po Smoleńsku zostało już pozamiatane i cała władza zasłużenie dostała się w ręce Platformy.Tymczasem po rozmaitych mysich dziurach tej monumentalnej pobitewnej panoramy (jak z Wojny i pokoju Lwa Tołstoja albo chociaż jak z Miłości i śmierci Woody’ego Allena) rozlegają się nieśmiałe głosy lewicowców z SLD i lewicowców „nowych” (cyt. za Tom Novy, fajny DJ skądinąd), jakoby kończąca się właśnie sekwencja wydarzeń miała tę przynajmniej zaletę, że dzięki niej rozpoczęła się „ważna dyskusja” (tu przez instytucjonalną lojalność nie powiem, kogo cytuję) o miejscu Kościoła w polskim życiu publicznym, o świeckim państwie… i inne sraty taty.
Nic się nie zaczęło. Nawet CBA (podlegające, przypomnę, bezpośrednio premierowi państwa, kiedyś Jarosławowi Kaczyńskiemu, dzisiaj Donaldowi Tuskowi), odkrywające to, o czym wszyscy wtajemniczeni (jakieś parę tysięcy ludzi, nie licząc dziennikarzy) wiedzieli od dawna. To znaczy to, że „polscy biskupi” (taka zbitka słowna) od dwudziestu lat odzyskują majątki Kościoła przy użyciu dawnych oficerów SB, najczęściej z IV Departamentu zajmującego się zwalczaniem Kościoła, którzy tak skutecznie łamali sumienia księży, że aż się z nimi w końcu zaprzyjaźnili. Nawet zatem owo (już Tuskowe, a nie Kaczyńskie) CBA odkrywające tę niezwykłą, niespodziewaną rewelację o esbekach ekspiacyjnie pracujących dla księży (u Goi, jak pamiętacie, osły dosiadają ludzi), to jedynie nowa forma tradycyjnego polskiego dialogu państwa i Kościoła.
„Nie zdyscyplinowaliście w kampanii wyborczej swoich mariawitów” – mówi z wyrzutem państwo – „to dostaniecie leciutko po ryju, ale zaraz potem dostaniecie wszystko, czego chcecie, tylko pozwólcie nam wreszcie rządzić w spokoju, będziemy dla was partnerem bardziej stabilnym, bardziej przewidywalnym niż ten świr Kaczyński, w dodatku leki odstawił… O ileż sympatyczniejszy jest Bronisław Komorowski jako kompan biesiadny!”. Tak lubili dialogować z Kościołem „endecy” (parafraza za Tomaszem Piątkiem) ze środkowego i późnego PZPR, tak zachowywali się „endecy“ z SLD, tak zachowują się „endecy” z Platformy i tak będzie się zachowywała każda przyszła władza w Polsce (nawet Napieralski?), bo dopóki społeczeństwo będzie „endeckie“, „endecka“ będzie także władza w tym kraju (Piłsudski był wyjątkiem, na dobre i złe, bo przecież przeciwników politycznych zdarzało mu się mordować, ale nie mam pojęcia skąd się w Polsce wziął, może przyleciał z kosmosu).
Kościół taki „endecki” język zarówno rozumie, jak też akceptuje. A Platforma po „Smoleńsku” i po prezydenckiej kampanii, miała do wyboru: walczyć z PiS-em o osiem milionów wyborców jeszcze bardziej zachowawczych i konserwatywnych od własnych wyborców albo walczyć o milion wyborców z własnego lewego skrzydła, czasami, w poczuciu całkowitego braku wyboru, przepływających pomiędzy Platformą i SLD, a potem z powrotem. Zgadnijcie, kogo wybrała Platforma? O czyje dusze walczy Gowinem, Radziszewską…? Pływający milion „młodych liberałów” obsłuży Palikot. Albo tworząc stowarzyszenie, którego przedstawiciele wystartują niezależnie i wyraziście, ale z list Platformy, albo też tworząc partię, która będzie walczyła o marginalny z punktu widzenia Tuska elektorat na lewej flance Platformy („zmiażdżyć SLD, oskubać Platformę”). Podczas gdy wszystkie siły wielkiej partii władzy zostaną użyte do tego, aby przyciskać Jarosława Kaczyńskiego do prawej ściany i wycisnąć z niego wszystkie polityczne soki. Gowin wreszcie nie będzie się musiał rytualnie za Palikota wstydzić, Grupiński nie bedzie musiał, nie będzie musiał Kaczmarek… Po drodze Roman Giertych podpowie biskupom (jako herold tej nowej, nawróconej po Smoleńsku Platformy), że popieranie Jarosława Kaczyńskiego (szczególnie kiedy ten odstawia leki) to ryzyko „dechrystianizacji Polski”. Po drodze „Rzeczpospolita” wesprze akcję obrony minister Radziszewskiej przed „siłami lewactwa” (jeden z jej redaktorów dziwił się ostatnio publicznie, sam to usłyszałem, że część „pisowskich czytelników naszej gazety była oburzona, że bronimy minister z Platformy, ci zacietrzewieni ludzie nie rozumieją, że prawicowe idee są ważniejsze niż tożsamości partyjne”). Tak się uprawia w Polsce prawicowe biznesy.
Instrumentów utrwalania zachowawczej hegemonii w Polsce jest wiele pod wielkim dachem nieba. A żaden z nich nie tylko że nie pracuje na korzyść lewicy, ale nie pracuje nawet na korzyść liberalizmu (nie mówię o rynku), ani na korzyść świeckiego państwa itp. itd. Porzućcie wszelką nadzieję wszyscy, którzy chcieliście sekularyzacji na skróty. I przeproście się z moimi hipermarketami, Jolą Rutowicz i Lady Gaga, bo tylko te odmienią, powoli, baaardzo powolutku, oblicze Ziemi, Tej Ziemi (za którymś razem zaczyna to już brzmieć jak „My name is Bond, James Bond”). Z partii władzy odchodzi Palikot, przychodzi do niej Kropiwnicki, godnie podąża korytarzami NBP, gdzie zatrudnił go Marek Belka w imieniu Platformy. Idzie ze swoim Świętem Trzech Króli pod pachą, już uznanym za nowe święto państwowe. Platforma, która jeszcze przed rokiem święta mu odmawiała, z jego święta sobie szydziła, dziś święto mu uchwaliła. Bo, jak już mówiłem, zajmuje się walką o dusze (no dobrze, nie nazywajmy duszą tego, o co partie walczą w polityce masowej) episkopatu, o dusze ośmiu milionów wyborców Kaczyńskiego, a nie o duszę Magdaleny Środy czy ABR, która właśnie patrzy na Tuska gromiącego w telewizorze „okropne happeningi przeciwko krzyżowi“ i jakkolwiek doskonale rozumie, czemu on to mówi, to jednocześnie jej samej, wyemancypowanej mieszczance z nowej polskiej klasy średniej akademickiej, robi się smutno, że „Tusk o nas zapomniał“.
Modernizacja zdecydowanie konserwatywna, „jest pięknie, jest pięknie, więc o co mi chodzi” (cyt. za Muniek Staszczyk). Jarosław Gowin, którego naprawdę nie uważam za ajatollaha, więc jego neokonserwatywne utwardzanie się, zbliżanie do Pawła Lisickiego pod wieloma względami, przeżywam z bólem i rozczarowaniem, powiedział, że Święto Trzech Króli jako święto państwowe „zadowoli wszystkich, zarówno katolików jak też praktyków gospodarczych” (jak pamiętamy, „praktycy gospodarczy” nie chcieli kolejnego dnia wolnego dla swoich roboli, ale nadmiar świeckich dni wolnych będzie zlikwidowany aneksem do ustawy o Święcie Trzech Króli znoszącym możliwość odbierania sobie przez pracowników świąt państwowych przypadających na wolne soboty, więc biznes nie straci na święcie). Kogo zabrakło w zbiorze „wszyscy” zdefiniowanym tak szczegółowo przez Jarosława Gowina (kiedy polityk mówi „wszyscy”, powienien mieć na myśli wszystkich obywateli Rzeczypospolitej)? Ano społeczeństwo Gowina składa się wyłącznie z katolików i biznesmenów. Innych kategorii obywateli w zbiorze „wszyscy” nie ma. Polityk tak rozumiejący słowo „wszyscy” będzie walczył już wyłącznie o obecność krzyża i niskie podatki. To dziś zresztą globalny pakiet prawicowy, neokoński, imitowany nad Wisłą. „Rzeczpospolita” go nie wymyśliła, nie wymyślił Gowin. Pierwsza nazwała go Margaret Thatcher („społeczeństwo nie istnieje, to wymysł socjalistów, istnieją tylko jednostki i ich rodziny”), a „ochrzcił” Ronald Reagan, bo potrzebował „moralnej większości”, żeby wygrać wybory. Dziś to już samograj, ale ciągle gra.
Zatem, tak przy okazji, point de reveries, żadnej „poważnej dyskusji” o świeckim państwie nie będzie. Chyba że kucharz Taras znowu zwoła jakiś „okropny happening”. Ale wtedy rozpędzi go już policja PO, może CBA, pochwalona przez „Rzepę” („prawicowe idee są ważniejsze niż tożsamości partyjne”). Bo nie będzie to happening przeciwko krzyżowi Kaczyńskiego, ale przeciwko krzyżowi Tuska. Pod takim krzyżem dobrze się rządzi, pod takim krzyżem rozkwitają biznesy. Podczas gdy pod krzyżem PiS-owskim… sami wariaci.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...