|
Seal w Białymstoku, w samym środku koncertu: „Możecie mieć różne uczucia po śmierci Amy Winehouse. To może być wściekłość, smutek. Ale to jest przede wszystkim wstyd. Za to że odeszła”. Dlaczego mielibyśmy się wstydzić za coś, co zrobiła jakaś odległa gwiazda globalnej estrady? Sama sobie winna. A jednak Seal z jakichś powodów uważa, że jej śmierć obciąża nas wszystkich, którzy bawiliśmy się Amy Winehouse, jej śpiewem (do pewnego momentu, ale to już było po raz ostatni ładnych parę lat temu), a potem już bawiliśmy się wyłącznie jej zstępowaniem do piekła „członków klubu 27”. Zwykły stosunek pomiędzy nami, mieszczanami z dreszczykiem oglądającymi zataczającą się gwiazdę, a zataczającą się gwiazdą, która czuje nasz dreszczyk i którą dreszczyk milionów mieszczan prowadzi dalej do piekła. Jak pijaną dziewczynę rozbierającą się w barze pełnym napalonych osiłków. Tym byliśmy my - globalna mieszczańska widownia Amy Winehouse. O wstydzie za to mówił Seal w Białymstoku, a widownia w znacznej części nie odczuła wstydu, tylko wyciągnęła telefony komórkowe, żeby sfotografować ten niebywały wygłup Seala i wrzucić go na You Tube’a.
Tak samo Zaremba, Magierowski, cała eksterminowana ekipa „Rzepy” i „Uważam Rze” nie odczuwają wstydu za to, że - mówiąc słowami wyjątkowo szczerego deputowanego włoskiej prawicowej większości rządowej - „Breivik ma dokładnie takie poglądy jak my, wyłączając przemoc”. Jedyne, do czego Zaremba z Magierowskim użyli swojej inteligencji (w przypadku Zaremby bardziej zauważalnej), swojej retoryki (w przypadku Zaremby minimalnie lepszej), to czyszczenie się z poczucia wstydu, prewencja, odkażanie własnej łazienki napalmem po to, żeby już od następnego ranka ponowić obrzędy zawstydzania eksterminującej ich „multikulturalistycznej lewicy”.
Skoro oni nie odczuwają wstydu, ja wstyd wezmę na siebie (i tak to, co ciągle jest zbyt trudne dla Zaremby, dla mnie jest ciągle zbyt łatwe), bo napisałem kiedyś zdanie, prawie aforyzm, że „życie podszyte misją jest po prostu przyjemniejsze”. W eseju opublikowanym we „Frondzie”. Pisałem także o sobie i dlatego ironizowałem, znałem ambiwalencję tej formuły, jej cholerne ryzyko, myślałem, że ironia wystarczy, aby to zasygnalizować. Nie wystarczyła. Tamten „aforyzm” padł na żyzną glebę nudzących się ideologicznych palantów, którzy teraz w poszukiwaniu przyjemności, jaką istotnie dostarcza „życie podszyte misją”, starają się ustawiać i definiować życie innym.
Ale pomówmy o poważniejszych graczach szukających przyjemności w misji. Terlikowski czy Jurek mogliby wprowadzać swoje dusze w niebiańskie wibracje na posłaniu z gwoździ, wtedy bym ich szanował albo wtedy by mnie nie obchodzili. Wtedy bym ich nie zaczepiał w co drugim tekście, egzorcyzmując na nich sporą część agresji, którą odczuwam wobec samego siebie i sporą część własnego wstydu. Ale oni rozwiązują mi ręce, bo zamiast na posłaniu z gwoździ w swojej własnej sypialni, tam gdzie Bóg cudownie obdarzył Terlikowskich dziećmi, żeby nie musieli poddać się grzesznemu leczeniu in vitro (cyt. za Terlikowski w TV), wolą doskonalić się duchowo wspierając ustawę zmuszającą do rodzenia zgwałcone kobiety i kobiety, którym grozi śmierć, jeśli zaryzykują „donoszenie” nawet nie embriona (sam ciągle jeszcze chciałbym z Terlikowskim i Jurkiem negocjować, ale nie ma czego), lecz także zygoty - bo pigułki wczesnoporonne Terlikowski i Jurek też przecież uważają za zbrodnię. A to, co oni sami uważają za zbrodnię, musi stać się także zbrodnią dla wszystkich innych, nie ma innego wyjścia, jeśli ktoś nie stawi im skutecznego politycznego oporu.
Także Breivik mógłby się duchowo doskonalić jako chrześcijański nacjonalista na posłaniu z gwoździ, wtedy bym go szanował albo wtedy by mnie nie obchodził. Ale ponieważ swoją przyjemność „życia podszytego misją” zaczął przeżywać, próbując zapanować nad życiem innych ludzi (zabójstwo jest najbardziej radykalną formą panowania) mordując ich po to, aby przebudzić europejskie narody, europejskich chrześcijan, europejską prawicę, zatem ja się jednak trochę wstydzę formuły, której użyłem kiedyś w eseju o Chateaubriandzie piszącym na kolanach kochanki swój najmocniejszy ideologiczny pamflet przeciwko świeckiej nowoczesności zatytułowany „O duchu chrześcijaństwa”. Znał własne rozdarcie, uciekał przed nim w ideologię (bo sam wiedział, że to nie była religia), aby dopiero pod koniec życia stać się człowiekiem nieco bardziej dojrzałym. Konserwatywnym liberałem. Nadal uczestniczącym we francuskiej polityce żarliwie, „kontrowersyjnie”, do ostatniego dnia własnego życia, ale do życia innych starającym się już podchodzić na bezpieczną odległość liberalnego prawa, liberalnej prywatności, liberalnych wolności jednostki.
Ale liberalizm bez wstydu też się nie obejdzie. Może nie dzisiejsi liberałowie, którzy nie wstydzą się niczego, bo przecież panują nad światem, a hegemonia czyści sumienie i rozum. Ale przynajmniej John Stuart Mill by się wstydził, bo on był liberałem w czasach, kiedy liberalizm był jeszcze subwersywną ideą, a nie już tylko nagą, tępą siłą hegemonii. Więc Mill by się zawstydził tym, że to właśnie Breivik zacytował w swoim manifeście jego słowa: „Jedna osoba, która w coś wierzy, jest warta tyle, co 100 tys. takich, które mają tylko interesy”.
Niektórzy konserwatyści, liberałowie, nawet lewicowcy fascynują się silną ideowością, silną wiarą ludzi, którzy w dzisiejszej Polsce „mają identyczne poglądy jak Breivik, wyłączając przemoc”. Choć nawet przemocy nie wyłączając, bo prawo jest zinstytucjonalizowaną przemocą, a prawo w Polsce jest wynikiem totalnego politycznego zwycięstwa prawicy, obowiązująca ustawa aborcyjna nie jest kompromisem, a propozycje Jurka, Terlikowskiego, biskupów, cynicznie wsparte przez Kaczyńskiego i część posłów PO są dopychaniem politycznej przemocy kolanem. A jednak wielu ludzi lewicy, liberalnego centrum, a nawet konserwatystów, którzy sami siebie uważają za zbyt miękkich, za „naród kolaborantów”, za „ludzi mających tylko interesy”, fascynuje się silną ideowością Jurka, Terlikowskiego, Ziemkiewicza, Wildsteina, Zaremby, Karnowskich, nawet „muzealników z PjN” (to już jest perwersja, fascynować się smętną gromadą oportunistów żerujących na śmierci stu tysięcy ludzi, ale wystarczy, że jakiś „muzealnik” powie „mam plan dla Polski, a Platforma nie ma planu”, to już się niejeden lewicowiec nim zafascynuje). Fascynują się ich silną ideowością, bo sami często silnej ideowości nie mają, albo też nie potrafią jej łączyć z czymś tak słabym, jak obrona świeckiego państwa, państwa socjalnego, wielokulturowej liberalnej Europy. Ale jeśli liberalizm (liberalny socjalizm, liberalny konserwatyzm) nie powróci do zdania Milla, nie zacznie go znowu używać, będą go w dzisiejszym świecie używać wyłącznie faszyści. Już go użyli. W Oslo.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...