|
Kiedy mieszkaniec jednej z dzielnic Londynu spytał zamaskowaną dziewczynę, która wynosiła właśnie wielką plazmę 3D ze zdemolowanego sklepu z elektronicznymi gadżetami, czemu to robi, odpowiedziała mu niespodziewanie wcale nie językiem „multikulturalizmu” (Posłuchaj Piotrze Semko, posłuchaj Bracie! – parafraza za tytułem filmu braci Cohen Bracie, gdzie jesteś?, Oskar za najlepszy scenariusz adaptowany z Odysei Homera) ani też nie lewicowym językiem roszczeń do społecznej sprawiedliwości, równości szans itp. Ona odpowiedziała najczystszym językiem Janusza Korwin-Mikkego: „Odbieramy państwu nasze podatki!”.
W ten sposób Pokolenie JK-M, zepchnięte z poziomu proletariatu i klasy średniej na poziom prekariatu i wyposażone w fałszywą neoliberalną świadomość własnej sytuacji na globalnym rynku, walczy z polityką i państwem, których powinno używać w swojej własnej obronie. I „odbiera swoje podatki” w skali globalnej. W Londynie kopiąc szybę sklepu AGD i wyciągając elektroniczne gadżety, w Polsce uciekając z ZUS-u na KRUS tak jak Rafał Ziemkiewicz, fałszywy rolnik z redakcji „Rzeczpospolitej” i moralizującego tygodnika „Uważam Rze”, zgodnie z wyznawanym przez siebie przekonaniem, że tylko frajerzy płacą państwu na ZUS, a przecież on-Ziemkiewicz frajerem nie jest (któż by Cię tam, Rafale, za frajera uważał, ty jesteś bez wątpienia niezgorszym cwaniakiem). W ten jednak sposób Ziemkiewicz staje się zaledwie chuliganem rabującym sklepy („czarnoskórym”? „multikulturalistycznym”?), a nie publicystą liberalnym, konserwatywnym, nawet prawicowym, jak lubi się nazywać on sam i jak lubią go nazywać jego wielbiciele z Pokolenia JK-M.
Innym przykładem swobodnej neoliberalnej chuliganerki intelektualnej są teksty i rozważania Tomasza Wróblewskiego. Jego zdaniem problemy z zadłużaniem państwa zaczęły się w USA od „neosocjalisty Obamy”, którego Wróblewski i jego czytelnicy nienawidzą, a nie od początku reaganomiki, którą Wróblewski i jego czytelnicy wyznają bez wahań, choć to właśnie trwające przez trzydzieści lat „odbieranie amerykańskiemu państwu swoich podatków” przez amerykańskie korporacje i klasy uprzywilejowane doprowadziło do kryzysu finansowego, który od kilku już lat (mniej więcej od połowy drugiej kadencji Busha juniora, którego obecności w amerykańskiej polityce Wróblewski w ogóle nie zauważył) pochłania globalne bogactwo narodów. Do szerokiego zbioru naszych („multikulturalistycznych?”, „czarnoskórych”?) chuliganów dochodzi jeszcze Jarosław Kaczyński.
U progu kampanii wyborczej bredzi on dość swobodnie o „płytkich i głębokich kieszeniach”, uważając, że w świecie, w którym nad polską prasą panują Ziemkiewicz i Wróblewski, zatem posiada ona pamięć i głębię refleksji akwaryjnej rybki (ponoć starcza tej pamięci zaledwie na jedno okrążenie niedużego akwarium), nikt nie zwróci uwagi na to, że właśnie Kaczyński po zdobyciu władzy odważnie zaproponował likwidację najwyższej stawki podatkowej od osób fizycznych, pogłębiając w ten sposób kieszenie głębokie, a spłycając – co najmniej relatywnie – płytkie.
Ja sam jestem regularnie nazywany „radykalnym lewicowcem”, który „przeszedł lewackie nawrócenie w KP”. Jestem tak nazywany przez naszych neoliberalnych chuliganów okradających język polskiej debaty publicznej z pojęć nieco bardziej skomplikowanych, podobnie jak nastolatki w dzielnicy Tottenham okradają sklepy AGD z iPadów. A przecież moim Che Guevarą, którego kocham miłością szczerą i czystą, tak samo dzisiaj, jak i w moim „pampersim” okresie, jest zaledwie Europejski Bank Centralny próbujący ostatnio poprzez wykup włoskich i hiszpańskich obligacji obniżyć koszty obsługi długu tych państw. Nawet mu się to udało, co natychmiast obniżyło zyski globalnych rekinów spekulujących na długu Hiszpanii i Włoch o miliardy euro, te same miliardy pozostawiając w budżetach obu państw. „Precz z europejskim socjalizmem, który okrada nas z zysków” – wołają teraz zgodnym chórem globalne rekiny i ich publicystyczni reprezentanci w polskiej prawicowej prasie, ku zachwytowi dokazujących w Internecie mas polskich gołodupców z Pokolenia JK-M (uważających się oczywiście za spekulacyjne globalne rekiny in potentia).
A jednak nawet populiści (z kolorowych dzielnic Londynu i redakcji niektórych polskich dzienników) mają swoje racje. Bo czemu „swoich podatków” nie ma państwu brytyjskiemu odbierać nastolatka z Jamajki, kiedy „swoje podatki”, na nieporównanie większą skalę, odbiera brytyjskiemu państwu miliarder sir Philip Green opodatkowujący się za pośrednictwem swojej byłej żony w Monaco, który jest za to przez „twardego”, „antymultikulturalistycznego” Camerona mianowany doradcą rządu ds. redukcji wydatków socjalnych brytyjskiego państwa. Tak jawne zerwanie przez rząd wszelkich zasad solidarności społecznej musi prowadzić do wybuchu społecznego gniewu.
Mają też swoją rację Ziemkiewicz z Wróblewskim, bo zachodnioeuropejskie „państwo dobrobytu” istotnie podnosiło niegdyś poziom redystrybucji wyjątkowo swobodnie, aż się ucho – czyli cierpliwość obywateli płacących podatki – urwało. Tymczasem jednak nowy globalny podział pracy (i zysków) przestał mieć cokolwiek do zaproponowania rosnącej podklasie wysokorozwiniętego i bogatego Zachodu, a nawet zachodniej klasie średniej, ale tego już nasze neoliberalne rybki akwaryjne zauważyć nie mogą, bo ich małe akwarium wydaje im się, wraz z każdym jego nowym okrążeniem i nowym otwarciem maleńkich rybich oczek, pochłaniane przez coraz bardziej ekspansywny „neosocjalizm”.
Populizm globalnego Pokolenia JK-M ma zatem swoje realne, społeczno-ekonomiczne przyczyny, tyle że on sam jest tylko „socjalizmem idiotów” (parafraza za Fryderykiem Engelsem, który socjalizmem idiotów nazwał antysemityzm). Jego diagnozy są tępe, jego recepty – powrót do rynkowego stanu natury – kompletnie samobójcze. Lewica (ale także niepopulistyczni liberałowie i konserwatyści) musi (muszą, musimy) tryumfującemu dziś „socjalizmowi idiotów” przeciwstawić coś więcej, niż tylko fascynację dla „uwolnionego przez populizm społecznego gniewu” (mnie osobiście „społeczny gniew” Rafała Ziemkiewicza, uwalniany przez niego czternaście razy na tydzień, nie fascynuje w ogóle).
Lewica, tak jak kiedyś, kiedy w ogóle na Zachodzie istniała, znów musi „socjalizmowi idiotów” przeciwstawić własną ekonomię polityczną. Lub choćby rozpocząć zbieranie faktów, strzępów niezafałszowanych diagnoz, które prace nad wszelką przyszłą ekonomią polityczną nowoczesnej (reformistycznej) lewicy mogłyby umożliwić. Z tego punktu widzenia zamieszczony parę miesięcy temu na portalu KP wywiad Jana Smoleńskiego z Piotrem Kuczyńskim, o tym, jak spekulacja na długu państw (np. na CDS-ach) niszczy bogactwo narodów jest racjonalną odpowiedzią na „socjalizm idiotów” seryjnie produkowany przez Ziemkiewicza i Wróblewskiego. Jest on też niestety bardziej dziś lewicy (a nawet mnie) potrzebny, niż kolejne trzydzieści cztery teksty o zaangażowanym radykalnym teatrze powstającym ostatnio na zamówienie „muzealników” w Muzeum Powstania Warszawskiego. Albo niż sześćdziesiąt osiem (liczby podaję dla celów numerologicznej analizy chrześcijańskiej, którą zapewne przeprowadzi na nich Tomasz Terlikowski we „Frondzie”) kolejnych tekstów i wpisów o autentycznych emocjach obrońców krzyża z Krakowskiego Przedmieścia.
Lewico, wiem doskonale, gdzie są Twoi świetni pisarze i doskonali krytycy teatralni. Wiem też, gdzie są Twoi ludzie o niedoścignionej wrażliwości na społeczne wykluczenie i gniew. Ale gdzie są Twoi ekonomiści, którzy codziennie przeciwstawialiby się skutecznie i kompetentnie „socjalizmowi idiotów” z Pokolenia JK-M? No i gdzie są Twoi politycy, bo chyba nie w SLD? Może za wyjątkiem Katarzyny Piekarskiej, która oddając własne pierwsze miejsce na liście w Warszawie Ryszardowi Kaliszowi – samcowi alfa związanemu w śmiertelnym „godnościowym” boju o miejsce na wyższej gałęzi z samcem alfa Grzegorzem Napieralskim – wykazała się nieznaną w Polsce polityczną odpowiedzialnością za losy własnej formacji. Potwierdzając tym samym pożytki z genderowego parytetu w polityce polskiej, o ile oczywiście ten parytet byłby realizowany, i o ile z 35 zostałby przesunięty na 75 procent.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...