> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Nasze małe Big Society |
|
|
Cezary Michalski
|
|
24.11.2010 |
Big Society Davida Camerona (czy to jakiś krewny Jamesa, tego reżysera pierwszego i drugiego Terminatora?) okazało się w praktyce kontynuacją odważnego projektu Margaret Thatcher, opartego na przekonaniu, że „nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo”, są tylko jednostki, które zakładają rodziny, a kiedy już się wyjątkowo uspołecznią, mają także sąsiadów. Cameron, „czerwony Torys”, „Torys wrażliwy społecznie”, robi to samo, co od dawna proponował równie jak on czerwony i wrażliwy społecznie Leszek Balcerowicz. Wycofuje się z wspierania przez państwo projektów i tak już wcześniej mocno podłamanej Labour, która powracając nieśmiało do władzy po kilkunastu latach thatcheryzmu, przynajmniej próbowała zapewnić Anglikom z różnych „warstw społecznych” i poziomów bogactwa, choćby w przybliżeniu wyrównane szanse edukacyjnego startu. W imię Big Society Cameron wycofuje się też z zasiłków mieszkaniowych pozwalających ludziom nieco biedniejszym nie gromadzić się dobrowolnie, wraz ze swoimi rodzinami i sąsiadami, w slumsach… A Big Society oznacza po prostu, że „samoorganizujące się społeczeństwo”, jego NGO-sy, jego charytatywne fundacje… „same wypełnią” kolejne miejsca po zniknięciu państwa. Kiedy prywatnie zapytałem Joannę Kluzik-Rostkowską, co sądzi o planie Camerona, powiedziała, że się jej podoba. W końcu jest to plan realizowany przez partię, z którą Michał Kamiński najpierw zbudował europejski sojusz „solidarnych” Kaczyńskich, a teraz zaczął budować europejski sojusz wrażliwej społecznie liderki stowarzyszenia „Polska Jest Najważniejsza”.
Złośliwości na temat Big Society Camerona i jego torysowskiej czerwieni to nie są moje autorskie złośliwości, ale złośliwości Johna Graya (zanim Ziemkiewicz z Wildsteinem, Legutko z Krasnodębskim i Sonik z Gowinem uznają go za lewaka, warto przypomnieć, że Gray to jednak stary dobry angielski liberał). Gray swoimi wątpliwościami co do faktycznej zawartości projektu Big Society Camerona (a, dopiero teraz mi się przypomniało, jego wuj James nakręcił jeszcze „Titanica”, no i oczywiście „Avatara”) dzieli się z polskimi czytelnikami na portalu Kultury Liberalnej. Tekst Graya jest najsensowniejszym głosem w dyskusji o Cameronie, bez porównania ciekawszej niż zamieszczona wcześniej na tym samym portalu dyskusja o polskiej lewicy z udziałem Bronisława Wildsteina. Merytoryczny sukces dyskusji KL (niech umacnia się i rozkwita współpraca KP i KL) o Cameronie, po wcześniejszej merytorycznej porażce, jaką była dyskusja o polskiej lewicy, wcale mnie nie zaskakuje. Wiem od dawna - a zgromadziłem tę wiedzę, kiedy współredagowałem wymyśloną przez Roberta Krasowskiego „Europę”, inteligencki dodatek do „Faktu” - że łatwiej jest dyskutować na temat Obamy, Camerona i Sarkozy’ego za pomocą tekstów zamówionych u Walzera, Graya czy Manenta… niż na temat Tuska, Kaczyńskiego i Kluzik-Rostkowskiej za pomocą tekstów zamówionych u Wildsteina, Ziemkiewicza czy Krasnodębskiego. Ci pierwsi politycy, podobnie jak ci drudzy, także są bohaterami procesu przemieniającego politykę w postpolitykę, ale w ich przypadku proces ten zachodzi jednak w krajach przyzwyczajonych do jako takiej dyskursywności, podczas kiedy w Polsce… (tu zamiast dalej zrzędzić, umieszczę jedynie przypis do słynnej tyrady Maklakiewicza porównującego w filmie Rejs kino polskie z kinem zachodnim, był to doskonały pastisz dyskursu „peryferyjnych elit padających ofiarą postkolonialnych kompleksów”. Tylko że ja - np. po doświadczeniu wielkiego przebudzenia polskiej polityczności w epoce PO-PiS-u - jestem właśnie taką „peryferyjną elitą przygniecioną postkolonialnym kompleksem” i filmoznawczy dyskurs Maklakiewicza z Rejsu mógłbym dzisiaj naśladować całkiem na poważnie). Graya szydzącego na portalu Kultury Liberalnej z Big Society Camerona i Widsteina zajmującego się wcześniej na tym samym portalu interpretowaniem Krytyki Politycznej, dzieli taka różnica, jaka dzieli South Park od Włatców Móch albo Johna Stuarta Milla od Kononowicza.
Gray szydzi z tego, że Torysi zdejmują ostatnie ograniczenia z globalnego rynku, pozwalają - jak niegdyś Margaret Thatcher - aby globalne pompy pracowały w Anglii bez żadnych ograniczeń przepompowując kapitał i pracę, a jednocześnie ci sami Torysi obiecują Anglikom, że zaprowadzą ich ponownie do utraconego raju małych samoorganizujących się wspólnot, „ujutnych” sąsiedzkich gromadek, tradycyjnych rodzin żyjących całkiem po Bożemu, no chyba że w jakiejś rodzinie trafi się konserwatywy gej, którego angielscy Torysi jednak tolerują. Gray zauważa np., że po likwidacji zasiłków mieszkaniowych, na które Blair i Brown pchali zupełnie spore pieniądze (jeszcze jeden przykład „dyskryminacji pozytywnej”, którą w krakowskiej rodzinie Soników uważa się za coś zbliżonego do bolszewizmu i rozkułaczania) proces gentryfikacji „lepszych dzielnic” Londynu potoczy się już błyskawicznie do końca, szeroką autostradą „samoorganizacji”, tak charakterystycznej dla cameronowskiego Big Society. Biedni trafią na południowe przedmieścia Londynu, do socjalnych gett, a luksusowe centrum miasta wypełni się śmietanką globalizacji. W Londynie właściwym będzie można już spotkać wyłącznie naftowych szejków, tekstylnych baronów i „nowych Rosjan”. Taki to będzie „neotradycjonalizm” i „powrót do korzeni”.
Prosta analiza Graya demaskuje w paru krokach wielką mistyfikację współczesnej neokonserwatywnej i neoliberalnej (widzicie, jak jest nowoczesna?) globalnej prawicy. Każącej wierzyć „skotłowanym” (cyt. za Janusz Szpotański) wyznawcom i wyborcom globalnej Tea Party, że po zniszczeniu państwa i polityki jako ostatnich sił równoważących oddziaływanie globalnego rynku, biedni herbaciani skotłowańcy będą wreszcie mogli żyć tradycjnie, konserwatywnie, naturalnie, wedle prostych wartości… krótko mówiąc, że będą mogli żyć tak, jak żyli ponoć ich przodkowie, zanim jeszcze „to wszystko” się zaczęło, „cała ta nowoczesność”. Oczywiście znam także polskich lewicowców żywiących podobne nadzieje, tyle że ich retrospektywna utopia lokuje się mniej więcej wiosną 1976 roku, zanim jeszcze podburzeni przez CIA robotnicy wyszli na ulice Radomia i Ursusa, w wyniku czego całą tę „ujutną” tradycjonalistyczną sielankę globalny szlag trafił. Ale wyborcy i wyznawcy globalnej Tea Party wcale nie są mniej naiwni od nostalgików środkowego Gierka, i trudno się dziwić, że utalentowany politycznie Jarosław Kaczyński też dostrzegł to strukturalne podobieństwo i odwołań do obu nostalgii używał skutecznie w swojej prezydenckiej kampanii.
Przy okazji neoliberalna i neokonserwatywna globalna prawica zwraca także globalnemu ludowi jego prawo do lęku, prawo do tego, żeby globalny lud mógł się publicznie bać. Oświeceniowcy, postępowi liberałowie, lewica… zabraniali ludowi się bać, wręcz zakazywali; bać się imigrantów, bać się estetycznych różnic, bać się gejów, bać się zbyt wyemancypowanych, zbyt ambitnych, zbyt „egoistycznych” kobiet… Ludzie wierzący w postęp mieli wręcz obsesję, żeby lud się nie bał i swoją obsesję realizowali, albo (niestety, nieco rzadziej) likwidując skutecznie źródła lęku, albo przynajmniej zakazując ludowi się bać. Prawica ludowi odpuściła i od razu zaczęła wszędzie wygrywać wybory. Globalny rynek wrzucił przecież miliardy jednostek do wielkiego kotła i miesza je tam coraz szybciej, wobec tego powodów do lęku jest zupełnie sporo. Zatem stojąca wiernie i biernie przy tym wielkim kotle prawicowa kucharka, obsługująca globalny rynek, likwidująca ostatnie próby jego politycznej regulacji, daje przynajmniej ludowi prawo do tego, żeby mógł publicznie wyrażać paniczny lęk przed dotykającymi go konsekwencjami działania tego wielkiego rynkowego wiru. W Ameryce globalne korporacje budujące globalny kapitalizm, który nawet ostatnie globalne supermocarstwo zdołał wydrążyć i rzucić na kolana, organizują i finansują Tea Party, której wyborcom i fanom dają pełne prawo do publicznego bania się - bania się wręcz panicznego i obłąkanego - społecznych i kulturowych konsekwencji globalnego kapitalizmu, który same tworzą i z którego czerpią niemałe zyski. Dają amerykańskiemu ludowi prawo do publicznego biadania nad konsekwencjami kapitalistycznej globalizacji, byle tylko za winowajcę globalnego kapitalizmu lud uznał Obamę i jego „bolszewizm”.
Także w Polsce PO i PiS ćwiczą się w odkrytej przez ich wielkich prekursorów z Anglii, Francji, Ameryki… sztuce zwracania ludowi jego prawa do lęku, aby dzięki głosom ludu uradowanego tym darem rządzić przez kolejne kadencje. Z pozoru Tusk powinien w tej konkurencji przegrywać, on bowiem wskazuje pojedyncze źródła zagrożenia w postaci „pedofilów” i „dopalaczy”, podczas gdy jego konkurent Jarosław Kaczyński przelicytowuje go obrazem ogólnej apokalipsy. Niemcy, Rosjanie, Bruksela, globalizacja, geje, złe kobiety, „dionizyjscy liberałowie”… - wszyscy zagrażają Polakom i Polsce w gustownej diagnozie Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli Tusk jednak wygrywa z naszym wielkim apokaliptykiem, to dlatego, że w przeciwieństwie do abstrakcyjnej apokalipsy Kaczyńskiego, storzony przez Tuska rytuał zarządzania lękiem jest po prostu kompletny. Wskazuje na konkretne źródło zagrożenia, pozwala ludowi przez chwilę panicznie się bać, po czym źródło zagrożenia na oczach ludu likwiduje, najlepiej za pomocą ustawy. Gdyby PO rytuał „pedofilów” i „dopalaczy” powtarzało powiedzmy co miesiąc (ale w Platformie nawet piarowcy się lenią) „ustaw lękowych” mielibyśmy już kilkadziesiąt, a nie tylko dwie. Byłyby to wówczas prawdopodobnie jedyne ustawy uchwalone przez Platformę Obywatelską w długiej epoce jej rządów, być może za wyjątkiem wymaganych przez Konstytucję kolejnych ustaw budżetowych. Ale nawet to nie jest pewne, bo tak jak Komorowski, jeszcze jako marszałek Sejmu, pytany, czemu Sejm nie pracuje, odpowiedział, że Polska nie potrzebuje ustaw, tak samo gdyby pewnego roku Platforma nie zdążyła uchwalić ustawy budżetowej w konstytucyjnym terminie, piarowcy Tuska zasypaliby nas argumentami, że ustawa budżetowa to etatystyczny przeżytek. Budżet państwa może bowiem powstawać na drodze outsorcingu i samoorganizacji.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...