|
Jak czytelnicy tych felietonów dawno już zauważyli, uważam „Gazetę Wyborczą” za najmniejsze zło, spośród tych wszystkich, które nas po katastrofie smoleńskiej spotkały. Uważam ją zatem za zło bez porównania mniejsze od posmoleńskiego PiS-u, posmoleńskiej „Rzeczpospolitej”, „Gazety Polskiej”, „Naszego Dziennika”, a nawet niektórych mediów bardziej liberalnych, w ich posmoleńskim stanie pobudzenia żałobno-rynkowego. Rozumiem też i doceniam rytuał związany z wykryciem i ujawnieniem na drodze dziennikarskiego śledztwa kolejnych tropów dotyczących tajnych więzień CIA w naszym kraju. Ja nie z tym polemizuję, bo to jest rytuał słuszny, w trakcie którego „media patrzą na ręce władzy”, a władza słusznie się korzy, jeśli media przyłapią ją na tym, że rąk nie domyła. Wkurzył mnie jednak pomysł, żeby zrzucić na Leszka Millera wszystko co złe w tamtej sprawie. Wszyscy wiemy (wiedzą to wszyscy, którzy w Polsce w ogóle wiedzą cokolwiek), że Aleksander Kwaśniewski był w okresie „Klewek” większym entuzjastą współpracy z Amerykanami niż Leszek Miller. Nominowani przy stosunkowo największym udziale Kwaśniewskiego „prezydenccy” ministrowie rządu Millera, a także ówczesny minister koordynator służb specjalnych (także pozostający w bardzo dobrych stosunkach z prezydentem), mieli do „Klewek” najbliżej, dzięki czemu prezydent mógł o „Klewkach” wiedzieć najwięcej.
Ale zaczynam się w ten sposób nakręcać nie po to, aby zaatakować Kwaśniewskiego, którego atakować też nie mam zamiaru. Ja bronię i Kwaśniewskiego, i bronię Millera. Bronię też Adama Michnika, który agendy prozachodniej bronił w tamtym czasie bardzo żarliwie i nieomalże bezwarunkowo. A bronię ich (nawet z ich błędem „bezwarunkowości” prozachodniej agendy), bo bronię także samej „agendy prozachodniej” jako jednego z kluczowych momentów polskiej „agendy transformacyjnej” po 1989 roku. Kiedyś polska „agenda transformacyjna” podobała mi się nieco mniej, szczerze to przyznaję, może nawet nie jej podstawowy kierunek, bo ten zawsze lubiłem, ale jej błędy i wypaczenia, jej stylistyczna agresja (wrażliwiec się znalazł, Brecht by się uśmiał). Podobała mi się nieco mniej do czasu, kiedy nie zobaczyłem w akcji jej jedynych tutaj politycznie skutecznych „wrogów”. Używam cudzysłowu, bo Jarosław Kaczyński też transformację robił, robił ją przy okrągłym stole, robił ją przy Wałęsie, przy Tuderku ją robił, robił ją przy Zycie Gilowskiej i dalej by robił, ale go Tusk z władzy ograł, więc kiedy teraz Kaczyński smoleńskiej trumny dosiada, to może nawet naprawdę czuje się w przepastnych głębinach swojego umysłu apokalitycznym jeźdźcem Anty-TINY (cyt. za Ghost Rider z fenomenalną rolą Nicolasa Cage’a tak depresyjnego, że już od dawna nie musi siebie w ogóle grać). W każdym razie Jarosław Kaczyński jest dziś w roli Nicolasa Cage’a z Ghost Ridera tak przekonujący, że mu miliony Polaków przez transformację poobtłukiwanych wierzą, jak jakiemu świętemu (zupełnie są przy tym bezbronni wobec stylistyki hollywoodzkich horrorów – patrz Mgła, mrożący krew w żyłach horror z 2007 roku na podstawie opowiadania Stephena Kinga pod samym tytułem, naśladowany dzisiaj bez wdzięku przez paru polskich dokumentalistów-amatorów). Zatem ja w odpowiedzi stałem się obrońcą cioci TINY wiernym, nawet jeśli nieco dialektycznym (chciałbym ciocię TINĘ obronić także przed jej własnymi napadami histerii, przed jej przemocą, chciwością, krótkowzrocznością… i tu mi niestety nijak nie wychodzi). Ale z tych właśnie pozycji chciałem zaapelować: nie przesadzajcie z rytuałem wleczenia Leszka Millera po ziemi za „Klewki”. Jak chcemy pierdolnąć w całą transformację – łącznie z jej kluczowym priorytetem jak najszybszego i jak najgłębszego wchodzenia w zachodnie struktury militarne, polityczne i gospodarcze (to on wydał nas w najtrudniejszym dla nas okresie przejściowym w ręce Amerykanów w tym samym czasie pogrążonych akurat w Bushowskiej gorączce) – to pierdolnijmy sobie wesoło i raźno. Pierdolnijmy sobie w całą transformację (choć moim zdaniem lepiej, żebyśmy tego nie robili, ja w każdym razie nie mam w sobie odwagi Lenina). Ale nie wyznaczajmy kozła ofiarnego w osobie Leszka Millera. Leszek Miller zawsze był facetem od prania brudów. Gdy anioły transformacji chciały mieć nowe SdRP jak spod igły, to Leszek Miller dla nich ruble w reklamówce nosił. Jak ciocia TINA chciała mieć dobre stosunki z CIA, żeby przy wpuszczaniu Polski do NATO nie bruździło, to Miller oczyszczenie Kuklińskiego z zarzutu zdrady załatwiał, choć nie pałał nadmiernym entuzjazmem dla pułkownika. Ale on, w przeciwieństwie do wielu aniołów polskiej transformacji, nigdy nie uchylał się przed brudną transformacyjną robotą.
Chcecie zatem dekomunizacji? To dekomunizujcie (zaznaczam, że ja już w dekomunizację nie wierzę, za dużo jej widziałem w polskim retorycznym realu, gdzie najgorszym komuchem okazywał się PRL-owski więzień polityczny Niesiołowski, a największym antykomunistą PRL-owski prokurator Wassermann, jak Ghost Rider tak zdecydował), ale nie myjcie swoich średnio czystych rączek wybuchami słusznego gniewu pod adresem Leszka Millera. Chcecie prawdy o dręczeniu Talibów w „Klewkach”, to szukajcie jej całej, przeciw wszystkim, także przeciw sobie, przeciw własnemu proamerykańskiemu entuzjazmowi z tamtych czasów („ach, my nic nie wiedzieliśmy”, jak powiedział pewien Niemiec do pewnego Niemca w 1946). Ja nie proponuję żadnego kultu „żelaznego kanclerza”, nawet jeśli istotnie chciałbym mieć kogoś choćby w połowie tak twardego, a przy okazji choćby w połowie tak zdrowego psychicznie wśród liderów mojego „postsolidarnościowego” obozu. Ale że nie miałem, stąd też ta odrobina zazdrości wobec „postkomuchów”, że mieli Millera. Ale tu się moja miłość do Millera kończy. Miał brudne ręce, nie mniej i nie bardziej niż Balcerowicz, Kwaśniewski, Michnik, Urban… wymieniam jedynie ciekawe, podmiotowe typy naszej transformacji, więc nie ma na tej liście np. Borowskiego.
W dodatku jeśli umyjemy swoje brudne albo JESZCZE nie pobrudzone rączki Leszkiem Millerem, to nadal niczego nie będziemy rozumieć: ani z transformacji, ani z władzy nad Polakami, ani z losów lewicy w Polsce, ani nawet z losów lewicy w Europie Zachodniej. Jeśli Zeitgeist po upadku Muru (rynek, Ameryka, trzecia droga, ciocia TINA) „dopasował” do siebie kogoś takiego jak Miller, to o ile łatwiej przychodziło mu „dopasowywać” wszystkie inne, najbardziej nawet święte postacie światowej i polskiej lewicy czy centrolewu (a co by było, gdyby Stanisław Brzozowski po okrągłym stole zaczął transformacji bronić, choć on robiłby to mam nadzieję bardziej dialektycznie od Balcerowicza, pozostałby może socjaldemokratą, tak jak nim Jacek Kuroń pozostał – no bo chyba pozostał)? Nie wykończacie Kwaśniewskiego za Talibów w „Klewkach”? Słusznie, są po temu pewne racje. Ale w takim razie nie wykończajcie Millera. Widzicie zalety obecności Michnika w procesie polskiej transformacji? Słusznie, ale w takim razie doceńcie również wkład w polską transformację Millera. Czyszczenie sumień za pomocą szczoteczki do zębów zawsze mnie wkurwiało. Ja używałem do tego celu tarki kuchennej, co czasami rzucało mnie od ściany do ściany, a w końcu z tego właśnie powodu sam postanowiłem zostać paradygmatycznym grzesznikiem, który – jak mu jest w Nottingham czasami za dobrze – biczuje się braćmi Karnowskimi i Horubałą (takie katolickie sado-maso à la Oscar Wilde z okresu Ballady o więzieniu w Reading). Ale jak już sam siebie biczuję, to także was przy tej okazji leciutko sznurowadełkiem wysmagam. Zatem odłóżcie szczoteczkę do zębów z logiem „Leszek Miller” i zacznijcie jakieś poważne szorowanie swego brudnego transformacyjnego sumienia, w którym muszą gdzieś tkwić i Wrzodak z „ciemnogrodem” z Ursusa, i Talibowie podtapiani w „Klewkach”, a nawet Lepper coś o tych „Talibach w Klewkach” nieprzytomnie i nieprecyzyjnie bredzący, z którego wszyscy szlachetni panowie wtedy rechotali, aż im się brzuchy trzęsły.
Prawdziwa sprawiedliwość rozwali wam mózgi (mi też by rozwaliła), więc nie egzaltujcie się przynajmniej przerażającymi zbrodniami Leszka Millera. Oczywiście jeszcze raz powiem, bo więcej nie będę powtarzał (cyt. za przywódczynią francuskiego ruchu oporu z serialu ‘Allo, ‘Allo), że „Gazeta Wyborcza” zachowała się tak, jak powinna, odprawiając rytuał „mediów, które rządzącym patrzą na ręce”. A Leszek Miller popełnił może jeden jedyny błąd w całej tej sprawie, podnosząc nadmiernie głos na Gazetę („pożyteczni idioci!”). Lekkie ukorzenie się byłego premiera przed dociekliwym medium to bowiem rytuał ważny, wręcz fundamentalny, jeden z tych, na których trzyma się nasz świat, jak na delfinach i żółwiach. Ja funkcję rytuału rozumiem, jednak moja akceptacja dla niego kończy się tam, gdzie rytuał domaga się ofiar z ludzi. No bo wtedy powstaje pytanie, dlaczego akurat z tych, a nie z tamtych?
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...