|
Ponieważ Paweł Lisicki następnego dnia po tym, jak go sprzedano (swoją drogą współczesny kapitalizm coraz bardziej przypomina rzymski targ niewolników), opublikował miażdżący tekst Wiktora Świetlika na temat grzechów posmoleńskiej prawicy, czuję się od tej pory zwolniony z obowiązku polemizowania z moimi dawnymi kolegami z „Rzepy”, teraz będzie to za mnie o wiele bardziej gustownie robił Paweł Lisicki. Nie będę też otwierał szampana, jak to robił Lisicki, kiedy na targu niewolników wystawiano jego konkurentów. Przejdźmy zatem do innych tematów. Kiedy Kaligula wprowadził swojego konia do senatu, wszyscy sądzili, że zwariował, tymczasem on budował senat rzymski równie racjonalnie, jak Kaczyński buduje swoją partię, a Tusk swoją partię i rząd. Jedyna wartość Rostowskiego z punktu widzenia Tuska to to, że wychował się na placówkach dyplomatycznych, należał do partii Torysów i ma na imię Vincent… Krótko mówiąc, jest dziwakiem, a dziwak nie zbuduje w polskiej partii swojej frakcji, swojej „spółdzielni”, tak jak Schetyna czy Grabarczyk – ludzie do bólu normalni. Każda spółdzielnia to władza, a każda władza w PO nie będąca osobistą władzą Tuska, to władza Tuskowi odebrana. Zatem rząd i partia zbudowane wyłącznie z Rostowskiego, Sikorskiego, Arłukowicza, Kluzik-Rostkowskiej byłyby z punktu widzenia Tuska tak samo racjonalne, jak dla Kaliguli rzymski senat złożony wyłącznie z jego własnych koni (pomarzyć zawsze można). Konie nie zbudują „spółdzielni”, nie stworzą efektywnej frakcji, z którą Kaligula czy Tusk musieliby się podzielić swoją suwerenną władzą. To logiczne, racjonalne, szczególnie w kraju bez kapitału społecznego, bez zdolności do kooperacji, gdzie każdy uważa się za Brutusa, a akweduktów nikt nie buduje.
Kiedy jednak koń wprowadzony do senatu przemówi, robi się przykro. Rostowski przemówił na temat związków partnerskich, że ich być nie powinno, że są abominacją, przemówił na temat in vitro, że nie uchodzi, bo zapłodnienie powinno się odbywać w kobiecie, a nigdy na zewnątrz… i tym podobne mądrości. Rostowski, który ma poglądy zbyt reakcyjne, żeby być dzisiaj Torysem w Anglii (nawet Camerona by zemdliło, gdyby sobie Vincenta posłuchał), w Polsce może zostać ministrem centrowego rządu. Może, ponieważ w Polsce centrum jest przesunięte bardzo daleko na prawo, i może, ponieważ nie reprezentuje żadnego niebezpieczeństwa dla Tuska, żadnego potencjału podmiotowości, żadnych umiejętności budowania własnej frakcji w PO. To jest racjonalne, ja to doskonale rozumiem, ale niech Rostowski przynamniej nie mówi, niech nie otwiera swojej skądinąd sympatycznej paszczy. Bo jest dla Tuska tylko koniem wprowadzonym do senatu, żeby zająć tam miejsce jakiegoś kolejnego potencjalnie niebezpiecznego senatora. Skoro zatem mamy system cesarski – na peryferiach, gdzie w dodatku „republikanie” kompletnie zdziczeli, system niepozbawiony zresztą pewnej racjonalności – niech konie siedzą przynajmniej w senacie po cichu. Bo tylko wtedy może uwierzymy, że je Kaligula ze swoich niezmierzonych stadnin wybrał z racji ich niebywałej jak na koński gatunek inteligencji i „promodernizacyjnych” (jak na koński gatunek) skłonności.
Choć oczywiście nawet mnie (skrajnego „sloterdijkowskiego” oświeceniowego mizantropa, którego niewiele już zasmucić potrafi) kompletnie dobił wynik głosowania klubu Platformy nad „społecznym” projektem zmuszenia polskich kobiet już nie tylko do „kompromisu aborcyjnego” z lat 90., ale do ukorzenia się przed Gowinem, Rydzykiem, Jurkiem, przedwyborczym Kaczyńskim, żądającymi od nich rodzenia, kiedy zostały zgwałcone, kiedy ciąża zagraża ich życiu, kiedy płód nie ma szansy przeżyć. Łatwość kontrolowania życia innych przez ludzi, którzy własnym życiem czasami zarządzają dziwnie, jest w Polsce niezwykła. I nie jest zaskoczeniem, że to poczucie łatwości bawienia się życiem innych ludzi ogarnęło teraz także większość parlamentarzystów PO. Ale znowu, Piotr Pacewicz optymistycznie ogłasza, że po zebraniu pod patronatem „Gazety Wyborczej” 23 tysięcy podpisów „Sejm będzie się musiał zająć obywatelskim projektem ustawy o związkach partnerskich” (ja nie z optymizmu Pacewicza się śmieję, z siebie śmieję się przede wszystkim, z mojej własnej kompletnej w dzisiejszej Polsce bezsilności „konserwatywnego modernisty”). Nic nie będzie Sejm musiał, skoro Rydzyk i Jurek z umiarkowaną pomocą przedwyborczego PiS-u bez trudu zbierają 450 tysięcy podpisów pod projektem uczynienia polskich kobiet polityczną zabawką nudzących się w domkach pod miastem prawicowych chłopców. Dopóki proporcje w Polsce nie będą odwrotne – pod projektem ostrożnej skądinąd ustawy o związkach partnerskich 450 tysięcy podpisów, a pod skrajnie już zamordystycznym projektem ustawy antyaborcyjnej 23 tysiące – dopóty Tusk będzie sobie do senatu dobierał konie takie jak Rostowski. A przesprytna przedwyborcza Platforma będzie potem w większości głosowała jak konie.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...