|
Z całej wizyty Obamy w Polsce najważniejsze było to, co zdarzyło się, zanim prezydent USA do Polski przyleciał. Zanim ziemię ucałował i z Komorowskim się przywitał. Zanim nie rozczarował Jarosława Kaczyńskiego i całej „Rzepowej” prawicy, jasno dając do zrozumienia, że nie wyśle Komanda Foki do Smoleńska, aby odbić wrak. Gwoli pocieszenia, „New York Times” na swoim portalu uznał przy tej okazji Smoleńsk za polskie miasto, stwarzając pewne nadzieje, że możemy liczyć na symboliczne przynajmniej poparcie zza oceanu dla Polski w jagiellońskich granicach. Ale zanim to wszystko na Krakowskim Przedmieściu i w jego okolicach się wydarzyło, po drodze, w Deauville, Obama zaszczycił swoją obecnością spotkanie grupy G-8, na którym prezydent Rosji Dimitrij Miedwiediew powiedział, że „najlepsze, co Kaddafi może zrobić dla swego kraju, to ustąpić”, bo „świat nie uznaje go już za libijskiego przywódcę”. A więc zamiast wojny narodów (tak wypatrywanej przez Bronisława Wildsteina i wszystkich prawdziwych patriotów, którzy nie załapali się na I wojnę światową, bo odwiedzali akurat z Bronisławem Malinowskim Wyspy Trobriandzkie) mamy jednak globalny koncert mocarstw, w którym na razie zarówno Waszyngton, jak też Moskwa (nie mówiąc już o Paryżu, Berlinie, Londynie, Brukseli…) przemoc wojny w dalszym ciągu chcą zastępować przemocą retoryki, przemysłu i handlu. Kapitalistyczna sublimacja przemocy wielu się nie podoba, choć akurat we mnie, jak wiedzą czytelnicy tych felietonów, budzi uczucia przynajmniej mieszane. Choćby z uwagi na to, co się zwykle z ludźmi w Polsce dzieje, kiedy sublimacja przemocy choćby na chwilę ustaje. Są wtedy rozstrzeliwani prewencyjnie, kierowani do obozów przejściowych i obozów pracy… Z Bremy to się może wydawać inteligentowi zabawne i fascynujące, u nas w Palmirach jednak to żadnego inteligenta nie bawi.
Wojna w Libii to oczywiście jedna z tych wojen „ostatnich” i „małych”, które mają epokę wojen dużych ostatecznie zakończyć. Londyn i Paryż zmieniły ją nieco w wojnę kolonialną, bo Cameron i Sarko tacy po prostu już są. Jednak trzeba przyznać, że dzięki ich staromodnej nostalgii za kolonialnymi kepi i białymi garniturami urzędników Kompanii Wschodnioindyjskiej (cyt. za teledyskiem do Golden Brown Stranglersów) mamy nad Trypolisem myśliwce bombardujące i rakiety średniego zasięgu, a lada dzień zobaczymy także śmigłowce bojowe. Podczas kiedy reszta Unii uparcie chciałaby poprzestać na sympatycznym dodawaniu otuchy i instalacjach w rodzaju „Pustego krzesła” w hołdzie dla chińskiego dysydenta, który nie mógł odebrać nagrody Nobla, bo siedział w obozie. „Puste krzesło” Maartena Baasa to faktycznie artystyczne cacko, tyle że na rządzących w Pekinie nie robi żadnego wrażenia. Na Kaddafim i jego ludziach ustawiona w Brukseli instalacja „Szubienice w Benghazi” też by wrażenia nie zrobiła żadnego, podczas gdy myśliwce bombardujące wrażenie robią z dnia na dzień coraz większe. Znowu stajemy przed smutną alternatywą: albo prawa człowieka wspomagane przez bomby, albo gadanina i obserwowanie, jak ten czy ów światowy przywódca morduje swoich obywateli i wsadza ich do więzień.
To nie Zachód zresztą wojnę w Libii zaczął, od dawna szedł Kaddafiemu na rękę, a tym razem wszedł do gry prawie za późno, kiedy w Libii zdążyło wybuchnąć ludowe powstanie, a potem zostało nieomalże całkowicie stłumione (ze wszystkimi tego stłumienia możliwymi konsekwencjami). W wyniku tego nieudanego ludowego powstania, a następnie ograniczonej interwencji o charakterze kolonialno-humanitarnym, Libia rozpadła się na terytoria plemienne, przez ostatnie czterdzieści lat spajane popadającym powoli w dekadencję autorytarnym „socjalizmem arabskim”. Wersja dla Zachodu (czyli od 1989 roku także dla nas) najbardziej optymistyczna wygląda tak: kiedy oprócz myśliwców bombardujących i rakiet dalekiego zasięgu nad Trypolisem pojawią się także francuskie i brytyjskie śmigłowce bojowe, rozsądniejsi przedstawiciele plemienia Kaddafiego nakłonią swego byłego charyzmatycznego lidera do ustąpienia, zgodzą się uczestniczyć we wspólnym rządzie wraz z przedstawicielami plemion zamieszkujących okolice Benghazi. Temu wszystkiemu będzie patronował Zachód, w zamian za co sklejone ponownie państwo libijskie znów zagwarantuje mu dostawy ropy i gazu, a Zachód doprowadzi do czegoś w rodzaju wyborów powszechnych (Wałęsa i Borusewicz pojawią się w Trypolisie na zupełnie ostatnim etapie tego procesu i będzie to obecność całkowicie już symboliczna).
Przepraszam za nieco paternalistyczny ton tej analizy, ale tak samo zbawienną rolę odegrał kiedyś Zachód w Polsce, Czechach, na Węgrzech, w Rumunii…, bo w przeciwieństwie do obowiązującego u nas mitu nie było tak, że to opozycja demokratyczna wraz z demokratycznymi generałami „wynaleźli koło” (nawiązuję tutaj do jak zwykle niezłego felietonu Michała Sutowskiego, z którym jak zwykle nie w stu procentach się zgadzam). W Polsce „wynalezienie koła” (czyli powstanie mniej lub bardziej „autentycznej”, ale jednak… przynajmniej proceduralnej demokracji) to konsekwencja wycofania się Rosji i przejęcia nad całym regionem patronatu (nie tylko politycznego, ale także społeczno-ekonomicznego) przez liberalną demokrację w wersji amerykańsko-brukselskiej.
Kiedy przez całe lata 80. „wynajdywaniem w Polsce koła” (czyli demokracji), zajmowało się plemię komunistyczne (Trypolis) i plemię solidarnościowe (podziemie w Benghazi), żadnego „jednego państwa” tutaj nie było. Ludzie siedzieli w więzieniach, paru nawet zginęło, dzieci wychodziły na rocznicowe pałowania, a co bardziej rozwydrzeni wrogowie państwa byli łamani i przerabiani na TW (ok. 100 000 ludzi zaszantażowanych do podpisania deklaracji współpracy, od początku stanu wojennego do 1989 roku, dla mnie to także są ofiary lat 80., bardziej tragiczne niż Bronisław Wildstein męczony przez tubylców na Wyspach Trobriandzkich, zmuszany np. do udziału w obowiązujących tam – patrz Bronisław Malinowski Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji – skomplikowanych seksualnych „rytuałach przejścia”). Kiedy do gry w 1989 roku wkracza geopolityka, czyli Rosja się cofa, a Zachód nadchodzi, „koło” udaje się w Polsce (Czechach, NRD, Rumunii, Bułgarii, na Węgrzech…) wynaleźć w ciągu kilkunastu miesięcy, i to praktycznie bez ofiar (tylko Causescu z żoną giną „pod kołami”).
Teraz Rosja daje zgodę Zachodowi na ostateczne uporządkowanie sytuacji w Libii. W zamian za to Obama powtarza w Warszawie, że Ameryka będzie współpracować z Rosją w programie obrony przeciwrakietowej, a „reset” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich powinien mieć pozytywny wpływ na stosunki w całym naszym regionie. Zatem wojny narodów w najbliższych tygodniach nie będzie. I wypadało by się w świecie bez wojny narodów jakoś odnaleźć, skorzystać z dostarczanych nam przez ten świat sposobności. Spora część polskich polityków wydaje się to rozumieć i tylko Jarosław Kaczyński nadal obiecuje, że „jak obejmiemy władzę, to poprosimy Amerykanów o pomoc”. W taki właśnie sposób Sarmata od mniej więcej trzystu lat wyobraża sobie „absolutną suwerenność państwa narodowego”. Tak było już za Sejmu Czteroletniego, kiedy jedni Sarmaci chodzili po prośbie do ambasady rosyjskiej, inni do pruskiej, jeszcze inni do austriackiej, ale wszyscy oczywiście siebie uważali za patriotów, a pozostałych za zdrajców. Nawet do tych ambasad nie umieli chodzić w sposób dla kraju pożyteczny, ale chodzili tam przeciwko sobie nawzajem, jak chłopcy z Trypolisu i chłopcy z Benghazi. Tak zostało do dzisiaj. Tylko żeby Kaczyński mógł po „objęciu władzy” skutecznie „poprosić Amerykanów o pomoc”, musiałby „objąć władzę” nie tylko w Warszawie, ale i w Waszyngtonie (co chyba jednak przerasta jego możliwości, nawet w oczach Joanny Lichockiej). Jeśli bowiem i w Waszyngtonie Kaczyński władzy nie „obejmie”, to praktycznie każdy inny poza nim rządzący Ameryką prezydent, obojętnie, czy demokratyczny, czy republikański, nie wyśle Komanda Foki po wrak do Smoleńska, choćby nawet na portalu NYT w dalszym ciągu utrzymywano, że to polskie miasto.
P.S. Polemiczny hurt bez zbędnych detali. Dowiedziałem się właśnie od anonimowego sympatyka, a może antypatyka (któż to może wiedzieć?), że u Pawła Lisickiego i Michała Karnowskiego, w ich „Uważam Rze”, jakiś podpisany jedynie inicjałem anonimowy pamfleciarz informuje czytelników, że „nastąpiło cudowne nawrócenie Cezarego Michalskiego z radykalnej prawicy na radykalną lewicę”. Sprawa jest poważna i bynajmniej nie dotyczy mnie, ale redaktorów, a co gorsze czytelników „Uważam Rze”. Jeśli bowiem moje poglądy uważają oni za „radykalnie lewicowe”, istnieje poważne niebezpieczeństwo, że generał Franco to dla nich socjademokrata (blairysta), a Katarzyna Medycejska to przesadnie miękka zwolenniczka ekumenicznego dialogu. Biorąc pod uwagę znaczny zasięg mediów Lisickiego i Karnowskiego, takie swobodne igranie pojęciami może doprowadzić do niezłego w polskich umysłach zamętu. Doniesiono mi także, że Ziemkiewicz uczynił mnie bohaterem swojej najnowszej powieści Zgred. Całe szczęście drugoplanowym, bo rolę pierwszoplanową zarezerwował w tej powieści dla siebie, przez co sobie robi jednak bez porównania większą krzywdę niż mnie.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...