> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Kod kulturowy Borata |
|
|
Cezary Michalski
|
|
21.03.2011 |
Posmoleńska prawica „odwinęła się” wreszcie „Gazecie Wyborczej”, a zrobiła to w taki sposób, że wypada bronić przed nią „Wyborczej”. „GW” bywała czasami stosunkowo silna w Polsce przedsmoleńskiej, szczególnie na tle bardzo jeszcze wówczas zdezorganizowanych prawicowych środowisk politycznych i metapolitycznych. Czasami z owej względnej siły „Wyborcza” korzystała mądrzej, a czasami głupiej. W posmoleńskiej Polsce „Gazeta Wyborcza” jest jednak zaskakująco słaba, stąd popularność dokopywania jej jako „wszechmocnej instytucji” (kiedy zdecydowanie nie jest wszechmocna), bo Sarmaci są dość naturalistycznie ustawieni przez los. Silnych się boją, ale na słabnących chętnie się rzucają. Najlepiej kupą.
Ostatnimi czasy szczególną popularność zyskały sobie dwie odmiany krytyki „Gazety Wyborczej”, obie kulą w płot. Intelektualne podstawy pierwszej z tych „krytyk” Jarosław Marek Rymkiewicz przedstawił w „Gazecie Polskiej”. Jego zdaniem „Gazetę Wyborczą” tworzą „duchowi spadkobiercy KPP”, którzy „muszą żyć w nienawiści do polskiego krzyża”, a także „chcą, by Polacy wreszcie przestali być Polakami”. Adam Michnik, który czasami nadużywał sądowego pozwu jako narzędzia dziennikarskiej polemiki, tym razem także wystąpił do sądu przeciwko Rymkiewiczowi, ale akurat tym razem ma rację. Rymkiewicz nie napisał dwuznacznego wiersza ani nawet kolejnego manierycznego eseju literackiego zachęcającego Polaków do masakry, najlepiej na sobie samych. Tym razem w formie regularnego wystąpienia publicznego na łamach wysokonakładowej od czasu katastrofy smoleńskiej „Gazety Polskiej”, wystąpienia, do którego stosują się kryteria prawdy i fałszu, powiedział jako osoba publiczna nieprawdę po to, aby zniszczyć wizerunek innej osoby publicznej. Wszystkie kryteria pozwu sądowego są zatem wypełnione, można nawet powiedzieć, że z właściwym dla Rymkiewicza nadmiarem.
Otóż Jarosław Marek Rymkiewicz powiedział nieprawdę stwierdzając, że twórcy „Gazety Wyborczej” są duchowymi spadkobiercami KPP, bo nie są. Jako młodzi ludzie zbuntowali się przeciwko systemowi komunistycznemu. Najpierw zbuntowali się przeciwko praktyce tego systemu, wierząc jeszcze w jego teorię, potem zbuntowali się także przeciwko jego teorii. Ponieśli konsekwencje swego buntu. Jest także nieprawdą kolejne twierdzenie Rymkiewicza, że twórcy „Gazety Wyborczej” zbiorowo, czy też Adam Michnik indywidualnie, „chcą, aby Polacy przestali być Polakami”. Oni z całą pewnością chcą nieco innej polskości niż Rymkiewicz, ten z kolei chce nieco innej niż Jarosław Gowin, ten znów chce nieco innej niż Jarosław Kaczyński, ten nieco innej niż Donald Tusk, który z kolei chce polskości nieco innej niż o. Tadeusz Rydzyk itd. Jednak argumenty, że nasz przeciwnik w wojnie o kształt polskości jest „antypolski”, jest „polskości wrogiem”, „zdrajcą”, „zaprzańcem”…, są po prostu nieprawdziwe. Nie jest wreszcie prawdą twierdzenie, że ludzie „Gazety Wyborczej” „boją się polskiego krzyża”. Mają inną wizję krzyża, polskiej religijności, polskiego katolicyzmu, roli Kościoła w Polsce niż Jarosław Marek Rymkiewicz, często poważniejszą, bo dla Rymkiewicza „polski krzyż” nie jest w ogóle symbolem religijnym, a tylko narzędziem politycznej i ideologicznej mobilizacji, czego zresztą nawet nie ukrywa. Tymczasem Jan Turnau przez lata prowadzący w „Gazecie Wyborczej” rubrykę Arka Noego, pisząca tam m.in. o Janie Pawle II (czasami nawet na kolanach) Katarzyna Kolenda-Zalewska w przeciwieństwie do Rymkiewicza traktują jednak krzyż jako symbol religijny, nawet jeśli będą mieli inne wyobrażenie sensu tego symbolu niż Jarosław Gowin, który będzie miał nieco inne wyobrażenie niż Grzegorz Górny, ten z kolei nieco inne niż o. Tadeusz Rydzyk, ten nieco inne niż Jarosław Kaczyński, który zresztą instrumentalizuje „polski krzyż” w sposób najbardziej zbliżony do Jarosława Marka Rymkiewicza.
Spróbujmy się nauczyć, że jeśli ktoś ma inną wizję polskości niż my, nie jest od razu wrogiem polskości, zaprzańcem i zdrajcą. Jeśli ma inną wizję krzyża w życiu publicznym, nie od razu „krzyża się boi”, a jeśli różni się od nas w politycznych i ideowych wyborach, nie jest z automatu „duchowym spadkobiercą KPP”. W Polsce taka edukacja jest chyba konieczna, bo jeden z segmentów polskiej opinii publicznej, coraz bardziej liczny, określenia takie jak „zdrajca”, „narodowy zaprzaniec”, „sługus Niemiec i Rosji”, „agent sowiecki”, „pachołek brukselskiego bolzewizmu”, „Bolek do Moskwy” itp. uczynił zupełnie dla niego przezroczystymi „argumentami politycznymi”, do których „jest w prawie” odwołać się przy każdej okazji, kiedy z kimś politycznie lub ideowo się po prostu nie zgadza. Otóż nie jest w prawie. Ta sarmacka praktyka jest dla polskiej wspólnoty politycznej zabójcza, w ogóle nie pozwala jej się ukonstytuować i powinna być powstrzymana.
Inne „teoretyczne stanowisko” w sporze z „Gazetą Wyborczą” zaprezentował Krzysztof Kłopotowski, znany krytyk filmowy, w którym długa i nie do końca udana emigracja wzmocniła jedynie syndrom peryferyjnego resentymentu wobec „centrum” i wobec „tych, którym się powiodło lepiej od Polaków, bo są lepiej od nas zorganizowani”. Dla Kłopotowskiego „tymi, którym się wiodło lepiej od Polaków”, są Żydzi, i to w całej ich historii. Jest to stanowisko dość zdumiewające, jeśli weźmiemy pod uwagę Holocaust, wiele pomniejszych pogromów i wypędzeń, a także to, że Żydzi utracili własne pańswo na ponad 2000 lat, co sprawia, że przy nich nawet Polacy (200 lat bez państwa) wyglądają na wyjątkowych szczęściarzy.
W swoim kultowym już dla prawicy wpisie na Salonie24 Kłopotowski informuje, że „Gazeta Wyborcza” realizuje „ewolucyjną strategię judaizmu”. Z właściwą mu intelektualną bezpretensjonalnością odkrywa także przed polskim czytelnikiem „kod kulturowy judaizmu”, różniący się od „kodu kulturowego” innych narodów, w tym Polaków, pozostający też w napięciu z „kodem kulturowym” Zachodu. Definiując nad wyraz precyzyjnie ów „kod kulturowy judaizmu”, Kłopotowski powtarza wszystkie „pewniki” znane już z Protokołów mędrców Syjonu, a mianowicie takie, że Żydzi krytykują inne tradycje, żeby je osłabić i zniszczyć, a własnej nigdy nie krytykują, że demontują inne państwa i narodowe tożsamości, aby sami jako bezpaństwowcy własną tożsamość ochronić. Rozkładają chrześcijaństwo i inne systemy etyczne, bo sami „mają głębiej wpojoną spoistość grupową i wartości rodzinne”. Kłopotowski zapewnia też swoich czytelników, że podstawowym elementem „kulturowego kodu judaizmu” są marksizm, psychoanaliza i frankfurcka filozofia krytyczna. W dodatku opisując Żydów jako naród sprytny i obdarzony podwójną moralnością, doradza Polakom, aby ten naród naśladowali, bo to jest skuteczne.
Gdyby Kłopotowski przeczytał Nietzschego (ze zrozumieniem) albo Maksa Schelera (w ogóle), być może powstrzymałby się przed aż tak jawnym wyrażaniem swojego resentymentu wobec Żydów. Kompletna nieświadmość okazuje się jednak jego podstawowym atutem w oczach prawicowej publiki, równie nieświadomej jak on. Nawet nie chce się pytać Kłopotowskiego, czy „kod kulturowy judaizmu” realizował „Żyd Spinoza” domagający się uniwersalnej religii etycznej, czy może realizowali go ekskomunikujący Spionozę amsterdamscy rabini? I dlaczego „Żyd Marks” nienawidził wielu cech uznawanych przez niego samego za „żydowskie”, do granic antysemityzmu? Albo czemu „Żyd Keret” szydzi w swoich książkach ze zrytualizowanej i zinstrumentalizowanej pamięci Holocaustu, szczególnie kiedy jest ona wykorzystywana jako uzasadnienie przemocy wobec Palestyńczyków, a izraelska prawica śmiertelnie się z tego powodu na Kereta obraża? A dlaczego „Żyd Finkelstein” pisał o „przemyśle Holocaustu” ku oburzeniu wielu innych Żydów uważających Holocaust za kluczowy moment w historii swego narodu? Która ze stron tych wewnątrzżydowskich sporów realizowała „kod kulturowy judaizmu”? A jeśli wszystkie, to w jak sprytny sposób?
Pisząc o Nieznalskiej, polskiej artystce prowokującej polskich wyznawców krzyża, Kłopotowski pyta, czemu nie prowokuje ona Żydów, „umieszczając fallusa na głowie Mojżesza”? Nie jestem entuzjastą nowej sztuki krytycznej, także jako formy polityczności, która jest mi trochę obca. Ale nawet ja potrafię zauważyć, że Polska jest krajem zamieszkiwanym w przytłaczającej większości przez katolików i Polaków. Nowa sztuka krytyczna w każdym kraju, nie tylko w Polsce, stara się kontestować i prowokować większość, bo nie bez racji uważa, że większość ma władzę, czasami władzę, której w ogóle sobie nie uświadamia. Władza w Polsce, wbrew temu, co mogą myśleć Rymkiewicz, Kłopotowski i coraz większe grono ich fanów, nie należy do Żydów, władza w Polsce należy do Polaków i katolików - oni („my”) - są („jesteśmy”) - w tym kraju większością, więc to raczej logiczne, że jeśli komuś z nas przychodzi ochota kontestowania, krytykowania, prowokowania większości, to kontestujemy, krytykujemy, prowokujemy Polaków, a nie Żydów, wyznawców katolicyzmu, a nie judaizmu, bo niby dlaczego mielibyśmy postępować odwrotnie. Podobnie robią Żydzi: w głównej państwowej galerii w Tel Awiwie można oglądać dzieła żydowskiej sztuki krytycznej skierowane przeciwko judaizmowi i syjonizmowi w ich najbardziej bezrefleksyjnych i fundamentalistycznych odmianach, co „kod kulturowy judaizmu”, tak jak go widzi Krzysztof Kłopotowski, powinien całkowicie wykluczać, gdyż zgodnie z jego teorią żydowscy artyści powinni tam szydzić z polskiego papieża.
Woody Allen w Przejrzeć Harry’ego szydzi z nowo nawróconego żydowskiego fundamentalisty religijnego, a nie z Polaka-katolika, bo Polak-katolik w jego życiu codziennym pojawia się nader rzadko. Jeśli Kłopotowski mieszkając przez całe lata w Nowym Jorku tego wszystkiego nie zauważył, oznacza to, że jego zdolność recepcyjną i refleksyjną można porównać ze zdolnością recepcyjną i refleksyjną dużej szarej amerykańskiej wiewórki (ona także permanentnie zapomina, gdzie zakopała orzechy i pewnie uważa, że to sprytne małe rude wiewiórki z Europy jej orzechy kradną).
Dla mnie osobiście ważne jest także to, że jako dowód - o ile pamiętam, jedyny - na to, że „Gazetą Wyborczą” kieruje „kulturowy kod judaizmu” i że realizuje ona „ewolucyjną strategię żydowstwa” Krzysztof Kłopotowski przywołał mój wywiad z Michałem Cichym. Kiedy „Dziennik” opublikował ten wywiad, wśród wielu reakcji, które pozostawiały mnie obojętnymi, bo były zbyt ewidentnie stronnicze i hipokrytyczne, dwie do mnie jednak dotarły i długo starałem się z nimi uporać, przynajmniej wewnętrznie. Były to bardzo niechętne (mówiąc eufemistycznie) obszerne maile od Piotra Pazińskiego i Agnieszki Holland. Oba formułujące tę samą wątpliwość, że mianowicie niezależnie od intencji konsekwencje opublikowania tego wywiadu będą w Polsce fatalne. Stanie się on argumentem dla najbardziej klasycznego antysemityzmu, przyjmującego resentymentalne formy „badania kodu kulturowego judaizmu” i wykrywania jego „strategii ewolucyjnych”. Długo próbowałem się z tymi argumentami wewnętrznie nie zgodzić, ale „wpis” Kłopotowskiego (a także entuzjastyczna reakcja setek internetowych prawicowców na Salonie24, wpolityce.pl i coraz większej liczbie prawicowych portali, które przekazują sobie ten „wpis” jak kielich świętego Graala) dowodzi, że to Holland i Paziński mieli rację, a ja się niestety myliłem.
Nawet jeśli się jednak myliłem, jeśli poważnych rozmów o stosunkach polsko-żydowskich w Polsce prowadzić nie można, bo przysłuchują im się klasyczni ludzie resentymentu, to jednak przypomnę moje rzeczywiste intencje. Chciałem, żeby Michał Cichy (i Michał Cichy też tego chciał) opowiedział o traumie środowiska, którego zachowanie miało znaczący wpływ na przebieg kulturowych wojen lat 90. W dodatku zarówno Michał Cichy, jak też i ja uważaliśmy traumę tych ludzi za uzasadnioną, nawet jeśli nie zawsze potrafili nią właściwie zarządzać. Jednak „komandosi” o tym, że „są Żydami, a nie Polakami”, że „kieruje nimi kod kulturowy judaizmu, a nie polskości” - usłyszeli od ubeków w Marcu ‘68. To jeszcze bardziej fatalna sytuacja, niż kiedy polscy Żydzi dowiadują się o swoim „kodzie kulturowym” i „ewolucyjnej strategii” od Kłopotowskiego w 2011 roku, w posmoleńskiej Polsce, która jest jednak przy wszystkich swoich wadach ciągle jeszcze miejscem nieco normalniejszym niż Polska późnego Gomułki. Potem ci młodzi ludzie, którzy od ubeków dowiedzieli się, że ich żydostwo wyklucza ich polskość, dostrzegli też - bo nie sposób było nie dostrzec - pewną obojętność, o ile nie czasami przyzwolenie różnych środowisk w Polsce na zastosowanie retoryki antysemickiej do niszczenia opozycji politycznej i delegitymizowania studenckich wystąpień.
Oczywiście ponieważ mam w dupie udawanie anioła, przyznam, że kierowały mną także intencje mniej szlachetne. Byłem rozgoryczony tym, że kiedy wraz z rówieśnikami w latach 90. próbowaliśmy się z Michnikiem spierać, a nawet kłócić o rzeczy zupełnie inne niż „kulturowy kod judaizmu”, to on, zamiast nam odpowiadać argumentami, napiętnował nas jako antysemitów i populistów, którymi - powtarzam po raz dwa tysiące pierwszy - wówczas nie byliśmy, a nawet niektórzy z nas nigdy się nimi nie stali. Zatem za tym wywiadem stały też niskie pobudki, których nie ukrywam. Ale ani Michał Cichy, ani ja nie napisaliśmy, nie powiedzieliśmy ani nie insynuowaliśmy, że „Gazetę Wyborczą” można zredukować, jak to czyni Klopotowski, do „narzędzia ewolucyjnej strategii judaizmu”. Środowisko „Gazety Wyborczej” nie jest środowiskiem wyłącznie żydowskim, a Polacy pochodzenia żydowskiego, którzy byli wśród założycieli „Wyborczej”, nie są jedynymi Żydami w Polsce. Czy „kulturowy kod judaizmu”, który Kłopotowski tak świetnie nauczył się rozpoznawać, realizuje w Polsce Adam Michnik, Bronisław Wildstein, Czesław Bielecki, Ludwik Dorn, Stanisław Krajewski, Piotr Paziński, Aleksander Smolar, Paweł Śpiewak…? Przecież każda z tych osób zachowuje się inaczej w swoich wyborach politycznych, estetycznych, ideowych. Jak to wytłumaczy Krzysztof Kłopotowski ze swoim „kodem”?
Kłopotowski odkrył także, iż przyczyną Holocaustu było to, że „po pierwszej wojnie światowej liberalni Żydzi urządzali sobie orgię szyderstw z kultury niemieckiej”, czego „wszyscy ponieśli konsekwencje”. Kłopotowski zapomniał, że niemieccy Żydzi byli tak głęboko zasymilowani, że uważali, iż mają prawo uczestniczyć w wewnętrzniemieckich dyskusjach i sporach. Faktycznie mieli takie prawo, dopiero Hitler im to prawo odebrał. Minister spraw zagranicznych Republiki Weimarskiej Walther Rathenau był żarliwym niemieckim patriotą, a mimo to został zamordowany przez niemieckich badaczy „kodu kulturowego judaizmu” już w 1922 roku, na długo zanim władzę w Niemczech objął Adolf Hitler, żeby ukrócić „orgię żydowskich szyderstw z kultury niemieckiej”. Jeśli natomiast całą niemiecką tradycję zaangażowanej awangardy, satyry, sztuki krytycznej, począwszy od Heinego, poprzez ekspresjonizm niemiecki, a skończywszy na Brechcie, uznamy po prostu za element „kodu kulturowego judaizmu”, to niestety nic nas już nie będzie różniło od organizatorów „wystawy sztuki zdegenerowanej” w Monachium.
Kiedy zanurzałem się w otchłanie Internetu, żeby studiować „kod kulturowy posmoleńskiej prawicy”, który zdaje się powoli trawić wszystkie inne, moim zdaniem ciekawsze polskie „kody kulturowe”, trafiłem na informację, że niektórzy Bułgarzy - wyzwoleni wreszcie od komunizmu, a nawet będący już obywatelami kraju członkowskiego UE - powrócili do zwyczaju wieszania psów, żywych psów, co ma w jakiś dziwny sposób przyspieszyć nadejście wiosny. Kiedy bułgarscy ekolodzy zaprotestowali przeciwko temu wyjątkowo nieprzyjemnemu elementowi „bułgarskiego kodu kulturowego”, dowiedzieli się, że są wyobcowani, a ich „kod kulturowy” w ogóle jest jakiś podejrzany i jakby… niebułgarski. Wygląda na to, że kiedy w Polsce czy Bułgarii zapanuje przez chwilę wolność, niektórzy Bułgarzy korzystają z niej w ten sposób, że powracają do starobułgarskiego obyczaju wieszania psów, a niektórzy Polacy w ten sposób, że powracają do staropolskiego zwyczaju wykrywania „kulturowego kodu judaizmu” u swoich aktualnych polemistów lub konkurentów do władzy.
Problem polega na tym, że „kod kulturowy” zarówno Bułgarów wieszających psy, jak też Krzysztofa Kłopotowskiego wykrywającego „kod kulturowy judaizmu” są niepokojąco zbliżone do kodu kulturowego Borata, co dowodzi, że Sacha Baron Cohen, mimo że wychowany w Londynie, o niektórych „kodach kulturowych” słowiańszczyzny wie niepokojąco dużo. Jednak o ile Borat jest postacią fikcyjną, Kłopotowski jest postacią realną, także setki jego entuzjastycznych internetowych zwolenników na Salonie24 i wpolityce.pl to prawdopodobnie postacie realne, nawet jeśli nigdy nie używają swoich prawdziwych nazwisk w debacie publicznej. Będąc daleki od fascynujących uogólnień Krzysztofa Kłopotowskiego, nigdy jednak nie powiem, że kod kulturowy Borata jest kodem kulturowym Polaków albo też Bułgarów. Problemem jest raczej to, że na posmoleńskiej prawicy kod kulturowy Borata stał się dzisiaj wyjątkowo silnie obecny.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 21.03.2011 )
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...