|
Nigdy nie byłem jakimś szczególnym fanem „muzealnika” Pawła Kowala. Nie przypuszczałem jednak, że w chwili nawet nie jakiejś wielkiej próby, ale zwykłej codziennej małej politycznej próbki okaże się on zwyczajnym populistą. Stało się tak, kiedy zaczął jeździć po Polsce z oślą ławką dla Sikorskiego, który zdaniem Kowala „nie odrobił lekcji z historii, skoro nazywa Powstanie Warszawskie narodową katastrofą”. Nie jestem też fanem uprawiania twitterowej publicystyki, nawet najsłuszniejszej, przez ludzi zajmujących akurat nieporównanie poważniejsze od funkcji publicysty stanowiska w centralnej administracji państwowej. Jednak w tym wypadku bardziej niż Sikorskiego należy przed Kowalem bronić historycznej prawdy.
Europarlamentarzysta PjN kłamie, i to on powinien zasiąść w przygotowanej przez samego siebie oślej ławce, bo Powstanie Warszawskie po prostu narodową katastrofą było, tak jak Smoleńsk był po prostu katastrofą lotniczą. Mit zaczyna się dopiero dalej i właśnie w owym dalej (najlepiej, gdyby to było jak najdalej od polskiego państwa i polityki), a nie na poziomie faktów, mogą sobie ten mit pielęgnować nasi pyszni i sprytni prawicowi chłopcy (a także niektórzy chłopcy nieprawicowi, np. radykalni teatrolodzy błądzący po polityce polskiej w poszukiwaniu mocnych estetycznych wrażeń).
Spowodowana błędnymi przesłankami polityczno-militarnymi decyzja, która zaowocowała śmiercią prawie 200 tysięcy ludzi i zagładą miasta (przy śmierci nieco ponad tysiąca żołnierzy niemieckich, co nieustająco daje upokarzającą dowództwo AK proporcję jeden żołnierz niemiecki wobec dwustu Polaków i kilkunastu budynków), była narodową katastrofą. Niczym więcej ani niczym mniej. Nie miało to też nic wspólnego z powstaniem w getcie, jak subtelnie popiardują z kolei przy tej okazji chłopcy z „Rzepy” i „Uważam Rze” („no bo Żydów Applebaum-Sikorski by nie obraził, Żydów by się bał…” – jak podchwytują te subtelne piardy anonimowi partyzanci Internetu), bo powstanie w getcie wybuchło, kiedy rozpoczęła się likwidacja getta, a Warszawie i jej mieszkańcom, wbrew późniejszym mitom, nie groziło wymordowanie do nogi. Nie tylko cywilni mieszkańcy Warszawy, ale nawet żołnierze AK, którzy przeżyli 63 dni masakry, w znacznej większości przeżyli następne kilkadziesiąt lat. A skoro Anna Fotyga opiewa przy tej okazji śmierć jako „coś lepszego, niż życie w niewoli”, to czemu sama nie rzuciła się w PRL-u pod pociąg. Jeszcze jedna koleżanka (obok Rymkiewicza, Trznadla, Jerzego Roberta Nowaka i tak wielu innych), która własne życie przetańczyła (naprawdę nie mam im wszystkim tego za złe, naprawdę nie chce mi się już od dawna ich wszystkich „lustrować”), ale dziś od skotłowanych dzieci wymaga pójścia na barykady przeciwko Tuskowi, Merkel, Miedwiediewowi i innym naszym europejskim zaborcom (Jacek Trznadel po drodze całkowicie zakłamał jeszcze Józefa Mackiewicza, który nigdy nie był ani antyrosyjski, ani antyniemiecki, ani antyukraiński, ani martyrologiczny, ani klerykalny – on był wyłącznie antykomunistą).
Mieliśmy w swojej historii realne zwycięstwo – 15 sierpnia 1920. I mieliśmy realną katastrofę Powstania Warszawskiego. 15 sierpnia 1920 był realnym zwycięstwem nie tylko militarnym, ale także społecznym, bo dzięki PPS, ruchowi ludowemu, endecji, które jeszcze w czasie zaborów wykonały w Polsce pracę demokratyzacji świadomości narodowej wcześniej zarezerwowanej dla szlachty (albo części szlachty), miliony chłopów i robotników poszły na ochotnika do polskiej armii zamiast przyłączyć się do Armii Czerwonej. Oczywiście niektórzy folwarczni czy bezrobotni żałowali tego przez kolejne 20 lat II RP, szczególnie po tym, jak towarzysz Ziuk po przeprowadzeniu rachunku politycznych sił w naszym kraju – podobnego do tego, jaki wielokrotnie na naszych oczach przeprowadzali Donald Tusk, Jarosław Kaczyński, a nawet Leszek Miller – pojechał w 1926 roku na spotkanie z Radziwiłłami do Nieświeża i stał się odrobinę bardziej prawicowy niż w okresie PPS-frakcji.
Dwóch braci dwóch moich dziadków (tego od strony ojca i tego od strony matki) zginęło w 1920 roku pod Ostrołęką, nawet nie wiedząc, że czterdzieści lat po swojej śmierci staną się powinowatymi. Dwóch osiemnastolatków, którzy wyżebrali od rodziców pisemne zgody na zaciągnięcie się do armii. Jeden wywodził się z toruńskiego proletariatu, drugi z „niższej klasy średniej” mieszkającej w Sosnowcu. Jednemu jako dziecku trafił do ręki Żeromski, drugiemu Sienkiewicz. I nie chcę, żeby jakiś żądny władzy cynik, choćby i w sutannie, nazywał to „cudem”, choćby i „maryjnym”. Oddaliśmy nasze świeckie, militarne i społeczne zwycięstwo 15 sierpnia 1920 roku Kościołowi – w gorszej swojej części nienawidzącemu zarówno Piłsudskiego, jak i świeckiego państwa w Polsce (kiedy po Smoleńsku świeckie państwo w Polsce było najsłabsze, najbardziej podatne na obłęd i mity, część biskupów i księży skwapliwie rzuciła mu się do gardła „po swoje”, bo także PiS dla Głódzia i Rydzyka jest dzisiaj tylko wygodnym „paputczykiem”, także Jarosława Kaczyńskiego Głódź czy Rydzyk nie lubią, ale uznali, że warto go użyć do dyscyplinowania PO, żeby PO postawiło jednak na krewnych Dziwisza, a nie na krewnych Arłukowicza albo choćby Tuska).
Zatem oddaliśmy nasze realne militarne i społeczne zwycięstwo z 15 sierpnia 1920 Kościołowi, a z kolei Kościół skwapliwie oddał je „Najświętszej Panience”, czyli znowu samemu sobie. Teraz niezrównoważeni kolesie w rodzaju Wencla czy Terlikowskiego będą już przez całe wieki podskakiwać jak małpki kataryniarza wołając: „Cud! cud! cud! cud!”. Natomiast katastrofę Powstania Warszawskiego uznaliśmy za powód do dumy, także przy wsparciu gorszej części polskiego duchowieństwa, bo kult masakry jest tak irracjonalny, że istotnie wydaje nas bez reszty w łapy najbardziej neopogańskich krwawych idoli (Głódź i Rydzyk nie są kapłanami chrześcijańskimi, tu muszę się w pełni zgodzić z Tomaszem Piątkiem, ale neopogańskimi kapłanami własnej władzy i brzucha).
Jeśli poza Hiszpanią z czasów Goyi jest w Europie jakikowiek kraj, w którym ludzie dają się powszechnie ujeżdżać przez osły, jest to właśnie Polska. Może warto by już wreszcie osły zrzucić ze swego grzbietu. Wyszyński i Wojtyła też umacniali ziemską władzę polskiego Kościoła, liderzy każdej instytucji tak robią, a Kościół jest przecież tylko i aż ziemską instytucją. Ale nie używali do tego celu każdego kłamstwa i mitu, nawet tych najbardziej szkodzących i zagrażających ludziom mieszkającym w Polsce. Jako zaledwie reformistyczny polonista, a nie radykalny teatrolog muszę o tym pamiętać. Nawet jeśli dziś Kościół w Polsce przeżywa swoje najgorsze momenty i trzeba go po prostu politycznie pokonać i odsunąć od państwa, nie można być wobec niego historycznie niesprawiedliwym, Brzozowski też taki nie chciał być.
„Muzealnik” Paweł Kowal jest jednak dla mnie w tym kontekście ostatecznym memento. Nawet on, jeden z najsprytniejszych i najbardziej odczarowanych polskich prawicowców, postanowił kłamać ludowi w sprawie Powstania Warszawskiego, żeby ugrać na micie, na cudzie, na kłamstwie parę punktów dla PjN. Znów wychodzi na moje, że jeśli okażecie się choć trochę tolerancyjni wobec „muzealników” na ich, a nie na waszych warunkach, to zbudują wam tutaj, na waszych grzbietach, takie „muzea”, że się spod nich i w sto lat nie wygrzebiecie.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...