|
Kiedy Jarosław Kaczyński wystosował swój list do Przywódców Świata, zrozumiałem, że nie mogę zwlekać ani chwili dłużej. Kiedy bowiem prezes największej polskiej partii opozycyjnej ogłosi się Chrystusem Cierpiącym albo zupełnie niespodziewanie na odwrót, Dionizosem Radosnym, sprawa będzie już dla każdego nazbyt oczywista. I pomysł na w miarę choćby oryginalny felieton szlag trafi. Zatem korzystając z ostatniej być może okazji, mówię wam jako pierwszy: podobieństwa zaczynają być uderzające. I nie chodzi o to, że obaj panowie w pewnej chwili swego życia - w chwili późnej, można powiedzieć, o zmierzchu - podszywali się pod Sarmatów. Kaczyński w istocie Sarmatami gardzi, udaje jednego z nich wyłącznie dlatego, że akurat Sarmatów musi politycznie ujeżdżać. Nie ma wyboru, innego wierzchowca nie było w pobliżu, żeby na nim do historii wjechać. Tymczasem Nietzsche Sarmatami szczerze się zachwycił, a usprawiedliwia go jedynie to, że w przeciwieństwie do Kaczyńskiego nigdy nie miał z nimi do czynienia na co dzień.
Tym, co naprawdę zbliża Polityka i Filozofa, jest ich późne szaleństwo. Także w przypadku Jarosława Kaczyńskiego nie jest to bowiem szaleństwo wynikające z pozbawienia go bratowej i brata, ale – dokładnie tak jak w przypadku Nietzschego – jest to szaleństwo wynikające z pozbawienia go władzy nad ludźmi. Kalendarz wydarzeń jest nieubłagany, przypominam raz jeszcze: Jarosław Kaczyński nie popada w obłęd po 10 kwietnia, kiedy ginie jego brat. Wtedy panuje nad emocjami (przecież wszyscy wiemy, że gadanie o „silnych lekach” które odebrały mu panowanie nad sobą i nad kampanią to bzdury, w dodatku ośmieszające go i upokarzające, wzruszą się i zagłosują po takim kawałku wyłącznie czytelnicy tabloidów, no dobrze, 27 procent, ale czy mimo wszystko warto się wygłupiać?). Kaczyński od razu po katastrofie smoleńskiej jest nadzwyczaj trzeźwy, używa z typową dla siebie świetną intuicją najlepszych dostępnych mu w polityce narzędzi. A więc raczej Joanny Kluzik-Rostkowskiej niż Beaty Kempy, raczej Poncyljusza i Migalskiego niż Macierewicza i Błaszczaka. Prawdziwy cios dla jego psychiki przychodzi 4 lipca. To wówczas dopiero, jak powtarza ostatnio Jadwiga Staniszkis, którą tym razem niestety muszę przywołać wyłącznie dla śmiechu, a nie dla diagnozy: „nie może zapanować nad smoleńską traumą”. Dopiero wówczas dochodzi do wymiany Migalskiego na Macierewicza, Kluzik-Rostkowskiej na Kempę, a Poncyljusza na Czesława Bieleckiego, który niestety okazał się chętny do takiej podmianki. Do odegrania w warszawskim teatrze roli „artykułu liberalnopodobnego” w otoczeniu człowieka, który prawdziwą czekoladę właśnie na oczach wszystkich wyrzucił za okno.
Po katastrofie 4 lipca Kaczyński staje się też coraz bardziej ponury, mówi dziwne rzeczy, zupełnie jak Nietzsche w swoim wspaniałym zapisie pochodzącym z ostatnich dosłownie dni przed popadnięciem w obłęd: „Wolałbym być profesorem uniwersytetu w Bazylei niż Bogiem…”. Tak samo jestem pewien, że Jarosław Kaczyński wolałby być żoliborskim konserwatystą, szefem Unii Wolności (bez wątpienia politycznie ciekawszym od wszystkich, jakich ta partia miała zamiast niego), wolałby być premierem negocjującym kolejne traktaty z Unią Europejską albo odpowiedzialnie obniżającym podatki i broniącym Joanny Kluzik-Rostkowskiej przed prawicowcami… ale skoro mu się nie udało, skoro go w grze o prawdziwą władzę Tusk ograł na zimno, to i Bogiem na naszym statku populistycznych prawicowych głupców (cyt. za Hieronim Bosch) Kaczyński został bez najmniejszego wahania. Nawet jeśli prywatnie sprawia mu to bez porównania mniejszą przyjemność niż Bazylea, Żoliborz czy wczesne PC.
Szczęście (estetyczne, ale czy nam żyjącym w naszym upadłym podksiężycowym świecie jakieś inne jest dane?) w przypadku Nietzschego polegało na tym, że kiedy oszalał nie dysponował miejscami w samorządach, parlamencie krajowym czy europejskim, które wciąż mógłby rozdać swoim wiernym uczniom. Nie dysponował też trzydziestoma milionami złotych rocznie budżetowych dotacji dla partii. Nietzsche był sam, a w dodatku raczej ubogi. Lecz właśnie dzięki temu piękne i samotne było jego szaleństwo. Wyobraźmy sobie jednak, że przy Nietzschem w okresie turyńskim są Beata Kempa, Jarosław Sellin, Kazimierz Michał Ujazdowski (niestety), nawet Paweł Kowal… i że wszyscy mają co stracić, jeśli Mistrz upadnie? Co by powiedzieli, gdyby, dajmy na to, pytaniami o szaleństwo Nietzschego zaczęły ich dręczyć ówczesne odpowiedniki Moniki Olejnik, Tomasza Lisa albo nawet poczciwego Bogdana Rymanowskiego?
„Proszę mnie nie pytać ciągle o ten list do Przywódców Świata… porozmawiajmy raczej o narastającym deficycie budżetowym”, odpowiadałaby Rymanowskiemu Beata Kempa filuternie, nawet jeśli za setnym razem nieco już mechanicznie. „Dionizos? No cóż, a czy pani nigdy w życiu nie odczuła pokusy, aby choć na jedną noc stać się bahantką roześmianą dziko?”, odbijałby natrętne pytania Moniki Olejnik elokwentny i bez wątpienia wykształcony Paweł Kowal.
A Sellin Jarosław, jakby się go o całowanie dorożkarskiego konia na ulicy w Turynie spytano, powiedziałby ponuro, że znów musi sięgnąć do Narodzin tragedii, bo „kiedyś nierozsądnie lekturę tej książki zbyt szybko przerwałem”. Michał Kazimierz Ujazdowski udawałby Brytyjczyka, mówiąc: „O całowaniu się Nietzschego z dorożkarskim koniem jeszcze nic pewnego nie usłyszałem, ani też, co powiedział o ‘rosyjsko-niemieckim kondominium’, to wszystko mogą być jakieś pogłoski, ale za to mamy wraz z Mistrzem państwu do zaproponowania nowy sposób prowadzenia debat parlamentarnych, zupełnie jak w brytyjskim parlamencie…”.
Gdyby zatem Nietzsche w dniach swego szaleństwa był szefem dużej prawicowej partii, naprawdę śmiechu byłoby co niemiara. Zupełnie jak teraz. Tak jak teraz skompromitowałby całą polską prawicę. Nie swoim szaleństwem, ale ich wobec tego szaleństwa jawnym oportunizmem. Czasami ma się ochotę do polskich prawicowców – i tych z parlamentu i tych z Internetu – krzyknąć: gdybyście byli wobec Kaczyńskiego trochę mniej ulegli, to nawet on bardziej by was szanował, a tak nie szanuje was wcale, bo nie ma powodu.
PS. Ostatnio paru czytelników moich felietonów („moich felietonów” – sami widzicie, że każdy z nas nosi w plecaku małego Dionizosa-dziecko, które szybko dorasta) zwróciło uwagę, że z tygodnia na tydzień stają się one bardziej manieryczne. Jeśli tylko „bardziej”, to widać moja praca wciąż nie ukończona. Otóż tak się zdarzyło, że w następstwie straszliwych błędów popełnionych we wczesnej młodości, w wieku prawie dorosłym stałem się publicystą czy może felietonistą (whatever), którego tematem obowiązkowym, wymaganym przez rynek, jest polityka polska. Polska polityka stała się tematem skrajnie niepoważnym (po Smoleńsku? po wyborach 2005 roku wygranych przez PO-PiS?, a może jeszcze wcześniej, jakieś trzysta lat temu, bo polityka narodów, które tracą suwerenność na własne życzenie staje się tematem niepoważnym nawet w kontekście Powstania Warszawskiego, w kontekście masakry, a może właśnie wtedy szczególnie polityka takich krajów staje się niepoważna jak każda samozawiniona słabość). Kiedy to odkryłem (każdy z was prędzej czy później też musi to odkryć) postanowiłem wykorzystać temat polskiej polityki już tylko jako trampolinę stylu. Dokładnie tak jak Witkacy wykorzystywał polską politykę w dramatach i powieściach, a nawet na paru płótnach. Od chwili mego odkrycia robię zatem wszystko, ćwiczę styl jak Piotr Pacewicz ćwiczy kondycję przed każdym maratonem, aby wreszcie pewnego dnia w moich felietonach pozostała sama już tylko stylistyczna maniera, sama tylko forma, a do końca wyparował z nich temat.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...