|
Nie jest łatwo kibicować komuś, kto oddaje władzę. Niedługo pozostanę w Pałacu Zimowym sam z Kiereńskim i jego batalionem kobiecym (ach ten głód „eksterminacji”, podzielamy go wszyscy, zatem pozwolę sobie przemilczeć 47 proc. dla PO w najnowszym sondazu OBOP-u), patrząc, jak Antoni Macierewicz w szynelu wdrapuje się na wysoką metalową bramę, przybierając Eisensteinowskie pozy. Po czyjej stronie staną Łotysze Napieralskiego? Któż to wie? PO-wiacki minister kultury próbuje negocjować z rewolucją na poziomie „otwartej” korespondencji z Łukaszem Warzechą i Igorem Janke w sprawie listy dotowanych przez ministerstwo czasopism. Nie rozumiem, dlaczego „lewicowa” miałaby być lista dotacyjna, na której znalazł się „Kronos”, a zabrakło „Ha-artu”, ale minister akceptuje logikę Warzechy i Jankego, tłumaczy się przed nimi, obiecuje poprawę – potwierdzając własnym przykładem wojenną mądrość towarzysza Mao („przeciwnik jest pokonany, kiedy przyjmie narzuconą mu przez nas formę”). Już nawet Jarosław Kaczyński nie musi się w to wszystko mieszać. To dopiero byłoby dla umiarkowanego ministra kultury z umiarkowanej partii bardziej poważne wyzwanie, ale Kaczyński ma ważniejsze sprawy na głowie. Promuje się akurat na obronie Pospieszalskiego przed „eksterminacją”, a do poziomu „tych panów” już się nie zniża, obserwując, jak oni zniżają się do poziomu Warzechy i Jankego i dezawuują swoje własne decyzje na oczach tłumu, który oblizuje się na widok politycznej krwi.
Ja sam wystąpiłem przy tej okazji w dwóch z pozoru wykluczających się rolach. Jacyś durnie na portalu wpolityce.pl napisali, że „Krytyka Polityczna” dostała od Platformy pieniądze za to, że Michalski wzywa na jej łamach do „eksterminacji prawicy” (podłączyli cytaty), a jednocześnie miesięcznik „Europa”, który robię razem z Robertem Krasowskim (a który też dotacji nie dostał), znalazł się na ustach Warzechy, Jankego, Karnowskich itp. jako przykład „eksterminacji prawicy” przez rządy PO. W ten sposób wystąpiłem jako eksterminowany i eksterminujący. Chyba już zupełnie nie panuję nad własnym wizerunkiem.
W tym pejzażu eksterminacji przechodniej i zwrotnej pojawia się rozpaczliwa wrzutka PO-wiackiej kancelarii prezydenckiej, która znalazła podpisane i wymuszone przez mitycznego prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego równie mitycznych ministrów ułaskawienie bandziora obrabiającego fundusz pomocy niepełnosprawnym. Jedyną okolicznością łagodzącą było w tym wypadku założenie przez bandziora biznesowej spółki z mitycznym zięciem mitycznego prezydenta. Nie to, żeby Wałęsa i Kwaśniewski byli bardziej nieprzemakalni na pokusy biznesu ułaskawieniowego, ale oni nie byli aż tak patetyczni. Za każdym razem mrugali do nas okiem – oni albo przynajmniej Falandysz. Tym razem mamy do czynienia z drobnym cwaniactwem owiniętym w skrwawiony narodowy sztandar. To wyzwanie dla refleksyjnej inteligencji Polaków najtrudniejsze. Zatem PiS-owcy z wrzutką PO-wiaków nawet już nie dyskutują. „Opluwanie” Lecha Kaczyńskiego doprowadza ich do czerwoności, mobilizuje jeszcze bardziej (swoją drogą, znowu wszechobecna retoryka śliny, a pomyśleć, że wiersz Opluty Marcina Świetlickiego mnie samemu tak bardzo się kiedyś spodobał, gdy sam także chodziłem po Krakowie… opluty). Ci sami, którzy rozrywali na sobie szaty, słysząc o „bandyckich ułaskawieniach” „Bolka” i „Kwacha”, teraz zaciskają zęby, robią marsową minę i histerycznie bronią „wizerunku poległego prezydenta”. Obiektem ich wściekłości nie jest ujawniona zwyczajna małość polityka, ale ci, którzy jego zwyczajną małość ujawnili. Takie są prawa autentycznej politycznej mobilizacji. To tak, jakby ludzie Kiereńskiego próbowali w 1917 roku demobilizować bolszewików, częstując ich rewelacjami na temat podróży ich wodza z Berlina w zaplombowanym wagonie. Wkurzą ich jeszcze bardziej, zmobilizują skuteczniej. PO miażdżona za małe drewniane bączki i nihilistyczne komiksy mające promować w UE Polskę (kraj, który cierpiał „przez tak liczne wieki”) panicznie i bez przekonania się z tego tłumaczy. Tusk zaprasza na prywatne boisko Węgrzyna, żeby pokazać, że będąc wciąż inteligentnym i twardym liderem – nawet jeśli z poszarzałą twarzą wrześniowego Kiereńskiego – broni nawet swoich najmiększych i najtępszych ludzi. Węgrzyn na boisku, w drużynie PO, to jednak kolejna skucha, a Tusk przypomina teraz sapera, który ogłuszony odwróceniem się od niego wielu jego dotychczasowych „sojuszników” z niezwykłym brakiem wyczucia skacze po polu minowym z miny na minę.
Bronienie drewnianych bączków i nihilistycznych komiksów jest dla PO tak samo szkodliwe jak próba ich przemilczania. PO nie ma żadnej estetyki, której chciałoby bronić przed estetyką PiS-u. Porzucone liberalne mieszczaństwo miota się jak kura z uciętą głową na wiejskim podwórku. A może Balcerowicz założy partię i odbierze Platformie kolejne 4,99 proc. głosów (Konwent św. Katarzyny liberalnego mieszczaństwa)?. PiS a także frakcja PjN skupiona wokół nieodmiennie wzruszonej Elżbiety Jakubiak wolałyby, żeby Polskę w UE promowały zamiast małych drewnianych bączków małe drewniane trumienki, które europarlamentarzyści Torysów mogliby sobie powiesić na szyi. Specjalne pozłacane trumienki odlane w metalu Antoni Macierewicz i Anna Fotyga zawieźliby za ocean i wręczyli paru kongresmenom z herbacianego skrzydła Partii Republikańskiej, którzy jeszcze mają ochotę ich przyjmować i słuchać, ponieważ wychowani na Roswell i Strefie 51 (a także na legendach o Wielkiej Stopie i krążących po Luizjanie ludziach-aligatorach) również opowieści Macierewicza i Fotygi o wielkim rozbłysku i sztucznej mgle przyjmują ze zrozumieniem, a nawet sympatią i poczuciem głębokiej solidarności (im także „socjalistyczny federalny rząd” serwuje od przeszło pół wieku kłamstwo o UFO). Gdyby naszą polską wersję agenta Muldera i agentki Scully grali przynajmniej David Duchovny i Gillian Anderson… „Gdyby nas lepiej i piękniej kuszono…”. Ale niestety, Muldera gra Macierewicz, a Scully – Fotyga. To przesądza sprawę. Świat się dowiedział, nic nie powiedział, Janek Wiśniewski padł.
Oglądam TVN24. Nadaje także w kablówce w Nottingham, więc zamiast, będąc od trzech dni w Anglii, pisać o Anglii, mogę rozdrapywać sobie Polskę tak, jak nasz kot rozdrapuje sobie od paru miesięcy ranę na szyi, niestety, jak na razie nie pomogły ani antybiotyki, ani zmiana diety, skierowano nas do kociego behawiorysty, jeszcze nie wiadomo, czym to się zakończy. W TVN24 bez wątpienia najbardziej dzisiaj błyskotliwy gwiazdor telewizji śniadaniowej zaprasza Kluzik-Rostkowską, żeby porozmawiać z nią o… Nie, nie o przedszkolach i żłobkach, ale o pamięci Lecha Kaczyńskiego. Kto przed rocznicą ma do niej większe prawo? Ona z Jakubiak? Czy Jarosław Kaczyński z Błaszczakiem? Ten temat gwiazdora telewizji śniadaniowej nie przerasta, on w tym temacie rozkwita. Niestety, wepchnięta w ten temat Kluzik-Rostkowska zwyczajnie się marnuje, jakkolwiek i tak robi nieco lepsze wrażenie niż powiatowi cynicy, których w jej miejsce dobrał sobie dzisiaj Jarosław Kaczyński, żeby za nim nosili pochodnie. A jednak każdy burak alfa z „konserwatywnej” (co to się z tymi pojęciami w Polsce porobiło) prasy i blogów patrząc na nią mówi: Hm… ale w PjN-ie wyrażnie brakuje, hm… lidera. Jeeezuu, inteligent nabijający się z tabloidyzacji mediów to trop w polskich mediach tak przewidywalny i nudny, że aż szczęki od ziewania bolą. Ja miałem nie być aż tak nudny, żeby się na tabloidy obrażać, miałem tabloidy wspierać, w końcu tabloid mnie wykarmił przyjmując kiedyś na swój pokład szlachetny inteligencki tygodnik „Europa”. Wymyślił to co prawda Robert Krasowski, ale ja także dzięki temu miałem zajęcie. Jak to mawiał nasz zrzęda Brzozowski: „zabierz ze sobą wszystko do nawrócenia…”, nawet tabloidy. Jaki jednak, k[beep]a, ten heglizm zawsze okazuje się „apokatastatyczny”. Bardziej niż co poniektórzy reakcyjni mysliciele lewicy.
I pomyśleć, że był to w zamierzeniu felieton broniący PO, z którą to partią naprawdę mam zamiar pozostać w Pałacu Zimowym aż do Wielkiego Października (jak wtedy wygra, mogę jej przykopac). Do końca szydząc z Marcina Mellera (klasyczna mieszczańska kura bez głowy na polskim wiejskim podwórku) i innych „rozczarowanych”, których fala narasta wraz z rynkowym popytem. Lepiej mieć dziesięciu takich wrogów jak Meller, niż jednego sprzymierzeńca takiego jak ja. Może za parę dni naprawdę mentalnie dojadę wreszcie do Nottingham, gdzie fizycznie już się przecież znajduję.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...