|
Kiedy po śmierci Brzozowskiego wydano jego Pamiętnik, Irzykowski wyczytał tam parę złośliwych uwag na swój własny temat. A ponieważ mniej więcej w tym samym czasie wyszły Płomienie, Irzykowski zrewanżował się Brzozowskiemu, jak umiał, na zarazem arcypolski i „klerkowski” sposób. Nazwał mianowicie Płomienie: „snem skazanej na bezczynność nahajki”. Irzykowski jako prawdziwy polski inteligent, bezczynny i bezsilny z zawodu i powołania, mógł to napisać spod palca, taki celny bon mot. W dodatku rzecz działa się już po „sądzie partyjnym”, po oskarżeniu Brzozowskiego o bycie Bolkiem („do Moskwy!”). Zatem nasz dobry inteligent Irzykowski mógł w ten sposób lekko i gustownie naszczać na trupa. Publika tę aluzję rozumiała świetnie. Jedna tylko jest zaleta z bon motu Irzykowskiego. Nasuwa się bowiem fascynująca wątpliwość, a co by było, gdyby Nahajkę-Brzozowskiego ktoś ze ściany zdjął i wykorzystał w tym kraju do pracy politycznej, do rządzenia, do sprawowania władzy? Tak, pamiętam, endecy zawsze powtarzali, że „on byłby nasz”, podobnie komuniści. Tylko Miłosz i Stawar chyba do końca nie byli pewni, czyj on właściwie by był, choć nie będąc inteligenckimi idiotami, ale ludźmi z przeszłością, byli nieomalże pewni, że czyjś byłby na pewno. A Brzozowski jako (endecki, stalinowski, katolicki, antyklerykalny…) inteligent uprawiający politykę, szukający władzy (szczególnie suwerennej władzy politycznej jako rzadkiego dobra na peryferiach), popełniałby błędy i chciałby je popełniać. Potem by się z nich tłumaczył… Nie jest bowiem Kuczyńskim albo Gadomskim, którzy, jak wiemy, nigdy żadnego błędu nie popełnili (Gadomski ewentualnie na maturze z matematyki, dlatego z obniżania podatków ciągle mu wychodzi malejący deficyt budżetowy, tak jak Reaganowi). Innymi słowy, byłoby jeszcze fajniej, dostarczałby jeszcze lepszej zabawy (i odrobiny wiedzy) nam wszystkim, niż dostarcza teraz. I swojej ewentualnej przygody z władzą by nie żałował, jako że nie ma nic nudniejszego, niż być przez całe życie tylko publicystą.
Ale nie o Brzozowskiego – czyli, jakby nie było, postać już historyczną, nawet jeśli wiecznie żywą i wiecznie skręcającą się z niewyciszonego nawet przez śmierć wkurwienia – tu chodzi. Chodzi o to, że Kaczyńskiego wolałem, jak sprawował władzę, niż kiedy zgrywa zawsze bezsilną ofiarę smoleńskiej eksterminacji. Wtedy można go było przynajmniej złapać za rękę, która próbowała rządzić, a nie jedynie składała się do Waszczykowskiej modlitwy wstawienniczej („nie zabijajcie nas!”).
Ziemkiewicz jako ofiara eksterminacji też jest o niebo nudniejszy, niż był chociażby jako rzecznik prasowy UPR. Piotr Skwieciński jako ofiara eksterminacji jest upokarzająco dla siebie samego beznadziejny (bo to jednak chłopiec z potencjałem, jak mi nie wierzycie, popatrzcie na Zdorta), podczas gdy jako szef PAP-u był całkiem ciekawy. Gdy próbował negocjować swoją władzę z władzą tych, którzy mu ją dali. Każdy skądś dostaje swoją władzę, nawet jeśli ją przy okazji wywalcza. Sam sobie władzę daje wyłącznie nieruchomy poruszyciel (cyt. za Arystoteles/Tomasz – przepraszam, nie święty, bo ja zamiast jego zęba i ampułki z krwią, wolę jego Summy – ten dowcip jest daleką parafrazą jedynego w dzisiejszej Polsce aktywnego tomisty Tadeusza Bartosia). Cała reszta jest walką o władzę, jej przyjmowaniem i robieniem z niej lepszego lub gorszego użytku.
Pogarda Polaków dla władzy, pogarda dla siły – o której nie mają pojęcia, czym jest, bo zbyt długo już bezrefleksyjnie jakiejś sile obcej zawsze podlegają (cyt. za całą gromadą oszalałych od tego wszystkiego polskich „realistów”) – sprawia, że nie ma tutaj ani z kim, ani o czym rozmawiać. Apelowanie do Polaków o równe prawa dla kogoś? O przestrzeganie prawa powszechnego? O szacunek dla państwa, które sami żeśmy sobie stworzyli? Przecież bywaliśmy czasami silniejsi wobec biedniejszych od nas lub różniących się od nas językiem, religią, zachowaniem. Bywaliśmy silni wobec Żydów, wobec Ukraińców, bywamy silni wobec gejów (nie zawsze i nie w każdej sytuacji „geje są od nas silniejsi, bogatsi czy bardziej wpływowi w liberalnych mediach”). Jesteśmy silniejsi od wyrzucanych z pracy czy tych, którzy w imię „elastyczności rynku pracy” pozbawiani są podstawowej prawnej osłony przed silniejszymi, jaką jest umowa o pracę. Potrafimy być silni wobec prawa powszechnego, wystarczająco silni, by je łamać, by niszczyć państwo, politykę, wspólnotę. Naprawdę były w historii i także dziś bywają takie sytuacje, w których jesteśmy wobec kogoś silni (choćby tak jak Silny w powieści Masłowskiej bywa silny wobec „swoich” kobiet). Krótko mówiąc, bywaliśmy i bywamy od kogoś silniejsi, warto więc pytać, jaki robiliśmy i jaki robimy z naszej siły użytek.
Ale nie da się tu w ogóle o takich rzeczach rozmawiać, bo zaraz się słyszy: My??? Silni???!!! – my zawsze byliśmy bezsilną ofiarą, rządzoną przez innych. Stworzyliśmy nawet mesjaniczny podręcznik: Jak być bezsilną ofiarą przez trzy wieki i świetnie się bawić. Moim zdaniem, zabawa wasza zawsze była chujowa. Sam zdążyłem wziąć w niej jeszcze udział, więc dobrze to wiem. A jednak Polacy chcą urządzać nadal Muzeum Bezsilności Powstania Warszawskiego, Muzeum Bezsilności historycznych rekonstrukcji stanu wojennego (dzieci przebrane za zomowców udają, że biją pałkami dzieci przebrane za manifestantów – prawda, że zabawa przednia?). Kurwa, nawet Daniel Cohn-Bendit, którym wy prawicowcy tak pogardzacie (Żyd niemiecki, lewak śląski, w dodatku „ekoterrorysta”), zamiast uczestniczyć w widowiskach historycznych, w których odgrywałby samego siebie („ratunku, CRS mnie bije!”, „ratunku, generał de Gaulle deportuje mnie z Francji do Niemiec!”), woli walczyć o władzę, uprawiać politykę, choćby europejską. A wy, żałosna zgrajo ze swoim „smoleńskim namiotem chodzącym po Krakowskim Przedmieściu”, z miauczeniem o eksterminacji na łamach „Rzepy” i „Uważam Rze”, z miauczeniem Rydzyka o totalitaryzmie, o władzy zawsze „niepolskiej”… Po prostu urągacie Polsce. Nawet Polska – kraj niezbyt silny i w niezbyt głębokiej pogrążony refleksji – nie jest tak żałośnie głupia i słaba jak wy. I nawet ona – mimo że potrafi nieźle napsuć krwi – nie jest aż tak wkurzająca, jak wasz szantaż słabością.
Także zresztą lewica ma w Polsce swoją wersję ezoteryczną i z natury bezsilną, za którą niezbyt przepadam. Dlatego zawsze zamiast lewicowych orgazmów na temat przemocy radykalnej i teoretycznej cieszy mnie lewicowa refleksja nad tym, do czego można użyć zwykłej, codziennej politycznej przemocy, której nawet demokratyczno-liberalne państwo ma do swojej dyspozycji pod dostatkiem. Użyć, a nie jak się nią teoretycznie branzlować (ach, teoretyków przemocy było w filozofii politycznej wielu, teoretyków władzy bez porównania mniej, co chyba jednoznacznie wskazuje, która waluta to złoto, a która papier bez żadnego pokrycia).
Oczywiście tytuł tego felietonu jest parafrazą zdania Józefa Mackiewicza „Jedynie prawda jest ciekawa”. Uwielbiam przytaczać źródła, bowiem wszystkiego, czego się dowiedziałem ciekawego o świecie, dowiedziałem się od innych. Np. z rozmów z Jarosławem Kaczyńskim dowiedziałem się, dlaczego sarmacka prawica politycznie do niczego się nie nadaje – bo on tak akurat uważa i ma na to liczne, przesądzające dowody, i o ile jego zalety są jego własnym wkładem w politykę, to jego wady są zazwyczaj wynikiem prób dostosowania się do Jurka, Lisickiego, Ziemkiewicza, Wildsteina, Rydzyka i innych. Z rozmów z Rokitą dowiedziałem się wiele o polityce „postsolidarnościowej”, a z rozmów z Leszkiem Millerem dowiedziałem się wiele o polityce polskiej w ogóle. Władza sprawowana jakkolwiek refleksyjnie (a „sprawujemy” ją często, zwykle o tym nie wiedząc, nie tylko władzę polityczną, ale w ogóle – władzę nad ludźmi) sprawia, że dowiadujemy się o własnej szlachetności, zdolności do przemocy, empatii, egoizmie… więcej, niż wówczas, kiedy jesteśmy – albo zupełnie niesłusznie czujemy się – wyłącznie bezsilną ofiarą. Zatem nie ma żadnej sprzeczności między zdaniem Mackiewicza a moją tego zdania parafrazą: jedynie władza jest ciekawa, bo jedynie władza jest prawdą. Czy to wyklucza z „prawdy” prawdziwie ofiary (a nie Ziemkiewicza z Wildsteinem)? Przeczytajcie w takim razie jeszcze raz Borowskiego. On znalazł władzę nawet „u nas, w Auschwitzu”. Władzę nad czyimiś łachmanami, nad czyjąś kromką chleba, nad czyimś życiem. Równie bogate i gęste bywały hierarchie w GUŁAG-u. Zatem nie ma na tym świecie miejsca bez władzy. Nie ma miejsca bez prawdy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...