|
W epoce tabloidów - kiedy jako najważniejszy informacyjny program ze świata, w najważniejszej polskiej telewizji informacyjnej TVN24, idą kawałki z YouTube z komentarzami Jacka Pałasińskiego (wolałbym już kawałki z YouTube bez tych komentarzy) - uprawia się wyłącznie politykę tabloidową. Do jej tworzenia najlepiej nadają się „narracje” (cyt. za Eryk Mistewicz) wzięte bezpośrednio z „pulp fiction”, z wagonowych opowiadań grozy publikowanych ongiś w amerykańskim magazynie „Weird Tales”, a potem przenoszonych na ekran. Jarosław Kaczyński postanowił np. wykorzystać - i to na najwyższym szczeblu polskiej polityki - scenariusz Inwazji porywaczy ciał (pierwsza filmowa wersja z 1956 roku w reżyserii Dona Siegela, ale bez porównania lepszy jest oczywiście remake Philipa Kaufmana z 1978, z Donaldem - niestety dla Kaczyńskiego - Sutherlandem w roli głównej). Jarosław Kaczyński najpierw ciało Lecha Kaczyńskiego rozpoznał, i to zarówno w Smoleńsku jak też przed wawelskim pogrzebem. Ale było to wówczas, kiedy zaczynał realną walkę o prezydenturę. I „weird tales” nie były mu jeszcze do niczego potrzebne, bo to w Polsce jednak do tej pory była lektura niszowa. A nie dokonuje się ryzykownych eksperymentów w dziedzinie literackiej recepcji, kiedy walczy się o władzę realnie. Dziś Jarosław Kaczyński o władzę realnie nie walczy, więc postanowił sobie poeksperymentować w dziedzinie recepcji. Zatem parę miesięcy po wawelskim pogrzebie, kiedy pojawił się raport MAK, polskie poprawki dla niego, i znów jest okazja, żeby napsuć trochę krwi Tuskowi i przepuścić prąd wysokiej częstotliwości przez mózgi rzednącej armii posmoleńskich zombies, Jarosław Kaczyński ciała Lecha Kaczyńskiego najpierw usiłował nie rozpoznać w ogóle, kiedy jednak kolejni świadkowie i kolejne gazety (nieoceniona śledcza rola „Gazety Wyborczej” plus liryka towarzysząca Wojciecha Czuchnowskiego) przypomniały, że jednak w Smoleńsku Kaczyński ciało swego brata rozpoznał, pojawiła się jedna z najbardziej niesamowitych deklaracji w całej historii polskiej polityki: „O ile rozpoznałem ciało mojego śp. brata na lotnisku w Smoleńsku… o tyle, kiedy już widziałem ciało przywiezione do Polski w trumnie, to go nie rozpoznałem. Tutaj to był człowiek, który w ogóle nie przypominał mojego brata”. Dalej spór zszedł już na poziom rodziny, gdyż wiarygodność opowieści grozy Jarosława Kaczyńskiego zanegował osobiście zięć jego zmarłego tragicznie brata. Jednak szczypta fantazji i grozy (spora szczypta, właściwie kopiasta łopata) pojawiła się w samym sercu polskiej polityki. Skoro ciało jeszcze w Smoleńsku należące do Lecha Kaczyńskiego bez cienia wątpliwości, pod Wawelem stało się ciałem kogoś innego, zupełnie Jarosławowi Kaczyńskiemu nieznanego, „body snatchers” (porywacze ciał) musieli zaatakować w drodze, gdzieś pomiędzy Rosją a Polską (uderzyli w samolocie? To całkiem możliwe, przecież, jak pamiętają wszyscy widzowie kultowego filmu, „body snatchers” to piekielnie inteligentne zarodniki z kosmosu). W umyśle każdego uważnego widza Inwazji porywaczy ciał (a ja do takich widzów należę, widziałem ten film dokładnie sześć razy), rodzi się jednak podstawowa wątpliwość: po co „body snatchersom” straszliwie zmasakrowane ciało Lecha Kaczyńskiego (a po co jego ciało Rosjanom?)? Jak pamiętamy, te piekielnie inteligentne zarodniki po milionach lat błądzenia w zimnych otchłaniach kosmosu trafiwszy na Ziemię wybierały ciała bez wyjątku ŻYWE! Znaki zapytania się mnożą. Nihilistyczny polski Internet (chyba tylko Salon24 udaje powagę) od 48 godzin stara się odpowiedzieć na pytanie: po co „porywaczom ciał” była ta podmianka? Moją osobistą nagrodę w dziedzinie czarnego humoru otrzymuje pewien nihilista z Onet.pl, który sugeruje, że Rosjanie wcisnęli przy tej okazji resztki Lenina na Wawel („kiedyś się po nie zgłoszą, no i po Wawel oczywiście”), podczas gdy na Kremlu leży „Lech I Obrażony” (cyt. za anonimem). Hipoteza, jakkolwiek nieprawdopodobna, jest przynajmniej śmieszna (liczne dowcipy o „materiale do klonowania” nie mają już tej świeżości). Zatem chcieliście „Weird Tales”, no to je macie. Ale zanim strzelicie do grzmocącego w swój rozstrojony instrument pianisty, pamiętajcie, że to nie ja wprowadziłem estetykę amerykańskich wagonowych opowieści grozy do polskiej polityki, zrobił to Jarosław Kaczyński. Przypomnę: lider największej partii opozycyjnej, były premier RP, człowiek, który nawet mnie wydawał się kiedyś szansą naszej polityki. Ja jego „opowieści z krypty” tylko relacjonuję. W czasach dla mnie osobiście groteskowo smutnych. Apendyksem do tematu tego felietonu stało się moje przypadkowe spotkanie z Antonim Macierewiczem. Rzecz działa się bezlitośnie rano, w budynku radiowej „Trójki”. Macierewicz do komentowania „weird tales” Kaczyńskiego został zaproszony przez Michała Karnowskiego, a ja, na zaproszenie redaktora Krystiana Hanke miałem później komentować tematy z porannej prasy. Macierewicz ubierając płaszcz po zakończeniu rozmowy z Karnowskim zaczął powtarzać głośno, bardzo głośno, że nie rozumie wątpliwości wobec ostatnich wypowiedzi Kaczyńskiego, bo przecież „człowiek dotknięty ogromną osobistą stratą ma prawo do takich zachowań, a dziwić się temu mogą tylko ludzie niewrażliwi”. Po trzecim czy czwartym powtórzeniu przez byłego ministra tej „oczywistości” nie wytrzymałem i rzuciłem ze swojego kąta „nie!”. „Co nie?” - zapytał zdziwiony były minister? „Nie ma prawa do takich zachowań - brnąłem dalej - nawet dotknięty ogromną osobistą stratą, jeśli pełni funkcję publiczną, jeśli np. jest liderem największej partii opozycyjnej”. Antoni Macierewicz popatrzył na mnie szczerze zdumiony, komunikacja żadna między nami nie zaszła. Jak to zwykle bywa pomiędzy zaciśniętym po purytańsku kolesiem z Torunia (to niby ja), a malowniczym sarmackim politykiem prosto z Kongresówki (to Macierewicz), który język „wierności wobec bratowej i brata” wyssał z mlekiem matki i kiedy Jarosław Kaczyński tym językiem mówi, Macierewicz doskonale Kaczyńskiego rozumie. Problem jest tylko taki, że moim zdaniem Jarosław Kaczyński w „inwazję porywaczy ciał” sam wcale nie wierzy. Swoich „weird tales” używa wyłącznie do zarządzania sarmacką ekipą, jaka mu została. Widziałem go w moim życiu kilkanaście razy, kilka razy rozmawiałem z nim dłużej i za każdym razem stwierdzałem jedno i to samo: Jarosław Kaczyński to absolutny „control freak”, raczej zimny, „piekielnie inteligentny” (cyt. za S.I. Witkiewicz), obdarzony zupełnie niezłym, sarkastycznym dowcipem… - we wszystkich tych aspektach jest zresztą całkowitym przeciwieństwem swego zmarłego tragicznie brata. Jedyna obsesja Jarosława Kaczyńskiego, nad którą chyba jednak nie panuje, to przekonanie, że tylko on jeden wie, co by zrobił z władzą w Polsce, gdyby ją miał, i że ta władza w każdym innym ręku się marnuje. Cała reszta - także jego posmoleńskie „weird tales” - jest tylko instrumentem służącym do realizacji tej jednej, podstawowej i autentycznej obsesji, którą zresztą Kaczyński dzieli z wieloma politykami, czasem sporego formatu. PS. Gdybym nie musiał tego felietonu, z oczywistych względów, zatytułować „Inwazja porywaczy ciał”, nadałbym mu tytuł „Do przyjaciół Węgrów”. Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...