|
Od soboty rano na Krakowskim Przedmieściu odbywała się dystrybucja społecznego szacunku. Oczywiście ta polska, polegająca na odbieraniu społecznego szacunku „tym drugim”, którzy „nie są nami”. Inne ognisko dystrybucji społecznego szacunku zapłonęło pod ambasadą Rosji. Tam dystrybucja społecznego szacunku odbywała się pod hasłami „Putin - morderca”, „Tusk - zdrajca”. W ten sposób dawny „ciemnogród” i „mohery”, „babcie bez dowodu” i „populiści” - wszyscy, którzy poprzednie rozdania dystrybucji społecznego szacunku przegrali, obiektywnie albo subiektywnie (zresztą w polityce nie ma żadnej „mieszczańskiej, empiriokrytycznej obiektywności”, zapytajcie Lenina, Gramsciego albo Schmitta), odgrywali się na swoich wieloletnich „oprawcach z III RP”, którzy poprzednie rozdania raczej wygrywali. Kaczyński podrzucił zdanie z Herberta, platformersi się oburzyli. Zwyczajny, polski, pseudopolityczny dzień świstaka.
Ale w sobotę, przy okazji naszej codziennej dystrybucji społecznego szacunku, dodatkowo jeszcze niszczono państwo, naszą politykę zagraniczną, stosunki polsko-rosyjskie, ład międzynarodowy w tej części Europy. W listopadzie ubiegłego roku Rosjanie przywieźli do Smoleńska kamień, by uczcić katastrofę smoleńską, ale przygotowując się jednocześnie do twardych negocjacji z Polakami na temat tego, co na tym kamieniu ma być napisane. Rosjanie uznali już wcześniej Katyń za zbrodnię komunistyczną, zbrodnię stalinowską; zrobił to Miedwiediew, zrobił to Putin, zrobiła to Duma. Nie chcą Katynia uznać za ludobójstwo, bo boją się konsekwencji prawnych wobec własnego państwa, a ich państwo jest na tyle silne, żeby jednostronnie nie dać sobie terminu „ludobójstwo” narzucić. Polska od dawna próbuje z Rosjanami termin „ludobójstwo” wynegocjować, bez większych sukcesów, obojętnie, czy rządzi akurat Kaczyński czy Tusk. Ale co tam negocjacje, co tam polityka międzynarodowa, kiedy przy kamieniu pojawiła się wdowa po prezesie Kurtyce z paroma ludźmi i przywierciła własną tablicę, gdzie „ludobójstwo” stało jak byk. I sprawa negocjacji załatwiona, tylko tchórzliwi Tusk czy Sikorski mogli na to nie wpaść, kiedy rozwiązanie było tak proste.
Zwolenników Chaveza, Ahmadineżada i Hamasu, miłośników latynowskiej estetyki politycznej na polskiej lewicy powinna taka akcja cieszyć i fascynować; polską prawicę cieszy i fascynuje na pewno. Ja nie jestem lewicowcem ani prawicowcem, ale przede wszystkim konserwatystą. Przy okazji tablicy uświadomiłem to sobie z jeszcze większą intensywnością. Konserwatyzm (nie mylić z jego imitacyjnym zdziczeniem propagowanym przez Legutkę, Ziemkiewicza i Cejrowskiego) zawiera przekonanie, że należy płacić podatki, że powinny być one progresywne, nawet jeśli zdaniem konserwatysty lepiej, żeby była to progresja łagodna. Że ci, którym się powiodło, i nieudacznicy tworzą jedną wspólnotę polityczną, że państwo jest wartością nadrzędną, ponad radykalnymi estetykami i radykalnymi interesami. Że nie należy być fanatykiem narodu, ale fanatykiem wartości takich jak wolność, sprawiedliwość, życie jednostki i jej prawo do poszukiwania szczęścia (przypominam, że prawo jednostki do życia, wolności i poszukiwania szczęścia to cytat z liberalno-konserwatywnej konstytucji amerykańskiej, a nie z nielubianych przez naszych prawicowych imitatorów gejów, feministek, Magdaleny Środy czy ABR).
Jeśli fanatycy narodu pomagają realizować wartości najważniejsze i uniwersalne, to są sprzymierzeńcami konserwatysty, jeśli nie, to są wrogami i konserwatysta ma prawo powiedzieć: naród tak, ale nie na warunkach, które wolność jednostki i jej prawo do życia i szczęścia naruszają. Ma prawo odwołać się przeciwko fanatyzmowi własnego narodu lub jego części do wartości uniwersalnych. I konserwatyści zwykle to robili. Kisielewski, bracia Mackiewiczowie, Bobkowski, nie lewacy przecież, potrafili mówić Polakom, kiedy ci wpadali akurat w histerię, rzeczy niewygodne, bo byli odważni. Dzisiejsi prawicowcy to zwyczajni tchórze. Fanatyzmowi swoich fanów nie potrafią się przeciwstawić, potrafią się tylko podlizywać, jeszcze go nakręcać, bo fanatyczny rynek konsumuje nawet publicystyczne towary z Lidla za cenę towarów sprzedawanych w butikach w Złotych Tarasach. Każdy producent i handlowiec cieszyłby się z tak ustawionego rynku.
Ziemkiewicz (niegdyś laureat nagrody Kisiela), Mazurek (tu nie potrafię nic dodać, bo nie wiem, kim Mazurek był „niegdyś”), Krasnodębski, Kaczyński… potrafią już tylko fanatyzm własnej wspólnoty narodowej rozbudzać, a kiedy już go rozbudzą, potrafią się tylko przed tym fanatyzmem płaszczyć, bez względu na to, jakie formy przybiera. W ten sposób dołączają do bardzo w Polsce bogatej historii ruchów antypaństwowych, realizują w najlepsze liberum conspiro, tyle że już nie wobec jakichś zaborców, ale wobec swojego własnego państwa, bo oni nie zauważają nawet różnicy. A boją się ich już nie tylko Tusk i Sikorski, którzy od listopada parę razy obiecywali Rosjanom rozwiązać problem tablicy przywierconej przez wdowę (ale nie mogli się przyznać, że i wdowy się boją). Boją się też Kwaśniewski i Nałęcz, boją się wszyscy. I pod ciężarem swojego własnego strachu politycznie polegną. Oczywiście ich strach jest zrozumiały, bo w Polsce wdowa jest od polityka silniejsza: popatrzcie sobie na Grottgera, jak nie wiecie dlaczego. Przyszedł jednak moment wspólnej wizyty przy kamieniu prezydentów Rosji i Polski, w obecności kamer telewizji z Rosji i z Polski, i Rosjanie wymienili płytę - bo nie zrobili tego Polacy, którzy bali się wdowy. Kwaśniewski, Nałęcz, Tusk, Sikorski…, wszyscy to wiedzą i wszyscy boją się to powiedzieć wprost. Sądzą, że histerię można przeczekać. Otóż nie można, chociaż co z nią zrobić, to ja też nie wiem.
Wiem tylko jedno. Państwo, w którym politykę zagraniczną uprawia wdowa, choćby i po samym prezesie Kurtyce, jest państwem istniejącym tylko przez przypadek, państwem skazanym na zagładę. Dzisiaj utrzymuje nas przy życiu przypadek geopolitycznego ładu powstałego w Europie po roku 1989, przypadek istnienia Unii Europejskiej, przypadek, że Niemcy postanowili realizować swoje narodowe interesy za pośrednictwem UE, a nie bezpośrednio, z użyciem swego wypasionego jak BMW niemieckiego narodu, wreszcie przypadek, że Rosjanie uznali za priorytet odbudowę i modernizację własnego kraju, nawet jeśli ona nie do końca im wychodzi i czasami łatwiej jest ich przywódcom poudawać przed własnym ludem mocarstwowców w niedocerowanych i niedopranych szynelach Armii Czerwonej. Ale kiedy te wszystkie przypadki się skończą - jeśli się skończą, bo nie życzę tego ani Polsce, ani sobie, tak jak życzą tego i Polsce, i sobie ludzie marzący, aby z emigracji albo ze sztabu w bunkrze zagrzewać polskich cywilów do kolejnego powstania warszawskiego - to skończy się też Polska. Bo dzisiejszy stan polskiej polityki, od której istnienie państwa najbardziej zależy, nie pozostawia najmniejszej wątpliwości: polskie państwo samo z siebie, bez międzynarodowych podpórek, przetrwać nie może. Wszyscy zajęci są w nim dystrybucją społecznego szacunku w sposób, który uniemożliwia jego przetrwanie.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...