|
Jarosław Kaczyński wciąż pozostaje jednym z najsprawniejszych polskich polityków. W parę zaledwie miesięcy zdołał dokonać tego, czego od dekad – a właściwie nigdy – nie udało się dokonać ani polskiej lewicy, ani polskim liberałom. Sprowokował mianowicie dwie masowe manifestacje antyklerykalne. Pierwszą, razem z Dziwiszem, w Krakowie, jeszcze w dniach żałoby posmoleńskiej, odbywającą się pod krakowską kurią w proteście przeciwko decyzji o złożeniu Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. I drugą, o wiele bardziej masową, w nocy z 9 na 10 sierpnia w Warszawie, w proteście przeciwko nieistnieniu w Polsce świeckiego państwa i świeckiej sfery publicznej. Jak tak dalej pójdzie, tandem Kaczyński-Macierewicz zasłuży się dla sekularyzacji Polski nieporównanie bardziej niż tandem Boy-Krzywicka. Tym bardziej, że Kaczyński nie zejdzie już z wybranej przez siebie drogi. Po traumie 4 lipca, która dotknęła go bez porównanie bardziej niż trauma 10 kwietnia, postanowił zabrać ze sobą do politycznego grobu zarówno polski patriotyzm jak i polski katolicyzm, mszcząc się na nich za to, że jednak nie zapewniły mu władzy nad Polską.
Prawicowy szantaż Smoleńskiem, jawne stwierdzenie, idące od PiS po „Rzeczpospolitą” (tę ostatnią z wyłączeniem ostatnich dwóch tygodni), idący od Jarosława Kaczyńskiego po Bronisława Wildsteina, od Antoniego Macierewicza po Rafała Ziemkiewicza, od Zbigniewa Romaszewskiego po Tomasza Terlikowskiego, od Teologii Politycznej po Frondę… – brzmiał po prostu tak: „ponieważ Lech Kaczyński się zabił, w imię tej ofiary musicie nam oddać władzę polityczną i ideową nad Polską, bo wy jesteście chorążymi podłego i pozbawionego sensu życia, podczas gdy my jesteśmy chorążymi pięknej i przepełnionej sensem śmierci”. Sądziłem, że szantażyści, którzy wszystkim innym zarzucali „wykluczenie się z polskości”, zamilkną po przegraniu wyborów prezydenckich, ale nie zamilkli. Jednak ta próba ostatecznego pomieszania zdegenerowanej polityki ze zdegenerowaną religią pod sztandarem zdegenerowanego pseudomesjanizmu, wywołała w końcu reakcję, która ma ogromny potencjał polityczny.
Ten polityczny potencjał to nie potencjał na rewolucję bolszewicką, Badiouańską, Żiżkowską… To potencjał na rewolucję burżuazyjną, która jednak w Polsce nigdy jeszcze nie miała miejsca. Wystarczyło spojrzeć na profil estetyczno-społeczny wielotysięcznego tłumu wypełniającego Krakowskie Przedmieście w nocy z 9 na 10 sierpnia. To była wielkomiejska mieszczańska młodzież tęskniąca do sekularnej emancypacji, której polska polityka w ogóle jej nie oferuje, bo wciąż jest rozpięta pomiędzy Kaczyńskim przy Rydzyku i Komorowskim przy „umiarkowanych biskupach”, no i jest jeszcze, „bardziej na lewo” Jacek Majchrowski przy kardynale Dziwiszu. Analogiczny do tłumu na Krakowskim Przedmieściu podmiot społeczny rozpoczynał – fakt, że wiele wieków temu – Rewolucję Chwalebną w Anglii czy Wielką Rewolucję Francuską. Wbrew Engelsowskiej redukcji, także wówczas bardziej chodziło o „godność i suwerenność” niż o sam tylko „chleb”.
Tak więc „Ruch 9/10 sierpnia” to może być potencjał na rewolucję burżuazyjną, bo polskie społeczeństwo dwadzieścia lat po końcu PRL-u nie jest już w 100 procentach feudalne, i to pomimo wysiłku wielu markizów i markiz, wielu hrabin i hrabiów, postkomunistycznych i postsolidarnościowych, czerwonych i czarnych. Ale ludzie, którzy uczyli się historii, choćby w szkole średniej, może pamiętają, że praktycznie wszystkie ciekawe rewolucje w Europie były „zaledwie” burżuazyjne. W ich bliższej lub dalszej konsekwencji, w krajach, gdzie rewolucje burżuazyjne (czasem, choć nie zawsze połączone z religijną reformą) wygrały, pojawiała się z czasem silna socjaldemokracja, wpływowe ruchy emancypacyjne, świeckie państwo i świecka sfera publiczna… wszystkie te zjawiska uważane dzisiaj za mrzonki przez zdecydowaną większość polskiej klasy politycznej i polskiej klasy medialnej, a jednak mrzonki, które kiedyś mogą także zaistnieć w Polsce, pod warunkiem, że jakaś rewolucja burżuazyjna wcześniej się tutaj odbędzie.
Kto jednak nazwie polityczny potencjał „Ruchu 9/10 sierpnia”, będącego reakcją na „Ruch 10 kwietnia”? (Liderzy „Ruchu 10 kwietnia”, Wipler i Potocka, już nazwali swój ruch „polskim odpowiednikiem Tea Parties Movement” czyli zjawiska politycznego, które za największą degenerację amerykańskiej polityki uważa nawet część amerykańskich Repubikanów) Kto „Ruch 9/10 sierpnia” politycznie zinterpretuje i stanie na jego czele? Kto nie pozwoli go zmarnować, nie pozwoli mu się osunąć w jałowy i chwilowy antyklerykalizm, który może zostać potępiony jako „nihilizm” przez polityków i media od Gowina po Kaczyńskiego i od TVP S.A. po „Rzeczpospolitą”? A po napiętnowaniu go jako „nihilizm”, może się obrócić w poczucie winy i kolejną kapitulację przed siłami polskiego feudalizmu? Czy „Ruch 9/10 sierpnia” nazwie i politycznie zorganizuje partia Palikota (większość rewolucji burżuazyjnych miała swoją fazę bonapartystowską)? Czy może uczyni to lewica Napieralskiego (dzisiaj podobna raczej do Francuskiej Partii Komunistycznej w Maju ’68, PZPR-owsko-konserwatywny Jacek Majchrowski musiał się ze strachu posikać w swoją koronkową pościel obserwując transmisję z Krakowskiego Przedmieścia i zastanawiając się, co na to powie kardynał Dziwisz, czy pozwoli mu rządzić Krakowem przez kolejną kadencję)? Nawet Tusk z Lewandowskim mogliby stanąć na czele tej burżuazyjnej rewolucji, gdyby byli to Tusk i Lewandowski z okresu wczesnego KL-D. Dzisiejszy Lewandowski wyemigrował przed polskim feudalizmem do Brukseli, a Tusk został przez polski feudalizm sprowadzony do pionu, nauczony przezornej zachowawczości.
A Krytyka Polityczna, jaką rolę wybierze w tej sytuacji? Sławomir Sierakowski od wielu lat tęsknił za polskim Majem ’68 (przypominam, kolejną radykalniejszą falą rewolucji burżuazyjnej we Francji, dlatego FPK tak Maja nie lubiła). Nie były „polskim Majem ‘68” kilkunastoosobowe protesty uczniów z Bednarskiej przeciwko Giertychowi, mimo histerycznego wręcz wsparcia wszystkich ówczesnych liberalnych mediów. Jest takim Majem sierpień 2010, mimo zakłopotanego bełkotu większości liberalnych mediów, spacyfikowanych wcześniej przez smoleńską katastrofę politycznie i dyskursywnie ujeżdżaną przez pseudokatolicką prawicę.
Od TVP S.A., a nawet TVN-u, po „Rzeczpospolitą” („Gazeta Wyborcza” jest tu wychylona najbardziej w stronę świeckości, jest nieomalże skłonna poprzeć „Ruch 9/10 sierpnia”, choć ostatecznie przeważy tam pewnie naturalny konserwatyzm Jarosława Kurskiego) media głównego nurtu przeciwstawiają sobie wizerunek „smutnych i godnych obrońców krzyża upamiętniających tragicznie poległe ofiary”, i „rozkrzyczaną, nihilistyczną młodzież, godność ofiar lekce sobie ważącą”. Czy jednak rzeczywiście np. Jarugę-Nowacką upamiętniają zmobilizowani przez PiS, „Gazetę Polską” i Radio Maryja ludzie wygrażający innym od Żydów i satanistów, czy też może właśnie oni jej pamięć pod Pałacem Prezydenckim codziennie bezczeszczą? A jej i jej wizji świeckiego państwa w Polsce być może po raz pierwszy oddały publicznie hołd tysiące młodych ludzi skandujących na Krakowskim Przedmieściu hasło: „Do kościoła!”
„Do kościoła!” to bowiem hasło sensowne, ciekawe, które naprawdę warto zinterpretować i wyartykułować politycznie. Oznacza ono, czy też raczej, może ono oznaczać, wezwanie do budowania w Polsce świeckiego państwa i świeckiej sfery publicznej. A także wezwanie polskiego Kościoła, aby „powrócił do kościoła”, opuszczając nieudolnie przez siebie zawłaszczaną sferę świeckiego państwa, władzy i polityki. Oczywiście pojawia się wątpliwość, czy abp. Sławoj Leszek Głódź, abp. Józef Michalik, Jan Pospieszalski, Rafał Ziemkiewicz, chłopcy z „Teologii Politycznej” i wielu, wielu, innych, gdyby zostali kiedyś naprawdę zmuszeni „powrócić do kościoła”, będą jeszcze w ogóle wiedzieli, co się w tym kościele robi? Czy po swojej fascynującej przygodzie z polityką i władzą - bo tylko polityka i władza, a nie żadna wiara ich „kręci” - będą jeszcze umieli poszukać Boga w labiryncie kontrreformacyjnego baroku, który polskie kościoły wypełnia i symbolicznie blokuje od XVII wieku? To już inne pytanie, bardzo ciekawe, na które odpowiedź nie jest wcale oczywista.
Kto zatem zinterpretuje „Ruch 9/10 sierpnia”, kto uczyni go ruchem politycznym, kto na jego czele choć odrobinę zsekularyzuje Polskę, która, jak widać, do częściowej przynajmniej sekularyzacji jest już przygotowana? Może to zrobić nowa polska lewica, choć może ją też pochłonąć dalsza fascynacja krzyżem na Krakowskim Przedmieściu jako wspaniałym, zrealizowanym przez Kaczyńskiego „powrotem emocji w polityce” czy „powrotem polityczności”. Nowa polska lewica może się udać na kolację z Kaczyńskim i dalej spierać się z Michalskim o to, czy „bezduszny liberalizm” nie jest gorszy od Kaczyńskiego, Macierewicza, Powstania Warszawskiego i PiS-owskiego krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Ale to byłby właśnie jałowy estetyzm, podczas gdy lewicowa polityka, a przynajmniej potencjał dla lewicowej polityki, pomaszerował Krakowskim Przedmieściem w nocy z 9 na 10 sierpnia. Gdyby nowa polska lewica nie wykorzystała tej szansy, jeśli wybierze dalsze roztkliwianie się na Jarosławem Kaczyńskim, to ona sama stanie się Francuską Partią Komunistyczną wobec Maja ‘68. Politycznie jałową, nawet jeśli nieskazitelnie ortodoksyjną. Chciałoby się czasem do wytwornie ortodoksyjnych nowolewicowych dziewcząt i chłopców krzyknąć: „macie wreszcie, do cholery, realną politykę przed oczami, a wy, zamiast wziąć ją w garść, zajmujecie się swoim sentymentalno-teoretycznym fiku-miku!”.
Jeśli jednak nikt się „Ruchem 9/10 sierpnia” politycznie nie zajmie, to zamiast „polskiego Maja ‘68” wyjdzie z niego niezdolna do politycznej artykulacji „masa przedkrytyczna”. Przedstawiana jako „nihilizm” przez TVN, przez „Rzeczpospolitą”, przez Gowina, przez Kaczyńskiego… Jeśli Krytyka Polityczna do czegoś się przez te 10 lat przygotowywała, to właśnie do tego, żeby wydarzeniom takim jak te z nocy 9 na 10 sierpnia nadać sens polityczny. Żeby zamiast naiwnego antyklerykalizmu, w istocie dla Kościoła i dla prawicy niezwykle politycznie wygodnego, „Ruch 9/10 sierpnia” stał się dojrzałym i skutecznym politycznym ruchem na rzecz świeckości państwa. Nie ma tu żadnej sprzeczności z sensownym zainteresowaniem się przez KP postsekularyzmem. Postsekularyzm, taki, jakim go widzą Habermas czy Gauchet, jest wezwaniem do pojednania lub przynajmniej negocjacji pomiędzy świeckim rozumem i wiarą w społeczeństwach, w których sensowna sekularyzacja już zaszła. Sekularyzacja jest zatem warunkiem postsekularnego pojednania. W Polsce sekularyzacja jeszcze nie zaszła, jej wehikułem może być jedynie „rewolucja burżuazyjna”, tym bardziej, jeśli choćby w jakimś stopniu zostanie ona zinterpretowana i politycznie ukierunkowana przez lewicę.
Także, a nawet przede wszystkim polskiemu Kościołowi „powrót do kościoła” dobrze by zrobił. Może nawet uratowałby go przed dalszą degeneracją, której stygmatami są Leszek Sławoj Głódź, Józef Michalik, Tadeusz Rydzyk, Paetz koncelebrujący mszę w święto Niepokalanego Poczęcia czy Wielgus koncelebrujący mszę w intencji Popiełuszki. Dzisiejszy żałosny polski cezaropapizm – nieudaczny zarówno w wykonaniu biskupów, jak i w wykonaniu prawicowej władzy świeckiej - jest najszerszą furtką do sekularyzacji, przed którą kiedyś ostrzegał Tadeusz Bartoś, sekularyzacji nie przez Sobór Watykański II, nie przez późny protestantyzm, nawet nie przez Robespierre’owską Religię Rozumu, ale przez hipermarkety i Jolę Rutowicz. Czyli takiej sekularyzacji, w której z etycznego dziedzictwa judeochrześcijaństwa w nowoczesności naprawdę nic nie zostanie.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...