|
O istnienie szatana (a dokładniej o jego istnienie w Nergalu) pokłócili się ze sobą katoliccy księża, a także świeccy święci z naszych NGO-sów wychowani w KIK-ach (patrz Jan Jakub Wygnański). Dla wielu (Terlikowski, Tekieli i reszta Legionu) to najlepszy dowód na to, że szatan bez wątpienia w Nergalu zamieszkał, dla mnie jednak jest to jedynie dowód na różnorodność natury ludzkiej (w pewnych, wcale nie tak szerokich granicach), która różnych ludzi do różnych wyborów prywatnych prowadzi.
Pojawił się bowiem w tym sporze idiotyczny argument, że skoro do telewizji publicznej nie wpuszczono by nazisty kwestionującego Holocaust, to i satanistę twierdzącego, że Biblia to kłamstwo, trzeba stamtąd wyrzucić. Nie ma na to zgody nawet w tym kraju, gdzie liberalna elita elit (znów Jan Jakub Wygnański) wie o liberalizmie i świeckości państwa mniej niż ambitny konserwatywny francuski chłop z wyższym wykształceniem rolniczym (mam na myśli Michela Houellebecqa tęskniącego prywatnie za katolickim matriarchatem, ale publicznie broniącego świeckości francuskiego państwa przed roszczeniami różnych religii).
Istnienie Hitlera, tak jak istnienie Stalina, jest kwestią publiczną nawet w liberalizmie. Istnienie obozów koncentracyjnych i GUŁAG-u to fakty. Istnienie szatana (tak jak istnienie Boga, niestety) jest w świecie liberalnym kwestią prywatną, która nie może determinować kształtu ładu prawnego i instytucjonalnego. Obowiązuje on bowiem również ludzi, którzy w Boga i szatana nie wierzą. Wiara nie jest wiedzą i na tej nad wyraz subtelnej różnicy ufundowany został ład liberalny.
Kiedy dla wierzących w Europie wiara była wiedzą, twardą wiedzą polityczną, twardą ideologią władzy (czy to może szatan podpowiedział chrześcijanom tę okrutną pomyłkę?), w imię krzyża dokonywano tu nieustających rzezi, których ofiary szły w dziesiątki milionów (a co działo się wówczas w imię krzyża poza granicami Europy?). Nie to, żeby później świecki spór o fakty oraz ich znaczenie nie spowodował masakr równie okrutnych, a z racji rozwoju technologii zabójstwa nawet bardziej masowych (patrz XX wiek). Przynajmniej jednak chrześcijaństwo, od kiedy zostało raz na zawsze oddzielone od pewności publicznej, od narzędzi władzy, nie jest już źródłem i usprawiedliwieniem rzezi. Wyjątkiem była Hiszpania i od razu tam katolików poniosło (patrz Cmentarze pod księżycem Georges’a Bernanosa).
Polskę też czeka oddzielenie prywatnej hipotezy wiary od publicznej pewności świeckiej wiedzy i władzy. Bo wiara nie jest wiedzą (i władzą), bo wiara nie jest świecką pewnością. Pomylenie wiary z publiczną, państwową pewnością degeneruje zarówno wiedzę i władzę, jak też religijną wiarę (nie wierzycie, to popatrzcie na Paetza, Wielgusa, Rydzyka, Meringa, Tekielego, Terlikowskiego). Wolałbym, żeby to oddzielenie wiedzy i władzy od wiary zaszło w Polsce łagodnie. Mam jednak dziwne przeczucie (oczywiście jestem przewrażliwiony, jak to inteligent), że bez takiej czy innej przemocy się nie obejdzie.
Oczywiście każda realność to półcienie, półtony. Dlatego uważałem i nadal uważam za głupi błąd decyzję Juliusza Brauna, aby nauczanie Polaków świeckości państwa rozpocząć od pokazania im Nergala w telewizji publicznej, a nie od nauczenia świeckości Bronisława Komorowskiego. Ten o istnieniu świeckich instytucji publicznych chyba nawet nie słyszał, tak przynajmniej można pomyśleć, oglądając go z towarzyszeniem kamer telewizji Brauna na każdej kolejnej procesji. Ale „chytrość rozumu” (cyt. za G. W. F. Hegel) sprawia, że rewolucje wybuchają, zmieniają się epoki i style myślenia. Wszystko to z ludzkich błędów, lenistwa, drobnych interesików i niecnych zamiarów, a nie z książek napisanych przez najmędrszych filozofów ludzkości. Zatem rozum chytrze posłużył się w Polsce Juliuszem Braunem do wywołania konfliktu, który odbiera właśnie Platformie sporo dobrych katolickich głosów (podczas gdy PiS w najlepsze łowi na Nergala), ale dla patrzących i widzących jest zapowiedzią historycznego momentu, gdy w Polsce albo narodzi się świeckie państwo, albo przynajmniej wybuchnie pierwsza poważna zadyma o świeckość (mam nadzieję, że o świeckość, a nie o wojujący ateizm). Nigdy jej jako konserwatysta nie chciałem, ale jako liberał i socjaldemokrata uważam ją za konieczną.
Dwa kluczowe fronty lewicy słabo są w Polsce bronione. Tak się składa, że są to także kluczowe fronty liberalizmu (nie mówię „neoliberalnego zdziczenia”) i konserwatyzmu (nie mówię „zdziczenia neokonserwatywnego”). Świeckość państwa, oddzielenie religii od władzy świeckiej, dla dobra zarówno religii jak też państwa – to jeden z tych frontów. Drugi front to walka w obronie samego przetrwania społeczeństwa (a nie tylko „pojedynczych mężczyzn, kobiet i ich rodzin”, cyt. Margaret Thatcher), walka o przypomnienie sobie powodów, dla których na Zachodzie narodziła się kiedyś redystrybucja, progresja podatkowa, powszechne kształcenie, system stypendialny, powszechne ubezpieczenia zdrowotne i społeczne, prawo pracy i związki zawodowe.
Oba fronty padają dziś w Polsce pod ciosami dziczy – dziczy politycznej (Poncyliusz z muszką Korwina), biznesowej, medialnej, neoliberalnej, neokonserwatywnej i pseudokatolickiej (pseudo, gdyż Kościół miał kiedyś przynajmniej jakiś cień społecznego nauczania, dzisiaj już go nie ma). A gdzie jest lewica? Polityczna? Skuteczna? Czemu nie powstaje?
Przepraszam, że tak Trylogią mi się poleciało (zawsze lubiłem heroiczny styl w felietonie), ale faktycznie nadszedł czas, żeby jakiś lewicowy (liberalny, konserwatywny) pułkownik Wołodyjowski z grobu się podniósł, by obronić lub choćby wytłumaczyć Polakom powód, dla którego oddzielenie religii od władzy świeckiej jest dobre i dla religii, i dla władzy świeckiej. I aby obronił lub choćby wytłumaczył Polakom, dlaczego należy chronić przed atakiem dziczy społeczeństwo.
Palikot może się przydać na pierwszym froncie – walki o świeckość państwa (tym, którzy twierdzą, że trzeba go usunąć z polskiej sfery publicznej, bo zagraża pokojowi społecznemu odpowiem: dobrze, ale tylko jak jednocześnie usunie się z niej bp. Meringa i abp. Głódzia). Na tym drugim jednak, walki w obronie społeczeństwa, Palikot nie na wiele się przyda, bo sam te wały wysadza. Nie rozumie, dlaczego należałoby bronić społeczeństwa (a nie tylko wolności pędzenia bimbru, robienia kiełbasy i palenia marihuany), bo sam – jak całe moje pokolenie, a jak widzę również pokolenia młodsze – nigdy w żadnym społeczeństwie nie żył, nigdy żadnego społecznego ładu nie zaznał. Zatem kto? Zatem kiedy? Zatem „co robić”? To wy mi powiedzcie.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...