|
Assange, tak jak Taras na Krakowskim Przedmieściu, tak jak Maj 68 w uporządkowanym świecie stalinowskiej Francuskiej Partii Komunistycznej, tak jak pierwsza „Solidarność” (przez chwilę) w retroutopijnym świecie „utraconej PRL-owskiej wspólnoty” (cyt. za Tomasz Piątek, znany retroutopista)… tak jak wszystko co żyje - nie pasuje do żadnej ideologicznej matrycy. Assange, kiedy spojrzeć na jego biografię, sam jest produktem odpadowym kapitalistycznej globalizacji, jest jej śmieciem, jej „resztką” (tym razem sampluję język lewicowy). I właśnie dlatego potrafił zadać jej jedyny zauważalny cios, po którym warto sobie przypomnieć i sparafrazować Jacka Kuronia. Warto zaapelować do wyczerpanych ludzi młodej lewicy („nowa lewica zmęczenia”?): zamiast złorzeczyć na globalizację, twórzcie własną!
Jak pamiętamy (dalszy ciąg tego zdania będzie cytatem za Zygmuntem Baumanem i wieloma, wieloma innymi) globalny rynek pozostawił za sobą wydrążone, bezsilne i sprowadzone do grotestkowych, najczęściej czysto fobicznych zachowań, narodowe państwa, narodową politykę, narodowego Kaczyńskiego i narodowego Napieralskiego, narodowego Dorna, narodowych obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu… Globalny rynek pozostawił też daleko za sobą bezradne narodowe media. Nawet lemonda i niujorktajmsa, nie mówiąc już o „Gazecie Wyborczej” czy „Rzeszypospolitej”, a nawet - żeby nie było w tym żadnej prywaty, a tylko sam imperatyw moralny, oczywiście według Kanta a nie według Kaczyńskiego - nie mówiąc już o „Dzienniku” kiedy tam pracowałem, który był może axlowski w biznesowej treści („Der Dziennik”, cyt. za Piotr Stasiński), ale narodowy w formie. Równie narodowy w formie jak „Gazeta Wyborcza”, że pozwolę sobie zakończyć tę naszą narodową licytację.
Ale chrzanić narodowy wymiar, Wikiliks jest dziennikarstwem, jakie my, ludzie narodowych mediów, zawsze pragnęliśmy uprawiać, ale nie mogliśmy, bo rączki za krótkie. Jest mega przeciekiem, a nie jednym z setek „przecieczków” dostarczanych „narodowym” redakcjom codziennie na polityka PiS przez polityka PO, albo na polityka PO przez polityka PiS, albo przez jednego polityka PO na drugiego czy przez jednego polityka PiS na drugiego… Wikiliks nie jest z poziomu tych przynoszonych do każdej z naszych narodowych redakcji donosów „ludzi Tuska” na „Kaczory” i ich „dorsza za 8 zł”, na stare szefostwo CBA przez nowe, na nowe przez stare, na poprzedniego prezydenta przez ludzi nowego, na nowego przez ludzi poprzedniego… Wikiliks to przeciek globalny, wielki jak Miś, na miarę kapitalistycznej globalizacji. Assange jako pierwszy - globalny rynek spróbował skontrolować za pomocą globalnego medium, a słynny „swobodny przeływ kapitału” zdołał na krótką chwilę (zanim go nie wsadzono za gwałt, a Visa, MasterCard i PayPal nie zablokowały przelewów) zrównoważyć swobodnym przepływem informacji.
Rozumiem niepokój związany z wikiliksem, wyrażony przez Barłomieja Sienkiewicz na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Jego tekst to była zresztą jedyna rzeczowa krytyka wikiliksa, przy której nie wkurzałem się na cynizm piszącego, ale płakałem jak dziecko uczone wybierać między Antygoną i Kreonem w psychodramie, jaką co roku organizowały dla nas nauczycielki polskiego w pierwszej licealnej. Bo wolność informacji, prawdziwa wolność, wolność przecieku, wycieku, dziennikarskiego śledztwa - ma oczywiście na swojej drugiej szali odpowiedzialność za bezpieczeństwo państwa, za stabilność demokracji… Rozumiem zatem troskę Sienkiewicza o los Ameryki, tego słabego i wrażliwego globalnego mocarstwa zagrożonego przez przecieki wikiliksa. Razem z Sienkiewiczem wychowaliśmy się w czasach, kiedy trzeba było tego wrażliwego mocarstwa bronić, a my robiliśmy to chyba nad Wisłą skutecznie. Wykonaliśmy swoje zadanie i dziś nie żyjemy już w czasach, kiedy Rosjanie wkraczali do Angoli, Etiopii i Afganistanu (czasem z towarzyszeniem Kubańczyków i Ryszarda Kapuścińskiego). Nie żyjemy już w czasach, kiedy Jean-Francois Revel pisał swoje katastroficzne dzieło „Jak umierają demokracje”. Dzisiaj USA ma budżet obronny o połowę większy od zsumowanych budżetów obronnych wszystkich jego „najgroźniejszych konkurentów do władzy nad światem”. Władzę w Waszyngtonie można już dzisiaj naprawdę próbować kontrolować bez obawy, że się Amerykę tak szybko obali. Może w przyszłości zagrożą jej Chiny, ale Chiny też padły ofiarą wikiliksa, przecieki na ich temat też się ukazały. Ameryka jest dzisiaj centrum ogromnej władzy, a każdy liberał wie, że im władza większa, tym silniejszej kontroli wymaga. Tymczasem ani dla władzy Ameryki, ani dla władzy kapitalistycznej globalizacji - takiej skutecznej kontroli dzisiaj nie ma.
Czy przecieki dotyczące agentów i dyplomatów są groźne? Groźne, zgodzę się z Sienkiewiczem. Tylko dlaczego administracja Busha (ach, co powiedzą Wildstein, Ziemkiewicz, Krasnodębski, Legutko i inni bushowyznawcy), celowo „spaliła” tożsamość agentki CIA, żeby ukarać jej męża, amerykańskiego dyplomatę, który próbował dotrzeć do opinii publicznej z informacją, że „wywiadowcze dane” na temat dostarczania do Iraku uranowych „ciasteczek” to celowy montaż? To z kolei nie jest akurat wyciek z wikiliksa, ale z książki opublikowanej przez jednego z rozczarowanych pracowników administracji Busha w 2008 roku (kiedy zresztą „rozczarowanie” do Busha zaczęło być w cenie na Wschodnim Wybrzeżu, trochę podobnie jak rozczarowanie do Jarosława Kaczyńskiego w redakcjach „Rzeczpospolitej” czy „Teologii Politycznej” po 4 lipca b.r.).
Warto zatem kontrolować Amerykę, bo nie ma ona dzisiaj konkurenta do władzy nad światem. Podobnie jak warto kontrolować np. globalne korporacje farmaceutyczne, które urządzały w Nigerii doświadczenia na dzieciach, a kiedy dzieci umierały, szantażowały skorumpowanego prokuratora generalnego Nigerii, żeby zapłacić o kilkadziesiąt, a może o kilkaset milionów dolarów mniej odszkodowania. Dzięki wikiliksowi to już nie są „oszczerstwa” z poziomu lewackich zinów czy ostatnich powieści Johna Le Carre, nie jest to wytwór wyobraźni demonicznych „ekoterrorystów”, którzy budzą Wildsteina po nocach. Jest to wiedza o cieniach globalnego kapitalizmu zawarta w oficjalnej korespondencji amerykańskich dyplomatów z Nigerii, ujawniona właśnie dzięki wikiliksowi.
Ja jestem zwolennikiem globalnego rynku jako siły rewolucyjnej. Emancypującej i alienującej zarazem, czyli - jak to mawiali klasycy - siły dialektycznej. Ale właśnie dlatego chcę dla globalnego rynku kontroli ze strony polityki czy mediów, bo bez tej kontroli globalny rynek już stał się zdziczałą otchłanią, a wkrótce będzie wyglądać jeszcze gorzej. Dla globalnego rynku jedyną skuteczną kontrolą jest jednak kontrola ze strony globalnej polityki, globalnych mediów, globalnej opinii publicznej. Dopóki takiej kontroli nie ma, globalny rynek będzie produkował patologie coraz większe, bez względu na bicie w bębny i okadzanie, jakiemu globalny rynek poddają jego lokalni szamani. Bez globalnej kontroli globalny rynek będzie produkował globalne zdziczenie, tak jak produkował je na skalę lokalną rynek w Anglii czy Niemczech, dopóki nie pojawiły się tam związki zawodowe, prawo pracy, socjaldemokracje (a także chadecje, konserwatyzmy… wszystko co nie było jedynie neoliberalnym zdziczeniem uznającym, że tylko rynek jest racjonalny i dlatego człowiek nie musi tworzyć dla rynku żadnych politycznych mechanizmów równoważących).
Zdegenerowani narodowcy z epoki degeneracji polityki narodowej mówią: „po co nam jakiś Assange, ten śmieć i odpadek globalizacji, skoro my potrafimy kapitalistyczną globalizację bez trudu powstrzymać, skontrolować i zrównoważyć, tylko nadmijmy się, wymalujmy na fasadach faveli boliwijską (albo pisowską) flagę, pokryjmy fasady faveli zielenią ahmadinedżadowskiego autorytarnego islamu…”. Moim zdaniem, jak się zdegenerowani narodowcy jeszcze bardziej nadmą, to zwalą co najwyżej kupę w spodnie, albo im żyłka w mózgu pęknie, a globalnego rynku, globalnych korporacji, jedynego globalnego supermocarstwa - i tak swoją boliwijską, pisowską czy ahmadinedżadowską flagą nie zrównoważą, no chyba że jak w Korei Północnej w tę narodową flagę i w to narodowe zatwardzenie zapakują narodową bombę atomową. Ale nawet to nie jest żadne rozwiązanie, nawet to nie jest zapowiedź żadnego przyszłego racjonalnego i zrównoważonego świata, bo to jest zaledwie polityka „powstrzymywania” czyli zatwardzenia właśnie. Podczas gdy wikiliks jest padającym na nasze czasy cieniem (rozświetlającą mroki naszej epoki przejściowej jutrzenką?) przyszłości. Assange - niech mi Bartłomiej Sienkiewicz uwierzy - mimo całej swej „taniej demoniczności” (cyt. za S. I. Witkiewicz) jest w istocie liberalną odpowiedzią na degenerację liberalizmu w czasach globalizacji. Jest wytworem wewnętrznej dialektyki samej nowoczesności i błędem jest zestawianie go z jakąś islamską antynowoczesną rewoltą.
Oczywiście wolałbym, żeby Assange nie przedłużał stosunku, kiedy już gumka pękła - a ponoć to zrobił, co jak wiemy purytańskim gościom z CIA, FSB, BND, Komunistycznej Partii Chin czy wielkich farmaceutycznych korporacji tak strasznie od zawsze przeszkadza. Podobnie jak wolałbym, aby Polański nigdy nie skusił się na nastolatkę w wannie swego przyjaciela Nicholsona. Ale co zrobić, ujutni i purytańscy goście, tacy pochodzący z czasów „PRL-owskiej wspólnoty” (cyt. nieustająco za Tomasz Piątek) nie są bohaterami naszej przypowieści w ogóle. Oni niech sobie urządzają swoje pastisze PRL-owskich zakładowych wycieczek na grzybobranie, podczas kiedy ja, prowincjonalny burak z linii otwockiej podłączony do globalizacji dzięki Cyfrze + i Internetowi, będę się gapił na pierwszą globalną wojnę informacyjną czy raczej pierwszą globalną informacyjną partyzantkę z rozdziawioną gębą bikiniarza. I będę tę partyzantkę zachwalał, jako forpocztę przyszłego świata, w którym globalny rynek znajdzie dopełnienie w globalnej polityce, globalnych mediach, globalnej opinii publicznej.
Z tej perspektywy, ciekawszy do analizowania, ciekawszy politycznie i wart solidaryzowania się z nim jest dla mnie szesnastolatek ze Sztokholmu, do którego domu właśnie przyszły szwedzkie służby pozostające na sztywnym łączu ze służbami amerykańskimi, bo wraz z tysiącami innych wariatów atakował portale kart kredytowych za to, że łamią prawo (bo jak powiedział cyniczny wiceszef PeyPala w pewnej telewizji: „wiemy, że obsługiwanie WikiLeaks jest legalne, ale Amerykanie na nas nacisnęli, więc żeśmy ucięli przelewy, bo Oni potrafią człowiekowi popsuć interesy”). A lewicowi piewcy dawnej socjalistycznej i narodowej PRL-owskiej ujutności niech się zabawiają z Lisickim, Ziemkiewiczem, Wildsteinem, Krasnodębskim, Zarembą… - bo to jest ich liga. Liga narodowa. Ja wolę Ligę Mistrzów (no chyba, że chodzi o ligę narodową hiszpańską, gdzie jakiś czas temu Barcelona wyjątkowo malowniczo złomotała „Królewskich”).
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...