Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Wyznanie jawnego współpracownika Drukuj
Cezary Michalski   
20.01.2010
Zacznę od cytatu, obszernego, ale nieodzownego do ćwiczeń: …że wyjadę do Ameryki, że zobaczę Zachód, Niemcy, Anglię, Francję…? Ja? Prędzej przypuszczałbym, że Wiesław Różyc, ów niepokalany sopran sykstyński, a zarazem bohater najnowszej powieści Deotymy, pewnego poranku basem odezwie się w chórze Serafinów, prędzej przypuszczałbym, że broda jego gęstym pokryje się włosem, prędzej uwierzyłbym, że matki chrześcijańskie wydadzą składkowy obiad dla mnie, na którym l’abbe Wylizalski powie mówkę na moją cześć i zamianuje mnie p.o. zelanta przy najmłodszej i najprzystojniejszej ze swoich owieczek, prędzej uwierzyłbym, że Antychryst, jak mnie o tym zapewniała jedna z moich kuzynek z Wołynia, przyszedł już na świat, ma lat szesnaście, mieszka w Płockiem i utrzymuje handel żelaza w Płońsku…

Pewnego poranka przyszedłem do redakcji i wziąwszy do ręki jedno z pism naszych począłem je czytać. Było to jakoś w owym czasie, w którym odcinek mój o zelantkach zjednał mi taką sympatię w niektórych kręgach naszego społeczeństwa, że stałem się dla nich polnym marszałkiem wszelkich zastępów piekielnych. Zewsząd groziły mi niebezpieczeństwa. Chevalier Zielonogłowski, który już nie raz poprzednio wołał w celu ukarania mnie „o szpadę ojców swoich”, o mały włos nie zabił mnie w pojedynku, ale nie zabił tylko dlatego, że nie wyzwał; hrabianka Pipi wydawała zawsze un petit cri jak zraniony gołąb, ilekroć ujrzała nazwisko moje drukowane w którymkolwiek z pism warszawskich; w ciszy zaś każdego poranku dochodził mnie płacz świątobliwego oburzenia „Kroniki Soblonowskiej”. Ach! Nie piesek to zginął „Kronice” Milutek ani ziarenko z różańca; żadne z jej dzieci nie zabłąkało się w lesie grzechów „Przeglądu Tygodniowego”; a jednak płakała ciągle jak owa panna, która „słuchać wcale nie chciała/ tylko ciągle płakała/Mój zielony dzban/ Stłukł-ci mi go pan!”. Niestety, nie mogę ukryć, że powodem owego płaczu byłem ja, a raczej znów ten mój nieszczęśliwy odcinek o matkach chrześcijańskich. Ja to stłukłem ów zielony dzban pełen słodkiej wody wzajemnej adoracji…

Nie jestem jeszcze tak zepsuty, abym nie miał żałować za grzechy; przejęła mnie więc skrucha i począłem robić rachunek sumienia za siebie i za mego kolegę Prusa. Ach! Lista grzechów naszych była długa jak Bakałarze Adama Pługa. Namawialiśmy ludzi do zakładania straży ogniowych, szkółek, ochronek, jedwabnictwa, muzeów, resurs rzemieślniczych, ogrodów zoologicznych, spółek, banków, regulowania brzegów Wisły, do asenizacji, kanalizacji, giełd zbożowych. Nie dawaliśmy nikomu spokoju, jeździliśmy po komitetach, wołaliśmy o drogi bite; napadaliśmy na niewinne pograniczne spekulacje z okowitą, tak jak gdyby system wolnego handlu nie był wyższym od celnego; nie dawaliśmy ani chwili odpoczynku zalegającym w opłatach członkom rozmaitych towarzystw, tak jakby godziło się marnować grosz ciężko zapracowany na Bóg wie jakie niepewne cele. Słowem, daliśmy się we znaki najspokojniejszym obywatelom naszego kraju, obywatelom, którzy są hamulcem nie dozwalającym, aby wóz społeczny stoczył się w przepaść, hamulcem tak nawet silnym, że wóz społeczny nie tylko nie druzgocze się w kawałki po nieznanych drogach, ale stoi w miejscu, jak gdyby na cześć i chwałę komitetu szosowego zagrzązł w błocie na szosie pod Warszawą…


Kto opisuje z tak „nihilistyczną” swadą kraj, w którym każda modernizacja grzęźnie w przydrożnym błocie pod Warszawą? Kto kpić sobie ośmiela w taki brutalny sposób z l’abbe Wylizalskiego? Kto tak dalece nie wytrzymał nerwowo przeciągającej się dyskusji z polskim status quo, że wybucha zupełnie niestosowną agresją, rozgoryczeniem, pamfletowym szyderstwem, którego nie powstydziłaby się posłanka Joanna Senyszyn? To młody Henryk Sienkiewicz, z okresu pozytywistycznej modernizacji, zmarnowanej, spacyfikowanej, tak jak wszystkie tutaj. To on stworzył pamfletową galerię reprezentantów substancji tego kraju, prawdziwą w swoich czasach i aktualną do bólu półtora wieku później.

A więc i Sienkiewicz zdradził? Dzisiejszą prawicę, najświatlejszych, najlepiej intelektualnie przygotowanych spośród niej, powtarzających albo zamawiających gwoli publikacji w prasie, „w imię Sienkiewicza”, „w obronie Sienkiewicza” swoje i kolegów mantry przeciwko Brzozowskiemu i jego „bezdusznej” „imitacyjnej” modernizacji „à la Kroński”? Fakt, że o pokolenie późniejszej i nieco bardziej radykalnej niż ta pozytywistów, ale w której chodziło o to samo, o negocjowanie, a kiedy negocjować się niczego nie dało, przynajmniej o wykrzyczenie w twarze polskiemu status quo, paru słów prawdy. W ten sposób Sienkiewicz-Litwos zdradził nawet Wildsteina, który po całych dekadach liberalnego błądzenia po rozmaitych Paryżach i innych stajniach rozpusty, wreszcie dorósł do pokrzepiania serc, do Trylogii, do Wirów, do „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, do „polityki historycznej”.

Czy zamiast bawić się w tej piaskownicy wiecznego niedorozwoju, bić dla odmiany Sienkiewicza Brzozowskim, nie ciekawiej by było Sienkiewicza polskiej prawicy po prostu odebrać? Nie każdej możliwej polskiej prawicy, ale prawicy takiej, jaką mamy dzisiaj. Zabrać jej młodego Dmowskiego, młodego Legutkę (który bywał nieskazitelnie świeckim, a czasami nawet antyklerykalnym liberałem z autentyczną modernizacyjną obsesją), zabrać jej Krasnodębskiego z czasów, gdy potrafił jeszcze napisać Postmodernistyczne rozterki kultury, a nawet Upadek idei postępu (z „miękkości” tej książki on sam się dziś polskiej prawicy tłumaczy, w swoim nowym wstępie do drugiego jej wydania nakładem Ośrodka Myśli Politycznej). A może by tak zabrać dzisiejszej polskiej prawicy liberalizm, konserwatyzm, katolicyzm… wszystko. Bo ona z niczego, co mogłaby sama posiadać, nad czym sama mogłaby pracować, nie robi użytku. Dowodem na to jest choćby nie tak dawna polemika wokół wydania przez „Krytykę Polityczną” dwóch książek Brzozowskiego. Czy prawica ścigała się z KP na własne krytyczne wydania? Czy podjęła pracę nad myślicielem, który polską prawicę fascynował jeszcze w międzywojniu do tego stopnia, że to ona wtedy potrafiła „ukraść” go lewicy? Nie, od głównego prasowego tenora dzisiejszej prawicy można się było dowiedzieć, że „Krytyka Polityczna” dokonuje zawłaszczenia, a zdrajcą jest każdy, kto w tym zawłaszczeniu pomaga, bo Brzozowski przecież… nie był lewicowcem. Ostatnim krzykiem mody na prawicy jest dzisiaj szczycić się nieuctwem i do nieuctwa wzajemnie zachęcać, czy zatem nie byłoby fajnie zabrać także Sienkiewicza formacji, która co prawda bez reszty rządzi dzisiaj Polską, ale nie potrafi zrobić żadnego intelektualnego użytku z polskiego pozytywizmu, z tej heroicznej próby konserwatywnej modernizacji Polski. A z Sienkiewicza przeczytała wyłącznie Trylogię i Wiry.

Stawiam to pytanie z pełną świadomością ryzyka, jakie ono niesie dla „Krytyki Politycznej”, sformułowane na jej łamach, na jej internetowej stronie, nawet jeśli nie przez któregoś z jej redaktorów, ale zaledwie przez jej jawnego współpracownika. „Krytyka Polityczna” doskonale pamięta, wręcz rozpamiętuje, ważną lekcję, jaką przerobił wcześniej Adam Michnik, próbując odebrać Dmowskiego współczesnym endekom. Szczególnie młodego Dmowskiego, nieprzerażonego jeszcze rewolucją 1905 roku (bo tak samo, jak było się czym zachwycać w tamtej rewolucji, było się i czym przerażać, i warto by zbadać, dlaczego Dmowski, Sienkiewicz czy Prus tak bardzo się jej przestraszyli, że aż tak mocno przesunęło to ich wszystkich w stronę obozu antynowoczesnej reakcji). Eksperyment z Dmowskim to akurat był jeden z najciekawszych metapolitycznych eksperymentów Michnika i zupełnie nie z tego powodu miałem na jego punkcie „felietonową obsesję”.

Także „Krytyka Polityczna” uważa to doświadczenie Michnika za ważne. I dlatego postanowiła nie iść tą drogą, bo uważa, że takie eksperymenty mogą ją „przekręcić” na polską zachowawczość. Wciągnąć w „prawicowe bagno”. Sprawić, że zamiast być lewicową solą tej ziemi, ona swój smak utraci. Ja te argumenty i te obawy rozumiem. Ale rozumiem też gest zaproszenia mnie do „Krytyki” jako autora i współpracownika. Łącznie z oddaniem mi pewnej autonomii, którą chciałbym wykorzystać do opowiedzenia o konserwatywnej modernizacji (projekcie tak samo w dzisiejszej Polsce utopijnym i „radykalnym” jak modernizacja lewicowa) oraz o pomyśle Frontu Ludowego na rzecz liberalnej modernizacji Polski, do którego tworzenia „Krytyka Polityczna” ma już wystarczająco dużo zarówno instytucjonalnej siły, jak też kompetencji.

Nie tylko Adam Michnik przerobił na naszych oczach lekcję negocjowania z polskim status quo. Każdy z dziennikarzy, polityków, inteligentów, który miał okazję uczestniczyć w nieco bardziej prywatnej (o ile w stosunku do człowieka politycznego pojęcie prywatności ma jakikolwiek sens) rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim, usłyszał od niego zawsze tę samą, gorzką deklarację: kiedy mówiłem, co myślę, o polskim status quo, o polskim Kościele, o polskiej tradycji, o polskich stosunkach społecznych i obyczajowych, kiedy w sposób jawny byłem jeszcze „żoliborskim konserwatystą”, moja partia w tym kraju zbierała 4,5 proc. głosów i nie wchodziła do parlamentu. Kiedy mówię moim obecnym językiem, kiedy stałem się tym, kim jestem dzisiaj, moja partia zbiera 20, 30 i więcej procent. I nie tylko wchodzę do parlamentu, ale mogę walczyć o władzę.

Ponieważ nawet spośród współczesnych myślicieli lewicowych, nie wybieram Ranciere’a, który zadowala się krytyką władzy, ale Żiżka, którego za nieporównanie ciekawszy fenomen uważa jej sprawowanie, nie przytaczam tych słów po to, aby Jarosława Kaczyńskiego skompromitować, ale by oddać mu szacunek, taki sam, jaki „Krytyka Polityczna” oddaje Michnikowi, nawet nie zgadzając się z nim. Chrzanię świętoszków oburzonych na „nihilizm Kaczora”, dla mnie takie jego deklaracje, choć „nie powtarzane głośno swojemu ludowi”, są prawdą o polskim status quo, o jego silne. O skuteczności, z jaką przystosowuje ono do siebie, łamie, wygładza niewygodne kanty, ludzi o tak nawet silnym politycznym charakterze, z takimi ambicjami do suwerenności. Kaczyński, walcząc o władzę w Polsce dzisiejszej, posiadł o polskim status quo wiedzę praktyczną, ponurą. Tę samą wiedzę posiada Adam Michnik, choć także rzadko „mówi ją głośno swojemu ludowi”. Tę samą wiedzę dzisiejsza Polska wpoiła Leszkowi Millerowi, na co dowodem jest praktyka jego rządów i ewolucja poglądów.

Jeśli nie zrozumiemy tej diagnozy i wyrastających z niej rozmaitych strategii pragmatyzmu, instrumentalizacji, sloterdijkowskiego cynizmu w służbie modernizacyjnych wysiłków, zwykle zresztą grzęznących w błocie na szosie warszawskiej, nie tylko, że nigdy nie znajdziemy się „dalej” od Michnika, Kaczyńskiego czy Leszka Millera, ale do poziomu ich rozpoznań będziemy musieli dorastać przez całe życie, np. wyrastając z naiwnego radykalizmu, z dziecięcej choroby lewicowości, z bycia „dobrym człowiekiem”, z bycia naiwnym ideowcem zadowalającym się panowaniem w teatrze i literaturze, w kraju l’abbe Wylizalskiego i hrabianki Pipi, w którym idee nie mają żadnych konsekwencji. Życie nam na tym zdobywaniu tej wiedzy upłynie w całości i już nie starczy czasu na przezwyciężenie tej pozycji, na pójście dalej w Polsce. O ile w ogóle w Polsce da się pójść dalej. W co ani Michnik, ani Kaczyński, ani Miller nie wierzą. A nikt jeszcze nie udowodnił, że nie mają racji.

Czy Adamowi Michnikowi lub Leszkowi Millerowi to negocjowanie z polskim status quo się udało, nie mnie to oceniać, nie ja jestem lewicą, ani nawet z lewa nie przychodzę. Pozostawiam odpowiedź na to pytanie redaktorom KP. Ponieważ sam przychodzę z prawej strony, mogę powiedzieć, że Jarosława Kaczyńskiego jego gra zgubiła. Nigdy nie zostanie – o czym zawsze marzył – polskim Atatürkiem, nie tylko budującym tutaj autostrady, elektrownie atomowe, lotniska… ale także ścinającym brody bojarom, zrywającym kobietom czarczafy, wyznaczającym liberalno-konserwatywne granicę pomiędzy Kościołem i państwem, odpędzającym od władzy Marka Jurka i o. Rydzyka, zamiast ich do realnej władzy nad Polską niechcący przybliżać. Już nie jest nawet pewne, czy przygotowując się do odgrywania roli reprezentanta „skrzywdzonych i poniżonych” Jarosław Kaczyński sam nie stał się zaledwie jednym z nich. Szczerze przeżywającym „odrzucenie przez warszawski salon”, który – jak powiedział pewien inteligentny, choć pełen resentymentu doktorant – „wciąż trzyma w tym kraju liber chamorum”. To współodczuwanie ze społecznym resentymentem daje Kaczyńskiemu siłę. To daje siłę wszystkim nowoczesnym politykom resentymentu. Hitler nie mógł tylko manipulować resentymentem Niemców, musiał być nim dotknięty, nasze czasy bowiem, przy całym swoim instrumentalnym cynizmie, są jednocześnie czasami „autentyzmu” wymuszanego na rządzących przez samą już tylko zasadę demokratyczną. Obawiam się, że Kaczyński stał się dzisiaj autentycznie prawicowy, co jednak oznacza, że przestał być interesujący. Że konserwatywnej modernizacji Polski już nie przeprowadzi. Człowiek, który – moim zdaniem słusznie – wolał się pozbyć z partii Marka Jurka niż mu ulec, nie tylko dlatego, że nie chciał mieć wokół siebie innego suwerennego polityka, ale także dlatego, że jako rządzący pozwalał sobie jeszcze na posiadanie własnych poglądów, dziś, jako zepchnięty do narożnika opozycjonista, wsparty na najbardziej reakcyjnej odmianie polskości, tej pamfletowo opisanej przez Sienkiewicza, sam proponuje teraz konstytucyjną wiarę w Boga Wszechmogącego i zapisany w konstytucji bardziej radykalny od obecnego zakaz aborcji.

Jan Maria Rokita był figurą konserwatywnej modernizacji jako szef URM-u, za premier Suchockiej. Ale nie teraz, kiedy po swoim politycznym upadku, aby wrócić pod jakąś postacią, pastiszuje Marka Jurka w obyczajówce, a Kaczyńskiego w polityce zagranicznej, heroicznie walcząc z Lufthansą.

W starciu z polskim, bardzo zachowawczym status quo, polegli wszyscy, wszyscy zostali złamani, ulegli przemianie. Skoro jedyną masową metapolityczną instytucją jest Kościół, oczywiste jest, że politycy wyłącznie o jego względy konkurują. Marcin Król, liberalny konserwatysta, daleki od klerykalizmu, pisze swoje ponure równania: Polska albo będzie katolicka, albo barbarzyńska. Wtóruje mu Tadeusz Bartoś, może jeszcze dalszy od klerykalizmu, mówiąc w wywiadzie dla „Europy”, że feudalną władzę hierarchii złamią tu hipermarkety i Jola Rutowicz, bo żadnego Kościoła otwartego, żadnego katolicyzmu „posoborowego”, już w Polsce nie ma. Nie ma też w Polsce żadnego bardziej powszechnego liberalizmu, nawet wśród inteligencji. Dla katolicyzmu nie ma konkurenta, nie ma równowagi, co przede wszystkim katolicyzm psuje. Sprawia, że dzisiejszy polski Kościół nie ma i mieć nie może Wyszyńskiego, z jego wczesnymi tekstami o godności pracy, o związkach zawodowych, o błędach hierarchii… Bo Wyszyński wyrastał w Kościele, który znajdował się w twardej konkurencji najpierw ze świeckim porządkiem II RP, a później z bardzo wymagającym politycznie komunizmem. Michalik, Muszyński, Dziwisz, Wielgus czy Życiński, mimo swoich nieustannych lamentów na temat wszechpotężnej „cywilizacji śmierci”, nie czują tu w istocie na plecach oddechu żadnej konkurencji. A to przekłada się natychmiast na coraz niższą jakość ich działań, dyskursu, myślenia…

„Konserwatywno-liberalny socjaldemokrata” Daniela Bella, spolszczony przez Kołakowskiego, we Włoszech, Ameryce, Anglii byłby dla lewicy wrogiem, może nawet najniebezpieczniejszym, który lewicy ukradł jej najbardziej utalentowanych i wpływowych liderów, najpierw Blaira i Schroedera, potem wszystkich innych. Ale w Polsce może być jej sojusznikiem w ramach Frontu Ludowego na rzecz liberalnej modernizacji. Sojusznikiem słabszym od niej. Bo w Polsce zostałby on wykopany z prawicowej polityki za nadmierną postępowość… W Hiszpanii postfrankista Aznar wprowadził związki partnerskie. Centroprawica wprowadziła we Francji ustawę dopuszczającą aborcję w pierwszych miesiącach ciąży. Po to, by nie trzeba było „zabijać dzieci”, w nielegalnych klinikach, w siódmym czy ósmym miesiącu. W Polsce katolicka prawica nie chce negocjować nawet na poziomie pigułek wczesnoporonnych, nawet na poziomie dotowanej przez państwo antykoncepcji. Nie chce, bo nie musi. Ma zbyt silną pozycję. W dzisiejszej Polsce Aznar czy Giscard d’Estaing byliby radykałami, „nihilistami”, ukrywanymi w PiS-ie przed polskim status quo, tak jak się tam ukrywa Joannę Kluzik-Rostkowską. W PO zostaliby zapewne zepchnięci na „radykalno-liberalny” margines. Aznar i Giscard d’Estaigne na lewo od Palikota? Takie jest przesunięcie peryferiów. Rodzące poczucie zniechęcenia, potrzebę wycofania się, ucieczki od polityki.

To przesunięcie powinno zmienić także tutejszą taktykę lewicy. Bo tutaj lewica walczy na dwóch frontach. O ile na jednym froncie, tym uniwersalnym, polska lewica może pozwolić sobie na radykalizm emancypacyjnego dyskursu, to na drugim froncie – lokalnym - powinna wspierać każdy typ reformizmu, bo każdy typ reformizmu póki co, jest w Polsce czymś straszliwie radykalnym. To, co na Zachodzie jest dla lewicy konkurentem, groźnym przeciwnikiem, tutaj jest sojusznikiem, często słabszym od niej. Nawet coś, co z punktu widzenia Paryża, Londynu, Berlina czy Nowego Jorku lewica mogłaby uznać za daleką ariergardę Oświecenia, wręcz reakcyjne jego opóźnianie, tutaj jest nadal zbyt radykalne, i jako takie wypchnięte na absolutny margines: świecki konserwatyzm, liberalizm jako projekt nieco bardziej kompletny niż tylko outsourcing wszystkich funkcji państwa, pewna odmiana katolicyzmu, zwana kiedyś Kościołem otwartym czy posoborowym, formacja dziś już nieistniejąca, historyczna… w epoce, kiedy „Tygodnik Powszechny” razem z „Niedzielą” potępia bioetyczne projekty Gowina, kiedy serce katolickiej inteligencji bije po prawej, neokońskiej stronie…

PO jest partią modernizacji, przez wielu, w tym przez Kościół, uważaną za niepokojąco postępową, już tylko dlatego, bo na wiele tematów milczy. To już jest skrajną transgresją w świecie reakcyjnego monopolu na zgiełk. „Kultura Liberalna” ma swój mały portal, bez pieniędzy, bez wpływów, świeccy konserwatyści niszowy periodyk. Takie przykłady można by ciągnąć bez końca. Liberałowie, konserwatyści poszukujący nowoczesności, chcący modernizować Polskę, są w tym świecie takimi samymi rozbitkami jak „Krytyka Polityczna”. Tyle że „Krytyka Polityczna” jest dziś spośród nich najsilniejsza. Dzięki konsekwentnej i ciężkiej pracy, organizacyjnej, intelektualnej, wyrosła na metapolityczne mocarstwo, fakt, że na pustyni, na dzikich polach, gdzie nawet metapolityczne instytucje prawicy i Kościoła, działające w zgodzie z otaczającą hegemonią instytucjonalną, społeczną, ideową… nie zbudowały takiej siły, nie wykonały aż takiej pracy, nie potraktowały aż z taką powagą misji budowania refleksyjnej metapolityki w kraju tradycyjnie bezrefleksyjnej władzy.

Właśnie z powodu swojej relatywnej siły KP nie powinna zadowalać się wyłącznie szlifowaniem radykalnych lewicowych dyskursów. To ona musi budować Front Ludowy na rzecz liberalnej modernizacji Polski. Ma już do tego środki, o jakich niedobitki polskiego intelektualnego liberalizmu czy ludzie myślący choćby o stworzeniu polskiej odmiany ruchu Wir sind die Kirche, mogliby tylko pomarzyć. Przyjęcie takiej strategii wymaga od Krytyki Politycznej pewnego cynizmu i pewnej plastyczności. Ostrożnej instrumentalizacji swoich partnerów i samych siebie. Występowania w dwóch rolach. Jako organizator liberalnej debaty – nie wymuszający na innych ich uczestnikach radykalizmu, wyrzeczenia się własnych poglądów, przesunięcia, językowej poprawności – i jako jeden z jej uczestników, zachowujący własną ideową tożsamość, retoryczną wyrazistość itp.

Goszczenie mnie razem z moją idiosynkratyczną definicją i propozycją konserwatywnej modernizacji, jest dla KP tak samo ryzykowne, jak wzięcie odpowiedzialności za stworzenie w Polsce efektywnego Frontu Ludowego na rzecz liberalnej modernizacji Polski. Ale skoro obie rzeczy KP i tak już robi - ja goszczę ze swoimi tekstami na jej łamach od dawna, a w klubach KP odbywają się dyskusje z udziałem rozbitków polskiego liberalizmu, konserwatyzmu, Kościoła „posoborowego”… - wobec tego może warto poddać tę praktykę urefleksyjnieniu. Nazwać ją, jawnie zadeklarować. Albo przynajmniej poddać pod dyskusję.
Komentarze
Dodaj nowy
Spokojny   |20.01.2010 15:32:49
>>W starciu z polskim, bardzo zachowawczym status quo, polegli wszyscy, wszyscy
zostali złamani, ulegli przemianie.

a dalej:

>>Właśnie w powodu swojej
relatywnej siły KP nie powinna zadowalać się wyłącznie szlifowaniem radykalnych
lewicowych dyskursów. To ona musi budować Front Ludowy na rzecz (…)

i sie
skonczy jak w akapicie pierwszym. Absolutnie nie powinno sie niczego
"budowac" czy "robic". Dyskutowac, wydawac i na rany Boga Zywego
_nic_nie_robic_. W zadnym wypadku. Inaczej nic z tego wszystkiego nie bedzie.
arnaldos  - Będziecie jak jeże (kazanie)   |20.01.2010 15:43:23
Piszę to jako postscriptum do "wyznań". Otóż należy tutaj przypomnieć,
że dzisiejsza Polska jest dzieckiem (bękartem?) podobnego przymierza, które
zostało zawarte, gdzieś pomiędzy powstaniem KOR a powstaniem Solidarności i
które się rozpadło gdzieś w okolicach wojny na górze.

Aczkolwiek dzisiejszy
porządek różni się zasadniczo od poprzedniego, to z punktu widzenia
opozycjonisty, oznacza on ten sam problem: trwanie hegemonicznego porządku jest
zawsze wypadkową jego własnej siły, oraz braku hegemonii wewnątrz obozu
przeciwników. Dlatego sama idea frontu ludowego  to znaczy takiej platformy,
na której relację hegemoniczną można zawiązać  jest zazwyczaj absolutną
koniecznością. Natomiast wszystko zależy od formy symbolicznej, jaką ta
platforma przyjmie.

Jeśli Michnik i Kaczyński ponieśli porażkę, to nie była
to porażka w ich samotnym starciu z oporną polską rzeczywistością, ale przede
wszystkim porażka tej formuły przymierza, jaką wtedy środowiska lewicowe i
konserwatywne zawarły. Owa idea frontu znalazła swój wyraz w Kościół, lewica
dialog Michnika, ale wcześniej  i dokładniej  wyraził ją Bohdan Cywiński w
Rodowodach Niepokornych. Cywiński postanowił rozwiązać sprawę po
arystotelesowsku: pomiędzy lewicą i prawicą istnieje złoty środek  figura
polskiego-inteligenta-radykała  który jest genetycznie rzecz biorąc
wcześniejszy i moralnie słuszniejszy od odchyleń z prawej i lewej strony.
Zarówno nacjonalista Dmowski, jak i kosmopolici z PPS wychodzą ze wspólnego
gniazda ogólnie słusznych poglądów Nałkowskich i Krzywickich - postępowych,
patriotycznych i Kościół szanujących, i wszystko to jednocześnie. I owo gniazdo
kalają.

Otóż nie chodzi tylko o to, że Cywiński stworzył paternalistyczny
mit, jak to starał się wykazać Andrzej Mencwel. Chodzi o to, że jeśli taki mit
służy jako platforma ideowa dla przymierza, to kończy się to właśnie tak, jak
się kończyła wojna na górze, której farsową powtórkę mieliśmy dwa lata temu: gra
polega na tym, kto jest wyrazicielem ogólnie słusznych i nowoczesnych poglądów 
powstań!  polskiej inteligencji  spocznij! Zawsze to samo: przegranym jest
modernizacja.

Więc życzę KP, Michalskiemu i innym potencjalnym
współpracownikom tajnym i jawnym, aby nigdy swoich Rodowodów & nie napisali.
Budzi nadzieję fakt, Michalski wchodzi w przymierze pomimo słusznego
rozpoznania, że KP jest w tej relacji hegemonem. To właśnie różni umysł
polityczny od antypolitycznego. Umysł polityczny potrafi wejść do gry mimo tego,
że wie, że jego racja nie jest na wierzchu. Umysł antypolityczny to umysł
kanciarza, który stawia tylko na z góry wygrane stawki. Podobnie KP: nie chodzi
o nawrócenie, wiązanie hegemoniczne, jakby powiedział Laclau, pozostaje na
widoku.

Zaprawdę więc powiadam: będziecie jak jeże.
Zajęciem jeży jest
wspólne wytwarzanie energii cieplnej (a tutaj - modernizacyjnej). Dlatego jeże
zbliżają się do siebie. Ale jeże nie są istotami stadnymi, i jeśli tą swoją
tożsamość będą chciały zamienić na inną, stadną właśnie, to skończy się to
boleśnie. Dla jeży.

Ortega y Gasset lubiał powtarzać paszkwil (sensu
stricto) rzymskiej ulicy na dwóch papieży z czasów rewolucji francuskiej (Pius
VI) i Napoleona (Pius VII):
"per mantener la fede un Pio perdé la Sede,
per mantener la Sede un Pio perdé la fede".

Są to granice pobożności
również w polityce.
tuńczyk  - CM   |20.01.2010 23:40:24
Cieszę się, że pan Michalski znowu publikuje.
:-)
Krzysztof Cedro   |21.01.2010 03:03:03
Cieszę się, że pan Michalski znowu publikuje.
:-)
step  - Z Cezarym tak, z papieżem nie   |21.01.2010 03:59:28
Front może by się przydał, ale katolicyzmu nie ma co brać na pokład. Z tym
balastem statek zatonie. Niemożność modernizacji Polski zaczęła się w XVII
wieku, kiedy Polska odrzuciła chrześcijaństwo ewangeliczne i wybrała
papistowskie bałwochwalstwo. Za ten błąd została surowo ukarana. Kara trwa do
dziś.

Dlatego Cezaryzm (Michalskizm) tak, ale Cezarypapizm Michalskizm nie.
Spokojny   |21.01.2010 04:44:10
W Polsce kiedy sie mowi religia, to sie mysli katolicka. Nawet jak mamy lekcje
religii w szkole, to nikogo nie dziwi, ze to sa lekcje katolicyzmu. Nazywaja sie
"religia" i kazdy powinien wiedziec o co chodzi ;) Mysle jednak, ze z
tym dylematem "albo Polska katolicka, albo barbarzynska" nie tyle o
katolicyzm chodzi ile o to co po drugiej stronie rownania. Bo po drugiej stronie
rownania jest wolny rynek, ktory bada uwaznie wszelkie instynkty czlowieka i
rozbudza je, tudziez w inny sposob wykorzystuje tak, by przetwarzac je na tzw.
zysk finansowy. Czyli na dlug lichwiarski zaciagany na zakup dobr i uslug
sluzacych do zaspokojenia tych rozbudzonych instynktow. Przy okazji dokonuje sie
oczywiscie przypadkowych zmian osobowosci dluznika-konsumenta takich, ktore
akurat sa potrzebne do tego by go naklonic do decyzji zakupowo-dlugowej. Wolny
rynek jest absolutnym mistrzem naklaniania do tego, ponewaz na jego uslugach
stoja w tym zakresie wszystkie nauki empiryczne z calym swoim poteznym
aparatem.
Co moze byc przeciwwaga dla tej potegi? Byc moze jedynie jakas
religia. Jesli nie katolicyzm, to moze wiele roznych religii? Klopot w tym, ze
tam gdzie religii jest wiecej niz jedna, tam miedzy nimi znowu wchodzi rynek :)
i zamiast religii ktore maja od rynku odciagac pojawiaja sie pseudoreligijne
koncepty majace nas uczynic na tym rynku sprawniejszymi. Zeby religia mogla byc
przeciwwaga, musialaby byc tak silna, jak rynek jest silny.
kot   |21.01.2010 16:29:19
- Tekst powyżej. Jest lepszy z tych, które czytałem.
Ciekawy jest problem
modernizatorów.
Dlaczego lewica dołuje?! Bo załamały się idee ,,postępu,, od
dwustu lat związane z myśleniem antymainstreamowym uprawianym najpierw podczas
rewolucji francuskiej i amerykańskiej, potem związanych z myślą marksistowską,
socjaldemokratyczną i ruchem robotniczym. Doprowadzając społeczeństwa
Zachodu do nowoczesnych demokracjami z dominacją klasy średniej (większości
społeczeństwa)

Rewolucja (restauracja) Reaganowsko- Thatcherowska zmieniła
świat. Do tego czasu modernizacja jako idea postępu i równości była domeną
lewicy. Zmiana, która nastąpiła pod hasłem: nie ma społeczeństwa, są tylko
mężczyźni i kobiety, zaproponowała modernizacje, która zaczyna przypominać
bardziej stosunki klasowe feudalizmu niż ustroje panujące w powojennych (II
światowa) państwach Zachodu.
Dawid Ost w ostatniej Europie (wstydź się witryno
przegapienia).Opisuje narodziny nowej uniwersalnej klasy społecznej .
Jak
powstają klasy społeczne? Za sprawą zbiorowości, która domaga się zaistnienia
politycznego i przywilejów i inteligencji, która się z tą klasą zabiera i jej
dążenia artykułuje.
Rozrost inteligencji potrzebnej do obsługiwania
nowoczesnego społeczeństwa wyłonił z niej klasę społeczna (z inteligencji
dotychczas nigdy nie mającej znaku klasowego) którą cechuje głębokie
uprzywilejowanie typu feudalnego.
Następuje zjawisko nadzwyczajne,
zbiorowości- w drugiej połowie dwudziestego wieku integrujące się społecznie-
zaczynają się teraz błyskawicznie rozwarstwiać.
Z tą jedynie różnicą wobec
rozwarstwienia feudalnego, że nawet ci, których dzieli przepaść, maja nadzieję
podsycaną i podtrzymywaną medialnie, na możliwość bycia takimi jak ci z
telewizora i dołączenia do nich.
Nazwałbym tę nowa klasę społeczną - ,, klasą
Bugatti,,
Do modernizacji opisanych przez Michalskiego odniosę się bardziej
szczegółowo, mam nadzieje -później.
kot   |21.01.2010 17:01:07
Towarzysze i towarzyszki, koleżanki i koledzy, chłopaki i dziewczyny - do
roboty!
Tekst Cezarii Michalskiego jest stylistycznie piękny i równie dziurawy
w argumentacji.
Warto policzyć te dziury w jego dachu.
Zamorano  - Jak by to ująć delikatnie…   |22.01.2010 07:20:34
Publicystykę Cezarego Michalskiego znam raczej słabo (czytywałem tylko piątkowe
i sobotnie Dzienniki z tej ostatniej twórczości jawnego współpracownika).
Podobały mi się "Listy z Ameryki" (czy jakoś tak;)) z czasów
dziennikowych. Pamiętam, że podobał mi się tekst o cierpieniach na pluszowym
krzyżu redaktora Lisickiego;) Podobały mi się wywiady z Kingą Dunin i
Rymkiewiczem. W Krytyce podobał mi się wywiad Sierakowskiego z Michalskim (w
sensie, że uważam go za dobrze zrobiony dziennikarsko). Kompletnie niestrawnym
nudziarstwem były "Kwartety", które kompletnie dobiły ciekawą wcześniej
Europę. Zniesmaczyły mnie mocno występy pana Cezarego przy okazji sprawy
Kataryny, choć z poglądami rzeczonej Kataryny nie sympatyzuję zbytnio. Podobno
warto przeczytać "Ćwiczenia z bezstronności" czy jakoś tak;) Fantastykę
Pan Cezary pisze czerstwą. Ale ten powyższy "krytyczny" tekst to jakaś
porażka ponadprzeciętna. Przypomina "publicystykę" Jana Marii
"Łatunku Biją mnie Niemcy" Rokity… Czy jechał z Panem Cezarym jakiś
redaktor? Już sama ekspozycja to delikatnie pisząc cytat zbyt długi, więc jest
nieciekawie. A potem jest tak minoderyjnie i tak manierycznie i tak barokowo, że
aż się nie chce czytać. Nie mówiąc już o dekodowaniu przekazów. Krytyko nie idź
tą drogą!
Zamorano  - Jak by to ująć delikatnie…vol. II   |22.01.2010 08:11:29
No dobra przeczytałem cały wywód Michalskiego. Generalnie mamy tu kilka
"oczywistych oczywistości", kilka dość ciekawych przemyśleń (to o
neokońskiej hegemonii w Polsce i co z tego wynika) i niemało piętrowej
bełkotliwości. Redakcja potrzebna od zaraz. A sama obecność Cezarego
Michalskiego w takiej formie akurat w "Krytyce Politycznej" jest
kontrowersyjna ;-)
kot   |22.01.2010 21:33:48
Ten styl barokowy akurat uwodzi, ale wszak Michalski wychodzi z poważna
ofertą: ,,Frontu Ludowego na rzecz modernizacji,, , którą wypada poważnie
rozpatrzyć.
Lecz jak tu na poważnie traktować autora, który przywołuje do
roli modernizatora Polski Jarosława pierwszego. I argumentem ma być
stwierdzenie,że prywatnie potrafi być cyniczny. Cynizm i żądza władzy i nic
więcej ?! I takie mają być kwalifikacje człowieka, który miał dokonać
modernizacji kraju ?! Gorzej być nie może!
Chciałbym się mylić bo w
intelektualistce dobry przeciwnik więcej jest wart niż poplecznicy, ale
Michalski to specjalista od atrakcyjnych opakowań bez zawartości.
Europa z
Krasowskim próbowała zajmować się modernizacją Polski od prawej strony.
Gdyby
Krytyka wzięła Krasowskiego, to byłby z kim porozmawiać. Tacy jak Michalski
przydają się aby robić ruch w interesie, ale stanowią zagrożenie, że para
pójdzie w gwizdek.
Kamil K.  - I dla czegoś takiego…   |24.01.2010 03:03:19
kp ma tracić wiarygodność? Wizja modernizacji jak ze Staszica. Paternalistyczny
stosunek do społeczeństwa-ciemnego luda-przeciwstawionego światłym intelygentom,
którzy próbują w pocie czoła próbują z tej bezkształtnej masy stworzyć
nowoczesne społeczeństwo. I jeszcze to przekonanie, że kształt i sukces
modernizacji zależą od tego, kto się z kim sprzymierzy, kto z kim pójdzie na
wódkę i kto z kim będzie się poklepywał po ramieniu. A jak już stworzy się ów
mityczny Front, to po prostu zgodzimy się na wspólne minimum, a społeczeństwo
będzie się musiało na to minimum zgodzić, wszak jesteśmy światli i wiemy, jak
ludzi uszczęśliwić. Różnijmy się pięknie, ale działajmy razem w imię dobra
ojczyzny. Co za michnikowskie pierdoły! I to w kp!
dentysta   |24.01.2010 15:19:18
Fajnie,że Pan Cezary pisze dla KP.Każdy nowy głos w dyskusji jest na wagę złota.
kot   |24.01.2010 15:57:49
Kochani,poczekajcie spokojnie.Wiemy mniej więcej co ten facet chce
powiedziec.Jego obecnośc w KP wydaje mi się interesująca.Dla Niego to też jest
jakieś wyzwanie.Wchodzi w środowisko z gruntu nastawione przeciwko.Nie był nigdy
z mojej bajki ale porównywanie do Ziemkiewicza jest nietrafione - przyznajcie,że
daje się Go czytac i oglądac bez szkody dla psychiki.
kot   |24.01.2010 19:40:54
14- to nie ja!!!
kot   |26.01.2010 03:32:48
W związku z dokowaniem się czarującego Czarka w Krytyce jej witryna wezbrała

kilkudziesięcioma wpisami. I co?
I nic! Żadnego, który by odniósł się do
,,konserwatywnej modernizacji Polski.
Europa Krasowskiego, ( oczywiście
Nowickiego) i Michalskiego też po trochu- dużo poświęcała miejsca konserwatywnej
modernizacji.
W/w przyniósł zatem temat stamtąd.
Tymczasem zadaję pytanie -
prostaczka, nieznającego szczegółów : czy istnieje coś takiego jak:
,,konserwatywna modernizacja,,.
O dwustu lat, a nawet lepiej (choćby w Anglii)
modernizacje to proces walka i dzieło lewicy ( w sensie dochodzenia do głosu
i przywilejów tych, którzy tego głosu i przywilejów byli pozbawieni ).
Dlatego
wkurza mnie mówienie odróżnianie kapitalizmu dziewiętnastowiecznego od
Skandynawskiego itp. Tak jakbyśmy jako społeczeństwo cokolwiek z dorobku:
demokracja, urlopy, równouprawnienie, czas pracy itp. itd. zawdzięczali
kapitalizmowi lub prawicy. Ci ostatni! Wytknijcie mi niewiedzę, brak
obiektywizmu w temacie!
Są oczywiście modernizacyjne wyjątki konserwatywne.
Dawniej oświecony król lub car mógł samowładczo modernizować swój kraj.
Podobną modernizacje przeprowadzała ,,partia,, prowadzona przez pierwszego
sekretarza. Czyż nie?
Najświeższy przykład konserwatywnej modernizacji to próba
Baracka Obamy, która zaczęła się od ruchu o charakterze lewicowym. Kontynuowana
na prawicy ugrzęzła i ma coraz mniejsze szanse powodzenia.
Jeżeli jemu się
uda, to dopiero wtedy będzie sensowne mówienie, że takie pojęcie ma sens. A
Roosevelt i Keynes? Czyż to nie była modernizacja kapitalistyczna. To było
dostosowywanie się kapitalizmu do warunków funkcjonowania w nowoczesnym
społeczeństwie jako wynik kryzysu, do którego doprowadził. Podobna sytuacja
teraz została zatrzymana i reforma warunków funkcjonowania kapitalizmu również.
Jednak, jeżeli to totalny kryzys pełni rolę modernizatora na prawicy? To jaki
to modernizator?
To ratowanie własnych tyłków wtedy gdy dłużej już nie da się
utrzymywać niekorzystnego społecznie status quo.
Jest co prawda jeszcze jeden
aspekt. Może nadejść taki moment, jak w czasie wojny, w którym różnice zanikają
i wszyscy w pewnym momencie nie zależnie od swojej pozycji społecznej są w tej
samej krytycznej sytuacji. Wtedy wszystkie ręce na pokład! Ale nie o tym
mówimy.
kot   |27.01.2010 07:09:27
Jak wyglądała u nas modernizacja konserwatywna podczas transformacji ustrojowej?


Analizę klasową zastosowaną do polskiej transformacji ustrojowej robi
Dawid Ost w aktualnej ,,Europie,, przeciwstawiając się dominującemu w Polsce
poglądowi wyznawanemu nie tylko przez PIS, że
,, Skłonność do oceny, że
wszystko poszło źle, ponieważ konkretni ludzie sprowadzili nas na manowce, jest
bardzo rozpowszechniona. Mistrzem tego gatunku literackiego jest oczywiście
Jarosław Kaczyński. Nawet kiedy stał na czele rządu, twierdził, że wszelkie
kłopoty Polski wynikają ze zdrady w Magdalence i z tego, że elity  oprócz tych
związanych z PiS  podejmują decyzje motywowane własnymi interesami, a nie
dobrem kraju. Sytuacja ekonomiczna na świecie, zmiany struktur społecznych,
polityka gospodarcza  to wszystko niby nie ma znaczenia. Głównym winowajcą jest
Adam Michnik. Zaskakujące, jak wielką władzę przypisują mu inni, nie tylko
zresztą prawica. Michnik niewątpliwie odegrał wielką rolę podczas przełomu w
1989 roku, nie musi jednak z tego wynikać, że jeśli później sprawy potoczyły się
nie najlepiej to dlatego, że wpływowi ludzie zdradzili.

-Tymczasem
Ost, w
ślad za Iwanem Krastewem stwierdza:

,, Rewolucje demokratyczne w 1989 roku
nie tyle niosły wolność ludziom, ile przyniosły ją elitom.(!)
U nas i na
Zachodzie
,,Elity rynkowe na Zachodzie próbują, raczej skutecznie, żyć w
świecie prawie zupełnie oddzielonym od świata współobywateli,,
Posyłając
dzieci do prywatnych szkół, lecząc się w prywatnych klinikach i mieszkając na
zamkniętych osiedlach, elity są bardziej niż kiedykolwiek wolne od przejmowania
się losem kraju i rodaków. Psychologicznie uzbrojone w wiarę w merytokrację,
która pozwala im myśleć, że posiadane przez nie przywileje są
zasłużone.,,
,,Dlaczego nie ma już wielkiej jedności społecznej i politycznej,
która tak bardzo rzucała się w oczy w 1989 roku, nie tylko pod murem berlińskim,
ale także podczas pierwszych demokratycznych wyborów w Polsce,,

-Elita jako
klasa społeczna.
Elity w drugiej połowie dwudziestego wieku stały się liczne
- osiągnęły masę krytyczną pozwalającą na kształtowanie się ich interesu
klasowego
,, struktury społeczne na Zachodzie i Wschodzie stawały się coraz
bardziej skomplikowane: powojenny boom w szkolnictwie wyższym stworzył nową
warstwę inżynierów, administratorów, naukowców i studentów, których wartości
wykraczały poza tradycyjne podziały klasowe (stąd rewolucja obyczajowa w latach
60.). Dawne struktury przemysłowe nie odpowiadały już interesom tej warstwy.
Powstał konflikt między instytucjami dawnego społeczeństwa przemysłowego a coraz
liczniejszą wysoko wykwalifikowaną klasą produkcyjną.,,

- Łatwość
przemieszczania się pozwoliła na to, że elity:
,,Mogą zarabiać gdziekolwiek,
toteż lojalność wobec wspólnoty narodowej nie jest już dla nich koniecznością,,
,,Zamiast traktować inwestycje jako zobowiązanie wobec wspólnoty  tak jak się
tego wymagało w przedglobalistycznej gospodarce krajów kapitalistycznych i
komunistycznych  zglobalizowane elity biznesowe każą różnym wspólnotom
konkurować o inwestycje ulgami podatkowymi, rozbudową infrastruktury i
liberalizacją przepisów.,,

Tak zrodziła się klasa społeczna dwudziestego
pierwszego wieku, którą gdzie indziej i trochę na wyrost i trochę żartem
nazwałem klasą Bugatti.

- Takie podejście oparte o analizę klasową
,,
pomaga zrozumieć, dlaczego dzisiejsze elity są tak mało zainteresowane resztą
społeczeństwa,, i jak pojmują modernizacje Polski.
kot   |27.01.2010 07:28:10
Analiza powyższa pokazuje, ze z jednej strony jajogłowi mogą i powinni wymyślać
konstrukcje modernizacyjne ale ich realizacja jest możliwa tylko wtedy gdy ma
oparcie w społecznej klasie, której interesy są zbiezne z tą nową teodyceą
KrzysztofMadel   |30.01.2010 22:18:33
Akceptacja aborcji nie jest dla Kościoła drogą do modernizacji, tylko do
zidiocenia, więc zalecając ją katolikom, odrywa się Pan znacząco od
rzeczywistości. To, że wśród katolików wielu popiera aborcję (także wśród
nieortodoksyjnych teologów), niczego nie zmienia, bo stanowisko w sprawach dot.
życia należy do centralnych elementów doktryny, nie podlegających zmianie. W
pańskiej sytuacji zachęcam jednak do częstego mówienia, o konieczności pomocy
osobom, które zdecydowały się na aborcję, o koniecznieczności wspólnego
ponoszenia kosztów za te tragiczne decyzje pogubionych matek, zwykle młodych
matek, a czasem także i ojców. Pan swoim pisarstwem sprzyja zwiększeniu ilości
tych tragedii, więc ktoś powinien również Panu pomóc. Ja obiecuje pamięć w
modlitwie. ks. Krzysztof
kot   |31.01.2010 04:45:36
W pierwszym czytaniu tego Michalskiego zlekceważyłem( odszczekuję więc,że było
to opakowanie bez zawartości).
Dotychczasowa moja znajomość autora ograniczała
się do jego ozdobnych wypowiedzi, bez końca, bez puenty i z widocznym
uwielbieniem siebie. Zraziła mnie przychylność wobec Jarosława, który
zaznaczył swoją dwuletnią obecność w rządzeniu zachowaniami osłabiającymi
polski system prawny, na co by sobie nie pozwolił żaden suweren chcący
modernizować państwo. Podobieństwo do Ataturka kończyło się na nacjonalizmie,
który w obecnej sytuacji
-konieczności włączenia się do Unii- jest
anachronizmem. To mi przysłoniło wagę tego tekstu.

Przy drugim czytaniu (
a drugie jest zawsze najlepszym sprawdzianem) doceniłem to,że
jest to tekst
spełniający kryteria koniecznego, odniesienia intelektualnego dla każdej opcji
politycznej.
I niech sobie ciotka Piotrek Sz. na swojej kanapie ma za złe.
Tutaj nie ważne jest kto ale co mówi.

Cezary M. opisał sytuację, w którą
wkracza ten, kto dochodzi do władzy i chce w Polsce podjąć się jej modernizacji.


Jakie polityk ma możliwości do uruchomienia z kopyta sił zdolnych
pokonać opór rzeczywistości modernizowanej? Jeżeli te siły nie istnieją! Nie
czekają na polityczna aktywacje.
Np. Kaczyński
Ten który ma wyraźne
predyspozycje i inteligencje polityka aby władzę zdobyć ale nie ma
wystarczającej kompetencji aby ja sprawować i załóżmy (za Michalskim), że
chce zrobić coś dobrego dla swojego kraju.
Co się dzieje, gdy już znalazł
się u władzy? Staje przed ścianą, bo okazuje się że opór materii jest zbyt duży
żeby radykalnie przeprowadzić to co zamierzał. Co więcej, okazuje się, że on
przywódca nie ma komu przewodzić. Lud okazuje się biernym, trudnym do
zmobilizowania. A jego posunięcia polityczne są coraz bardziej obarczone
przypadkowością , doraźnością i w pewnym momencie zaczynają szkodzić państwu.

Wkrada się zniechęcenie, niewiara, zawód, coraz większa pogarda dla ludu i
własne wyobcowanie. I wtedy pozostaje już tylko chęć zaspakajania swojego
ego i przyjemności płynącej z posiadania władzy, dworu itp.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 23.01.2010 )
 
« poprzedni artykuł
Generated in 1.18719 Seconds