Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Wyznanie jawnego współpracownika |
|
|
Cezary Michalski
|
|
20.01.2010 |
Zacznę od cytatu, obszernego, ale nieodzownego do ćwiczeń: …że wyjadę do Ameryki, że zobaczę Zachód, Niemcy, Anglię, Francję…? Ja? Prędzej przypuszczałbym, że Wiesław Różyc, ów niepokalany sopran sykstyński, a zarazem bohater najnowszej powieści Deotymy, pewnego poranku basem odezwie się w chórze Serafinów, prędzej przypuszczałbym, że broda jego gęstym pokryje się włosem, prędzej uwierzyłbym, że matki chrześcijańskie wydadzą składkowy obiad dla mnie, na którym l’abbe Wylizalski powie mówkę na moją cześć i zamianuje mnie p.o. zelanta przy najmłodszej i najprzystojniejszej ze swoich owieczek, prędzej uwierzyłbym, że Antychryst, jak mnie o tym zapewniała jedna z moich kuzynek z Wołynia, przyszedł już na świat, ma lat szesnaście, mieszka w Płockiem i utrzymuje handel żelaza w Płońsku…
Pewnego poranka przyszedłem do redakcji i wziąwszy do ręki jedno z pism naszych począłem je czytać. Było to jakoś w owym czasie, w którym odcinek mój o zelantkach zjednał mi taką sympatię w niektórych kręgach naszego społeczeństwa, że stałem się dla nich polnym marszałkiem wszelkich zastępów piekielnych. Zewsząd groziły mi niebezpieczeństwa. Chevalier Zielonogłowski, który już nie raz poprzednio wołał w celu ukarania mnie „o szpadę ojców swoich”, o mały włos nie zabił mnie w pojedynku, ale nie zabił tylko dlatego, że nie wyzwał; hrabianka Pipi wydawała zawsze un petit cri jak zraniony gołąb, ilekroć ujrzała nazwisko moje drukowane w którymkolwiek z pism warszawskich; w ciszy zaś każdego poranku dochodził mnie płacz świątobliwego oburzenia „Kroniki Soblonowskiej”. Ach! Nie piesek to zginął „Kronice” Milutek ani ziarenko z różańca; żadne z jej dzieci nie zabłąkało się w lesie grzechów „Przeglądu Tygodniowego”; a jednak płakała ciągle jak owa panna, która „słuchać wcale nie chciała/ tylko ciągle płakała/Mój zielony dzban/ Stłukł-ci mi go pan!”. Niestety, nie mogę ukryć, że powodem owego płaczu byłem ja, a raczej znów ten mój nieszczęśliwy odcinek o matkach chrześcijańskich. Ja to stłukłem ów zielony dzban pełen słodkiej wody wzajemnej adoracji…
Nie jestem jeszcze tak zepsuty, abym nie miał żałować za grzechy; przejęła mnie więc skrucha i począłem robić rachunek sumienia za siebie i za mego kolegę Prusa. Ach! Lista grzechów naszych była długa jak Bakałarze Adama Pługa. Namawialiśmy ludzi do zakładania straży ogniowych, szkółek, ochronek, jedwabnictwa, muzeów, resurs rzemieślniczych, ogrodów zoologicznych, spółek, banków, regulowania brzegów Wisły, do asenizacji, kanalizacji, giełd zbożowych. Nie dawaliśmy nikomu spokoju, jeździliśmy po komitetach, wołaliśmy o drogi bite; napadaliśmy na niewinne pograniczne spekulacje z okowitą, tak jak gdyby system wolnego handlu nie był wyższym od celnego; nie dawaliśmy ani chwili odpoczynku zalegającym w opłatach członkom rozmaitych towarzystw, tak jakby godziło się marnować grosz ciężko zapracowany na Bóg wie jakie niepewne cele. Słowem, daliśmy się we znaki najspokojniejszym obywatelom naszego kraju, obywatelom, którzy są hamulcem nie dozwalającym, aby wóz społeczny stoczył się w przepaść, hamulcem tak nawet silnym, że wóz społeczny nie tylko nie druzgocze się w kawałki po nieznanych drogach, ale stoi w miejscu, jak gdyby na cześć i chwałę komitetu szosowego zagrzązł w błocie na szosie pod Warszawą…
Kto opisuje z tak „nihilistyczną” swadą kraj, w którym każda modernizacja grzęźnie w przydrożnym błocie pod Warszawą? Kto kpić sobie ośmiela w taki brutalny sposób z l’abbe Wylizalskiego? Kto tak dalece nie wytrzymał nerwowo przeciągającej się dyskusji z polskim status quo, że wybucha zupełnie niestosowną agresją, rozgoryczeniem, pamfletowym szyderstwem, którego nie powstydziłaby się posłanka Joanna Senyszyn? To młody Henryk Sienkiewicz, z okresu pozytywistycznej modernizacji, zmarnowanej, spacyfikowanej, tak jak wszystkie tutaj. To on stworzył pamfletową galerię reprezentantów substancji tego kraju, prawdziwą w swoich czasach i aktualną do bólu półtora wieku później.
A więc i Sienkiewicz zdradził? Dzisiejszą prawicę, najświatlejszych, najlepiej intelektualnie przygotowanych spośród niej, powtarzających albo zamawiających gwoli publikacji w prasie, „w imię Sienkiewicza”, „w obronie Sienkiewicza” swoje i kolegów mantry przeciwko Brzozowskiemu i jego „bezdusznej” „imitacyjnej” modernizacji „à la Kroński”? Fakt, że o pokolenie późniejszej i nieco bardziej radykalnej niż ta pozytywistów, ale w której chodziło o to samo, o negocjowanie, a kiedy negocjować się niczego nie dało, przynajmniej o wykrzyczenie w twarze polskiemu status quo, paru słów prawdy. W ten sposób Sienkiewicz-Litwos zdradził nawet Wildsteina, który po całych dekadach liberalnego błądzenia po rozmaitych Paryżach i innych stajniach rozpusty, wreszcie dorósł do pokrzepiania serc, do Trylogii, do Wirów, do „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, do „polityki historycznej”.
Czy zamiast bawić się w tej piaskownicy wiecznego niedorozwoju, bić dla odmiany Sienkiewicza Brzozowskim, nie ciekawiej by było Sienkiewicza polskiej prawicy po prostu odebrać? Nie każdej możliwej polskiej prawicy, ale prawicy takiej, jaką mamy dzisiaj. Zabrać jej młodego Dmowskiego, młodego Legutkę (który bywał nieskazitelnie świeckim, a czasami nawet antyklerykalnym liberałem z autentyczną modernizacyjną obsesją), zabrać jej Krasnodębskiego z czasów, gdy potrafił jeszcze napisać Postmodernistyczne rozterki kultury, a nawet Upadek idei postępu (z „miękkości” tej książki on sam się dziś polskiej prawicy tłumaczy, w swoim nowym wstępie do drugiego jej wydania nakładem Ośrodka Myśli Politycznej). A może by tak zabrać dzisiejszej polskiej prawicy liberalizm, konserwatyzm, katolicyzm… wszystko. Bo ona z niczego, co mogłaby sama posiadać, nad czym sama mogłaby pracować, nie robi użytku. Dowodem na to jest choćby nie tak dawna polemika wokół wydania przez „Krytykę Polityczną” dwóch książek Brzozowskiego. Czy prawica ścigała się z KP na własne krytyczne wydania? Czy podjęła pracę nad myślicielem, który polską prawicę fascynował jeszcze w międzywojniu do tego stopnia, że to ona wtedy potrafiła „ukraść” go lewicy? Nie, od głównego prasowego tenora dzisiejszej prawicy można się było dowiedzieć, że „Krytyka Polityczna” dokonuje zawłaszczenia, a zdrajcą jest każdy, kto w tym zawłaszczeniu pomaga, bo Brzozowski przecież… nie był lewicowcem. Ostatnim krzykiem mody na prawicy jest dzisiaj szczycić się nieuctwem i do nieuctwa wzajemnie zachęcać, czy zatem nie byłoby fajnie zabrać także Sienkiewicza formacji, która co prawda bez reszty rządzi dzisiaj Polską, ale nie potrafi zrobić żadnego intelektualnego użytku z polskiego pozytywizmu, z tej heroicznej próby konserwatywnej modernizacji Polski. A z Sienkiewicza przeczytała wyłącznie Trylogię i Wiry.
Stawiam to pytanie z pełną świadomością ryzyka, jakie ono niesie dla „Krytyki Politycznej”, sformułowane na jej łamach, na jej internetowej stronie, nawet jeśli nie przez któregoś z jej redaktorów, ale zaledwie przez jej jawnego współpracownika. „Krytyka Polityczna” doskonale pamięta, wręcz rozpamiętuje, ważną lekcję, jaką przerobił wcześniej Adam Michnik, próbując odebrać Dmowskiego współczesnym endekom. Szczególnie młodego Dmowskiego, nieprzerażonego jeszcze rewolucją 1905 roku (bo tak samo, jak było się czym zachwycać w tamtej rewolucji, było się i czym przerażać, i warto by zbadać, dlaczego Dmowski, Sienkiewicz czy Prus tak bardzo się jej przestraszyli, że aż tak mocno przesunęło to ich wszystkich w stronę obozu antynowoczesnej reakcji). Eksperyment z Dmowskim to akurat był jeden z najciekawszych metapolitycznych eksperymentów Michnika i zupełnie nie z tego powodu miałem na jego punkcie „felietonową obsesję”.
Także „Krytyka Polityczna” uważa to doświadczenie Michnika za ważne. I dlatego postanowiła nie iść tą drogą, bo uważa, że takie eksperymenty mogą ją „przekręcić” na polską zachowawczość. Wciągnąć w „prawicowe bagno”. Sprawić, że zamiast być lewicową solą tej ziemi, ona swój smak utraci. Ja te argumenty i te obawy rozumiem. Ale rozumiem też gest zaproszenia mnie do „Krytyki” jako autora i współpracownika. Łącznie z oddaniem mi pewnej autonomii, którą chciałbym wykorzystać do opowiedzenia o konserwatywnej modernizacji (projekcie tak samo w dzisiejszej Polsce utopijnym i „radykalnym” jak modernizacja lewicowa) oraz o pomyśle Frontu Ludowego na rzecz liberalnej modernizacji Polski, do którego tworzenia „Krytyka Polityczna” ma już wystarczająco dużo zarówno instytucjonalnej siły, jak też kompetencji.
Nie tylko Adam Michnik przerobił na naszych oczach lekcję negocjowania z polskim status quo. Każdy z dziennikarzy, polityków, inteligentów, który miał okazję uczestniczyć w nieco bardziej prywatnej (o ile w stosunku do człowieka politycznego pojęcie prywatności ma jakikolwiek sens) rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim, usłyszał od niego zawsze tę samą, gorzką deklarację: kiedy mówiłem, co myślę, o polskim status quo, o polskim Kościele, o polskiej tradycji, o polskich stosunkach społecznych i obyczajowych, kiedy w sposób jawny byłem jeszcze „żoliborskim konserwatystą”, moja partia w tym kraju zbierała 4,5 proc. głosów i nie wchodziła do parlamentu. Kiedy mówię moim obecnym językiem, kiedy stałem się tym, kim jestem dzisiaj, moja partia zbiera 20, 30 i więcej procent. I nie tylko wchodzę do parlamentu, ale mogę walczyć o władzę.
Ponieważ nawet spośród współczesnych myślicieli lewicowych, nie wybieram Ranciere’a, który zadowala się krytyką władzy, ale Żiżka, którego za nieporównanie ciekawszy fenomen uważa jej sprawowanie, nie przytaczam tych słów po to, aby Jarosława Kaczyńskiego skompromitować, ale by oddać mu szacunek, taki sam, jaki „Krytyka Polityczna” oddaje Michnikowi, nawet nie zgadzając się z nim. Chrzanię świętoszków oburzonych na „nihilizm Kaczora”, dla mnie takie jego deklaracje, choć „nie powtarzane głośno swojemu ludowi”, są prawdą o polskim status quo, o jego silne. O skuteczności, z jaką przystosowuje ono do siebie, łamie, wygładza niewygodne kanty, ludzi o tak nawet silnym politycznym charakterze, z takimi ambicjami do suwerenności. Kaczyński, walcząc o władzę w Polsce dzisiejszej, posiadł o polskim status quo wiedzę praktyczną, ponurą. Tę samą wiedzę posiada Adam Michnik, choć także rzadko „mówi ją głośno swojemu ludowi”. Tę samą wiedzę dzisiejsza Polska wpoiła Leszkowi Millerowi, na co dowodem jest praktyka jego rządów i ewolucja poglądów.
Jeśli nie zrozumiemy tej diagnozy i wyrastających z niej rozmaitych strategii pragmatyzmu, instrumentalizacji, sloterdijkowskiego cynizmu w służbie modernizacyjnych wysiłków, zwykle zresztą grzęznących w błocie na szosie warszawskiej, nie tylko, że nigdy nie znajdziemy się „dalej” od Michnika, Kaczyńskiego czy Leszka Millera, ale do poziomu ich rozpoznań będziemy musieli dorastać przez całe życie, np. wyrastając z naiwnego radykalizmu, z dziecięcej choroby lewicowości, z bycia „dobrym człowiekiem”, z bycia naiwnym ideowcem zadowalającym się panowaniem w teatrze i literaturze, w kraju l’abbe Wylizalskiego i hrabianki Pipi, w którym idee nie mają żadnych konsekwencji. Życie nam na tym zdobywaniu tej wiedzy upłynie w całości i już nie starczy czasu na przezwyciężenie tej pozycji, na pójście dalej w Polsce. O ile w ogóle w Polsce da się pójść dalej. W co ani Michnik, ani Kaczyński, ani Miller nie wierzą. A nikt jeszcze nie udowodnił, że nie mają racji.
Czy Adamowi Michnikowi lub Leszkowi Millerowi to negocjowanie z polskim status quo się udało, nie mnie to oceniać, nie ja jestem lewicą, ani nawet z lewa nie przychodzę. Pozostawiam odpowiedź na to pytanie redaktorom KP. Ponieważ sam przychodzę z prawej strony, mogę powiedzieć, że Jarosława Kaczyńskiego jego gra zgubiła. Nigdy nie zostanie – o czym zawsze marzył – polskim Atatürkiem, nie tylko budującym tutaj autostrady, elektrownie atomowe, lotniska… ale także ścinającym brody bojarom, zrywającym kobietom czarczafy, wyznaczającym liberalno-konserwatywne granicę pomiędzy Kościołem i państwem, odpędzającym od władzy Marka Jurka i o. Rydzyka, zamiast ich do realnej władzy nad Polską niechcący przybliżać. Już nie jest nawet pewne, czy przygotowując się do odgrywania roli reprezentanta „skrzywdzonych i poniżonych” Jarosław Kaczyński sam nie stał się zaledwie jednym z nich. Szczerze przeżywającym „odrzucenie przez warszawski salon”, który – jak powiedział pewien inteligentny, choć pełen resentymentu doktorant – „wciąż trzyma w tym kraju liber chamorum”. To współodczuwanie ze społecznym resentymentem daje Kaczyńskiemu siłę. To daje siłę wszystkim nowoczesnym politykom resentymentu. Hitler nie mógł tylko manipulować resentymentem Niemców, musiał być nim dotknięty, nasze czasy bowiem, przy całym swoim instrumentalnym cynizmie, są jednocześnie czasami „autentyzmu” wymuszanego na rządzących przez samą już tylko zasadę demokratyczną. Obawiam się, że Kaczyński stał się dzisiaj autentycznie prawicowy, co jednak oznacza, że przestał być interesujący. Że konserwatywnej modernizacji Polski już nie przeprowadzi. Człowiek, który – moim zdaniem słusznie – wolał się pozbyć z partii Marka Jurka niż mu ulec, nie tylko dlatego, że nie chciał mieć wokół siebie innego suwerennego polityka, ale także dlatego, że jako rządzący pozwalał sobie jeszcze na posiadanie własnych poglądów, dziś, jako zepchnięty do narożnika opozycjonista, wsparty na najbardziej reakcyjnej odmianie polskości, tej pamfletowo opisanej przez Sienkiewicza, sam proponuje teraz konstytucyjną wiarę w Boga Wszechmogącego i zapisany w konstytucji bardziej radykalny od obecnego zakaz aborcji.
Jan Maria Rokita był figurą konserwatywnej modernizacji jako szef URM-u, za premier Suchockiej. Ale nie teraz, kiedy po swoim politycznym upadku, aby wrócić pod jakąś postacią, pastiszuje Marka Jurka w obyczajówce, a Kaczyńskiego w polityce zagranicznej, heroicznie walcząc z Lufthansą.
W starciu z polskim, bardzo zachowawczym status quo, polegli wszyscy, wszyscy zostali złamani, ulegli przemianie. Skoro jedyną masową metapolityczną instytucją jest Kościół, oczywiste jest, że politycy wyłącznie o jego względy konkurują. Marcin Król, liberalny konserwatysta, daleki od klerykalizmu, pisze swoje ponure równania: Polska albo będzie katolicka, albo barbarzyńska. Wtóruje mu Tadeusz Bartoś, może jeszcze dalszy od klerykalizmu, mówiąc w wywiadzie dla „Europy”, że feudalną władzę hierarchii złamią tu hipermarkety i Jola Rutowicz, bo żadnego Kościoła otwartego, żadnego katolicyzmu „posoborowego”, już w Polsce nie ma. Nie ma też w Polsce żadnego bardziej powszechnego liberalizmu, nawet wśród inteligencji. Dla katolicyzmu nie ma konkurenta, nie ma równowagi, co przede wszystkim katolicyzm psuje. Sprawia, że dzisiejszy polski Kościół nie ma i mieć nie może Wyszyńskiego, z jego wczesnymi tekstami o godności pracy, o związkach zawodowych, o błędach hierarchii… Bo Wyszyński wyrastał w Kościele, który znajdował się w twardej konkurencji najpierw ze świeckim porządkiem II RP, a później z bardzo wymagającym politycznie komunizmem. Michalik, Muszyński, Dziwisz, Wielgus czy Życiński, mimo swoich nieustannych lamentów na temat wszechpotężnej „cywilizacji śmierci”, nie czują tu w istocie na plecach oddechu żadnej konkurencji. A to przekłada się natychmiast na coraz niższą jakość ich działań, dyskursu, myślenia…
„Konserwatywno-liberalny socjaldemokrata” Daniela Bella, spolszczony przez Kołakowskiego, we Włoszech, Ameryce, Anglii byłby dla lewicy wrogiem, może nawet najniebezpieczniejszym, który lewicy ukradł jej najbardziej utalentowanych i wpływowych liderów, najpierw Blaira i Schroedera, potem wszystkich innych. Ale w Polsce może być jej sojusznikiem w ramach Frontu Ludowego na rzecz liberalnej modernizacji. Sojusznikiem słabszym od niej. Bo w Polsce zostałby on wykopany z prawicowej polityki za nadmierną postępowość… W Hiszpanii postfrankista Aznar wprowadził związki partnerskie. Centroprawica wprowadziła we Francji ustawę dopuszczającą aborcję w pierwszych miesiącach ciąży. Po to, by nie trzeba było „zabijać dzieci”, w nielegalnych klinikach, w siódmym czy ósmym miesiącu. W Polsce katolicka prawica nie chce negocjować nawet na poziomie pigułek wczesnoporonnych, nawet na poziomie dotowanej przez państwo antykoncepcji. Nie chce, bo nie musi. Ma zbyt silną pozycję. W dzisiejszej Polsce Aznar czy Giscard d’Estaing byliby radykałami, „nihilistami”, ukrywanymi w PiS-ie przed polskim status quo, tak jak się tam ukrywa Joannę Kluzik-Rostkowską. W PO zostaliby zapewne zepchnięci na „radykalno-liberalny” margines. Aznar i Giscard d’Estaigne na lewo od Palikota? Takie jest przesunięcie peryferiów. Rodzące poczucie zniechęcenia, potrzebę wycofania się, ucieczki od polityki.
To przesunięcie powinno zmienić także tutejszą taktykę lewicy. Bo tutaj lewica walczy na dwóch frontach. O ile na jednym froncie, tym uniwersalnym, polska lewica może pozwolić sobie na radykalizm emancypacyjnego dyskursu, to na drugim froncie – lokalnym - powinna wspierać każdy typ reformizmu, bo każdy typ reformizmu póki co, jest w Polsce czymś straszliwie radykalnym. To, co na Zachodzie jest dla lewicy konkurentem, groźnym przeciwnikiem, tutaj jest sojusznikiem, często słabszym od niej. Nawet coś, co z punktu widzenia Paryża, Londynu, Berlina czy Nowego Jorku lewica mogłaby uznać za daleką ariergardę Oświecenia, wręcz reakcyjne jego opóźnianie, tutaj jest nadal zbyt radykalne, i jako takie wypchnięte na absolutny margines: świecki konserwatyzm, liberalizm jako projekt nieco bardziej kompletny niż tylko outsourcing wszystkich funkcji państwa, pewna odmiana katolicyzmu, zwana kiedyś Kościołem otwartym czy posoborowym, formacja dziś już nieistniejąca, historyczna… w epoce, kiedy „Tygodnik Powszechny” razem z „Niedzielą” potępia bioetyczne projekty Gowina, kiedy serce katolickiej inteligencji bije po prawej, neokońskiej stronie…
PO jest partią modernizacji, przez wielu, w tym przez Kościół, uważaną za niepokojąco postępową, już tylko dlatego, bo na wiele tematów milczy. To już jest skrajną transgresją w świecie reakcyjnego monopolu na zgiełk. „Kultura Liberalna” ma swój mały portal, bez pieniędzy, bez wpływów, świeccy konserwatyści niszowy periodyk. Takie przykłady można by ciągnąć bez końca. Liberałowie, konserwatyści poszukujący nowoczesności, chcący modernizować Polskę, są w tym świecie takimi samymi rozbitkami jak „Krytyka Polityczna”. Tyle że „Krytyka Polityczna” jest dziś spośród nich najsilniejsza. Dzięki konsekwentnej i ciężkiej pracy, organizacyjnej, intelektualnej, wyrosła na metapolityczne mocarstwo, fakt, że na pustyni, na dzikich polach, gdzie nawet metapolityczne instytucje prawicy i Kościoła, działające w zgodzie z otaczającą hegemonią instytucjonalną, społeczną, ideową… nie zbudowały takiej siły, nie wykonały aż takiej pracy, nie potraktowały aż z taką powagą misji budowania refleksyjnej metapolityki w kraju tradycyjnie bezrefleksyjnej władzy.
Właśnie z powodu swojej relatywnej siły KP nie powinna zadowalać się wyłącznie szlifowaniem radykalnych lewicowych dyskursów. To ona musi budować Front Ludowy na rzecz liberalnej modernizacji Polski. Ma już do tego środki, o jakich niedobitki polskiego intelektualnego liberalizmu czy ludzie myślący choćby o stworzeniu polskiej odmiany ruchu Wir sind die Kirche, mogliby tylko pomarzyć. Przyjęcie takiej strategii wymaga od Krytyki Politycznej pewnego cynizmu i pewnej plastyczności. Ostrożnej instrumentalizacji swoich partnerów i samych siebie. Występowania w dwóch rolach. Jako organizator liberalnej debaty – nie wymuszający na innych ich uczestnikach radykalizmu, wyrzeczenia się własnych poglądów, przesunięcia, językowej poprawności – i jako jeden z jej uczestników, zachowujący własną ideową tożsamość, retoryczną wyrazistość itp.
Goszczenie mnie razem z moją idiosynkratyczną definicją i propozycją konserwatywnej modernizacji, jest dla KP tak samo ryzykowne, jak wzięcie odpowiedzialności za stworzenie w Polsce efektywnego Frontu Ludowego na rzecz liberalnej modernizacji Polski. Ale skoro obie rzeczy KP i tak już robi - ja goszczę ze swoimi tekstami na jej łamach od dawna, a w klubach KP odbywają się dyskusje z udziałem rozbitków polskiego liberalizmu, konserwatyzmu, Kościoła „posoborowego”… - wobec tego może warto poddać tę praktykę urefleksyjnieniu. Nazwać ją, jawnie zadeklarować. Albo przynajmniej poddać pod dyskusję.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 23.01.2010 )
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...