|
Żałoba to
ciekawa polityczna lekcja. W Krakowie do tej pory wszyscy są
zaszokowani. Drugiego dnia dwudniowej manifestacji przeciwko
politycznej decyzji kardynała Dziwisza, rozpoczynającej kampanię
wyborczą przy użyciu trumien, dwa tysiące ludzi przyszło pod okno
na Franciszkańskiej, wykrzykując tam rewolucyjne, jak na Kraków,
hasło: „Kardynale Dziwisz, co się dziwisz!?”. Nie pompowały
ich media (media się ich wstydziły), tak jak parę lat wcześniej
pompowały manifestację przeciwko Giertychowi, na którą
ostatecznie przyszło kilkudziesięciu ludzi.
Wciąż też
ponawiam medytację nad frazą Roberta Mazurka z „Rzeczpospolitej”:
„nawet sushi lubimy inne, bo, i to was zaskoczy, nie jadamy
wyłącznie bigosu”. Nie mogę się od tej frazy opędzić, bo jest
ona charakterystyczna dla całego sushi-mesjanizmu, jaki zapanował w
„Rzeczpospolitej”, „Gazecie Polskiej”, „Teologii
Politycznej” i na prawicowych portalach.
A ja wciąż
pamiętam, dla jednych romantyczne, dla drugich złowieszcze, czasy
„pampersów” i konserwatystów. Horubała czy ja byliśmy wtedy – na tle dzisiejszego sushi-mesjanisty Mazurka - tak naiwni, że
chcieliśmy się jeszcze, jako prawicowcy, ścigać z „liberalnym
salonem” naszymi inteligenckimi lekturami (choć ostatecznie
wpisywaliśmy się jedynie w logikę dowcipu o „małpie, która
jednak mówi”). Proszę rzucić okiem choćby na „Powrót
człowieka bez właściwości”, kogo ja tam nie cytowałem i nie
przywoływałem, od Platona po Marksa, od Kuhna po Wittgensteina.
Horubała popisywał się wówczas lekturą Andrzeja Bobkowskiego,
nie jedzeniem sushi. Rafał Matyja czy Kazimierz Michał Ujazdowski
próbowali się wyróżnić lekturą Adolfa Bocheńskiego, młodego
Kisiela, archiwalnych numerów Giedroyciowego „Buntu młodych”.
Pamiętam też czasy, kiedy Legutko przelicytowywał swoich
„salonowych oprawców” książkami, które przeczytał (było ich
więcej, a czasami były nawet lepsze), a nie gwałtownością
epitetów pod adresem „rozwydrzonych smarkaczy”. I pamiętam
okres, kiedy Krasnodębski przelicytowywał „salon” naprawdę
świetnie przez siebie poznanym i zrozumianym Maksem Weberem, a nie
symbolicznym krwawieniem ze swoich symbolicznych stygmatów, o jakie
przyprawiła go symboliczna przemoc „salonu”.
Tymczasem
kilkanaście lat później, w dniach najnowszej narodowej żałoby,
Robert Mazurek bez skrępowania uprawia w „Rzeczpospolitej” swój
sushi-mesjanizm. Sushi-mesjanizm narodził się zresztą w Ameryce,
tamtejsi sushi-mesjaniści musieli przecież politycznie obsługiwać
apokaliptyczny lud i apokaliptycznych kaznodziejów z amerykańskiego
Południa czy Kansas (bez poparcia tego ludu nie wygrywaliby tak
taśmowo wyborów). Ale woleli ten lud obsługiwać w waszyngtońskich
i nowojorskich sushi-restauracjach, chłodno i pragmatycznie
zaprzęgając apokaliptyczne emocje do walki o władzę nad
nowoczesnym, odczarowanym państwem. I pokazując „liberalnym
elitom” Wschodniego Wybrzeża, że też mają forsę, że stać ich
na sushi. Nawet jeśli liberalną nowoczesność, która także w to
sushi ich wyposażyła, traktują tak jak gapowicze tramwaj.
Sushi-mesjanizm
może zniszczyć polską politykę bardziej, może ją bardziej
wykoślawić niż sushi-liberalizm. Zobaczyłem to właśnie w czasie
narodowej żałoby. Ja naprawdę nie chcę w Polsce u władzy
neomariawity Terlikowskiego, nie chcę u władzy Rafała
Ziemkiewicza, który prywatnie naprawdę nie znosi wszelkiego
„frajerstwa”, ale w dniach powszechnej żałoby, żeby
przystosować się do neomesjańskich oczekiwań obsługiwanego przez
siebie prawicowego segmentu rynku, będzie pisał o „powolnym
pogrążaniu się w śmierdzącym bagnie 97 Konfederatów barskich z
Pakości”. Nie chcę u władzy Mazurka, który przed lewicą
popisuje się nie książkami, jakie przeczytał, ale sushi, które
jako mesjanista wysoce zmodernizowany jada zamiast bigosu.
Nie chcę, żeby
wyznawcy sushi-mesjanizmu mieli wpływ na władzę w tym kraju, nie
chcę, żeby mieli wpływ na znaczące media. Nie występuję z
pozycji totalitarnych, nie piszę tego na łamach „Trybuny Ludu”
w czasach stalinowskich, czy nawet tygodnika „Polityka” w stanie
wojennym, ale na portalu niskonakładowego kwartalnika „Krytyka
Polityczna”, zaczepiając ludzi, którzy piszą w wysokonakładowych
dziennikach i tygodnikach, a w TV czy radiu występują nie rzadziej
ode mnie. Więc mam chyba prawo powiedzieć to, co teraz mówię, że
ich nie chcę u władzy w Polsce. Moje „nie chcę”, nie jest też
wezwaniem do metapolitycznej histerii, jakich było wiele w pierwszej
(Wałęsa/Mazowiecki) czy drugiej (PO/PiS) wojnie na górze. To
spokojne wezwanie do politycznej walki. Ja nie chcę wyzywać
Mazurka, Ziemkiewicza, Terlikowskiego… od moherów ani od łże-elit,
od „Rysiów”, ani od „ciemnogrodu” (choć faktycznie, od
„sushi-mesjanizmu” powstrzymać się nie umiałem). Ja chcę z
nimi po prostu politycznie wygrać. Chcę, żeby partie, które oni
będą popierać, przegrywały w wyborach, chcę, żeby media, w
których oni piszą, przegrywały rynkowo z mediami bardziej
liberalnymi. Żeby media bardziej liberalne nie stosowały się do
specyficznych norm politycznej żałoby ustanawianych przez sushi-mesjanistów.
Chcę, aby w
Polsce dominował język liberalny (i liberalno-konserwatywny, i
liberalno-lewicowy), a nie agresywnie antyliberalny („antyliberalny”
to naprawdę nie jest w tym wypadku epitet, tylko opis; myślę, że
jawnie wzywający przy okazji żałoby do budowy w Polsce
„nieliberalnej demokracji” Tomasz Terlikowski by się ze mną
zgodził). Uważam, że język politycznego mesjanizmu zawsze był w
Polsce chorobą, tyle że w XIX wieku był chorobą zrozumiałą, bo
nie mając państwa ani instytucji miotaliśmy się po Europie jak
kura z obciętą głową, wylewając z siebie całe strumienie widzeń
i wizji, tęskniąc za „ofiarą”. Ale dzisiaj Polacy mają
państwo i mają politykę, więc narodowy mesjanizm jest chorobą
niepotrzebną, czasami używaną cynicznie przez sushi-mesjanistów,
a czasem przeżywaną autentycznie, z której jednak tym bardziej
należy się wreszcie wyleczyć. Owszem, jako czytelnik Foucaulta – czym wciąż wolę się przechwalać, zamiast, jak Mazurek,
przechwalać się dostępem do sushi - znam ponurą dialektykę tej
„medycznej” retoryki i wcale nie wiem, czy to, że używam jej
świadomie, obroni mnie przed jej mrokami.
W XIX-wiecznej
epoce Świętego Przymierza w Europie nie mogliśmy budować
racjonalnej polityki, nie byliśmy nawet pod jednym zaborem, ale pod
trzema różnymi, przyłączeni do trzech różnych obiegów idei,
polityki, gospodarki. W tej epoce nowego Świętego Przymierza, po
upadku Muru, nie jesteśmy podzieleni między trzy mocarstwa. Nie
musimy być „po sasku” rządzeni przez ambasady rosyjską,
niemiecką, amerykańską i dodatkowo przez kardynała Dziwisza jako
„gospodarza Wawelu”. Także do Unii weszliśmy jako jedno
państwo, które może uprawiać własną politykę europejską,
nawet jeśli często jej uprawiać nie umie. Chcę, aby w takiej
sytuacji dominującym wyborem był w dzisiejszej Polsce wybór modelu
świeckiej i liberalnej Europy (w której naprawdę wolno wierzyć w
Boga i wolno nie dokonywać aborcji ani eutanazji, choć nie wolno
porównywać kobiety dokonującej aborcji do SS-mana mordującego
Żydów. Wolno nie być gejem, choć nie wolno wyzywać gejów od
zboczeńców). Właśnie dlatego będę politycznie walczył z sushi-mesjanizmem.
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...