Nowość w sklepie KP

kepel72dpi_maly.jpg
1proc-male-1proc.png

CYTAT DNIA

Integrować to nie znaczy wymagać od imigrantów, by dostosowali się do pierwotnie obowiązujących zasad społeczeństwa przyjmującego, integrować to znaczy współpracować nad powszechnym ustanowieniem na nowo zasad rządzących całym społeczeństwem.
Daniel Cohn-Bendit
Advertisement
Nierynkowe fundamenty rynku Drukuj
Cezary Michalski
Cezary Michalski
  
08.02.2010
Ryszard Legutko napisał wiele lat temu interesujący tekst o nieliberalnych fundamentach liberalizmu. Religie, systemy etyczne, wyuczone wzorce zachowań, odkrycia naukowe… – wszystko to, co w pewnym momencie wchodzi w obszar liberalnej debaty, musiało zostać wyprodukowane, stworzone, ukształtowane, wychowane… w rodzinach, w rozmaitych kościołach, w szkołach i na uniwersytetach, a nawet w opętanych lekką psychozą umysłach twórców czy ideologów. A więc wszędzie tam, gdzie liberalna zasada swobodnej wielogłosowej debaty nie ma pełnego dostępu, nie w pełni obowiązuje, gdzie liczą się tradycja, utopia, autorytet, silna wola, dominacja itp. Wszystko to, do czego liberalizm - nie bez racji - nie ma zaufania.

Można kontestować różne człony tej diagnozy, można mieć wątpliwości zarówno co do „nieskrępowania i otwarcia” liberalnej debaty, jak też co do wartości jej „nieliberalnych fundamentów”. Mnie osobiście trafna wydaje się jednak sama intuicja, że liberalizm nie sprawdza się jako zasada totalna, jest po prostu niewystarczający, w jakimś procencie „pasożytuje” na tym, co było przed nim i co jest poza nim. Nie jest w stanie sam siebie wyciągnąć za włosy z bagna.

Jednak ten sam autor, Ryszard Legutko, nigdy nie ośmieliłby się napisać tekstu o nierynkowych fundamentach rynku. Wszystko to, co jest dla niego współcześnie „demoralizacją”, „spłyceniem”, „urawniłowką”, „imitacją”… począwszy od telewizji i kina, poprzez prasę, skończywszy na grach komputerowych czy muzyce rockowej… to efekt „rewolucji 1968”, „permisywizmu”, „lewactwa”, „wychowania w zbolszewizowanej szkole publicznej” itp. Dobry Pan Rynek nie ma z tym wszystkim nic wspólnego. Mówiąc starym marksowskim językiem, zła jest wyłącznie ideologiczna „nadbudowa” dzisiejszego kapitalizmu (co jest oczywiście winą lewicowo-liberalnych elit), a dobra rynkowa „baza” w ogóle nie powinna być tematem refleksji.

Zawstydzający jest ten regres późnego Ryszarda Legutki, nie mówiąc już o Ziemkiewiczu czy Wildsteinie będących zaledwie werblistami w naszej neokońskiej orkiestrze – regres w stosunku do Marksa zajmującego się ambiwalentnym oddziaływaniem rynku na „dawne dobre wartości, tradycje i instytucje” już ponad półtora wieku temu. Jest to regres nawet w stosunku do uważnych liberalno-konserwatywnych czytelników Marksa, w rodzaju Daniela Bella czy Petera Bergera, którzy pół wieku temu pisali o rewolucji kapitalistycznej, a także o „kulturowych sprzecznościach kapitalizmu”, sprawiających, że pod wpływem rynku „to, co stałe wyparowuje, a to, co święte ulega profanacji” – bez udziału „lewaków”. W przypadku Legutki nie jest to jednak bezmyślność jako błąd, ale jako wybór. Niemyślenie o rynku, traktowanie go jako przezroczystej „drugiej natury”, projektowanie własnych antyrynkowych lęków na „złych lewaków”, to stanowisko zajmowane dzisiaj przez całą globalną neokońską prawicę (nie ma dziś ideowej formacji bardziej imitatorskiej, a tym samym bardziej zglobalizowanej).

Współcześni neokoni próbują udawać, że współczesnym rynkiem wciąż jeszcze rządzi (o ile rządziła kiedykolwiek) purytańska zasada wzajemnego zaufania i kooperacji, a nie widoczna dla każdego poza nimi zasada maksymalizacji krótkoterminowego zysku. Że ideologię współczesnego rynku, globalnej Republiki Weimarskiej, nadal opisuje Lock, a nie Brecht. Kłamstwo na poziomie diagnozy wydaje z siebie kłamstwo ideologiczne. Skoro rynek nie zachowuje się tak, jak z czytanek Locka, a współczesny magnat finansowy czy medialny to nie Ebenezer Srooge z Opowieści Wigilijnej Dickensa, ale raczej Mackie Majcher z Opery za trzy grosze, ktoś musi być temu winien. Winni są lewacy. To oni zdemoralizowali producentów i konsumentów, bankierów oraz inwestorów giełdowych. Jeśli w roli wychowawców ludzkości lewaków zastąpią neokoni, wówczas rynek przestanie „odbierać dzieci rodzicom”, „promować demoralizującą muzykę” albo „sprośne filmy…”. Dalej będzie się można nim po prostu intelektualnie nie zajmować. Naszym neokonom wystarczy, jeśli wzburzone fale rynku pokropią ustawodawstwem antyaborcyjnym, niekoedukacyjną szkołą prywatną, rodzicielskim kodem blokującym ten czy inny program Cyfry Plus.

Tymczasem współczesny rynek, pozbawiony jakiejkolwiek politycznej przeciwwagi lub choćby intelektualnej refleksji, spokojnie dalej zjada wszystkie swoje pozarynkowe fundamenty i ograniczenia. Pożera wszystko, co nie służy krótkoterminowej maksymalizacji zysku, wszystko, co było nastawione na długie trwanie: już nie tylko takie „socjalistyczne wynalazki” jak prawo pracy, ale także uniwersytety (te wspaniałe, zhierarchizowane i scholastyczne instytucje, tak bliskie sercu Ryszarda Legutki), a także badania podstawowe w naukach ścisłych i przyrodniczych. Współcześni profesorowie fizyki, biologii czy chemii zachowują się jak PR-owcy Platformy Obywatelskiej. I na pewno nie odpowiedzą nam na pytanie, czy wprowadzenie na rynek w ciągu jednego dnia dziesięciu nowych dzwonków polifonicznych do telefonów komórkowych to dowód na przyspieszenie postępu w stosunku do odkrycia radu i polonu przez małżeństwo Curie, czy też może przejaw premiowanej przez rynek dekadencji. Oni albo sprzedadzą na łamach ostatniego „Nature” jakąś PR-ową rewelację, na którą uda im się zgromadzić garść prywatnych dolarów, albo zginą. W ten sposób stają się tak samo wiarygodni, jak Ryszard Petru, który bezstronnie ocenia politykę gospodarczą państwa z wyżyn stanowiska Głównego Ekonomisty BRE Banku. A w kolejce czekają jeszcze eksperci WHO zatrudniani jednocześnie przez koncerny farmaceutyczne.

Chyba najbardziej szczerze dzisiejszą rolę klasy eksperckiej zdefiniowali w swojej słynnej rozmowie Ryszard Sobiesiak i Jan Kosek (najpoważniejsi polscy biznesmeni z branży hazardowej): „bo ma mi Sławek przygotować, ten chudy, ma mi przygotować k… takie wyliczanki, co oni tam wyrabiają z tą ustawą, że ona jest kompletnie pierd…”. Tymczasem Ryszard Legutko czy Bronisław Wildstein dostrzegają wyłącznie wszechpotężnych lewaków czy innych ekoterrorystów, coraz bezczelniej ryjących pod coraz bardziej zagrożonym wolnym rynkiem. Co jest z kolei najlepszym dowodem na to, że filozofowie, historycy idei czy zaangażowani publicyści są od tego, aby mistyfikować rzeczywistość, a nie od tego, żeby ją badać.

Czasami jednak w tym PR-owym zachwycie nad nieustającym i geometrycznie przyspieszającym postępem, jaki zawdzięczamy ekspansji logiki rynkowej na wszystkie obszary ludzkiej aktywności, pojawia się prześwit. Najnowszy raport administracji Obamy informuje, że program księżycowy NASA powtarza wiele rozwiązań sprzed 50 lat, z uruchomionego jeszcze przez Kennedy’ego programu Apollo. Ten miażdżący raport został zresztą przygotowany nie po to, aby dofinansować nowy program księżycowy NASA, ale by go odchudzić i ostatecznie zatrzymać. Budżet trzeba równoważyć w cyklach jednorocznych albo maksimum w politycznych cyklach wyborów i wyborów uzupełniających, a nie w stuletnich cyklach ludzkiej kolonizacji kosmosu, traktowanych poważnie wyłącznie przez autorów SF. Można powiedzieć, że rynek uziemił ludzkość na dobre.

Z jednej strony mamy zatem rynek uśmiercający program księżycowy najbogatszego globalnego mocarstwa, z drugiej strony program kosmiczny Islamskiej Republiki Iranu, świeżo przeżywającej swój ubiegłotygodniowy sukces w postaci wystrzelenia na orbitę, przy pomocy najnowocześniejszej irańskiej rakiety Kawoszgar-3, żółwia (niestety, nie był to Olechowski z szalenie komicznego felietonu Tomasza Piątka), szczura i dżdżownice. Irański program kosmiczny wymknął się dyktaturze rynku, gdyż motywuje go zupełnie nierynkowa duma peryferiów oraz wyścig zbrojeń z Izraelem lub chociażby Syrią.

Zanim jednak pojawi się jakaś trzecia droga, mając do wyboru cywilizację zachodnią, w której rynek zdławił program kosmiczny, i dumę peryferiów, przekładającą się zazwyczaj na autorytarne mordownie (choć wciąż jeszcze zdolne do wyniesienia na orbitę żółwia i dżdżownic), wybieram Zachód z jego dominacją rynku. Zamiast na orbitę wraz z irańskim żółwiem i dżdżownicami, udam się na co wieczorny sens AXN Sci-fi. Gdzie po raz siódmy z rzędu będę podziwiał technologię Goauld albo superwytrzymały stop, z którego robione są terminatory w „Kronikach Sary Connor”. Postęp realny zawsze można bowiem zastąpić postępem z sferze fantazji.

Na podobny temat




  Komentarze (6)
 1 3 pytania i 3 odpowiedzi
Dodane przez rebelle, w dniu - 08.02.2010 09:03
Pyt.: czy Legutko, to krok wstecz w stosunku do Marksa? Odp.: NIE. Legutko nigdy tam nie był, to jakby miał robić krok wstecz? 
 
Pyt.: czy dyskusja między liberalizmem konserwatywnym a niekonserwatywnym (jako jedyny horyzont rozważań) jest interesująca? Odpo.: NIE. It’s _so_ 1997. 
 
Pyt.: o co tu chodzi? Odp.: podobnie jak w 
większości tekstów AB-R mamy 97 proc. umysłowych rozważań i zwrot na ostatnim zakręcie, kiedy podmiot autorski stwierdza, że zlewa to, co napisał przed chwilą, bo myślenie do niczego nie zobowiązuje.
 2 Dodane przez kot, w dniu - 08.02.2010 10:30
Gdybym powiedział: panie Michalski kocham pana, 
za to zdanie: 
,,Co jest z kolei najlepszym dowodem na to, że filozofowie, historycy idei czy zaangażowani publicyści są od tego, aby mistyfikować rzeczywistość, a nie od tego, żeby ją badać.,, 
to bym powiedział ciut za dużo, ale zdanie jest piękne mimo,że nie rewelacyjnie nowe.
 3 Dodane przez Nowobilski, w dniu - 08.02.2010 13:42
Moim zdaniem dosyć przewrotny tekst. Bo o ile wolny rynek dość brutalnie niszczy tradycyjne formy życia i instytucje, to przecież lewica poddaje je ostrej krytyce. Może w istocie jest właśnie w jakimś sensie sposobem myślenia idealnie odpowiadającym potrzebom wolnego rynku? Dostarcza legitymizacji? Takie myśli nasuwają mi się na gorąco.
 4 Dodane przez Spokojny, w dniu - 08.02.2010 13:50
Lewicowosc calosciowa to nie wiem, ale jesli chodzi o ideologie rownosci plci, to na pewno jest ona produktem specyficznej sytuacji ludzkich jednostek postawionych w sytuacji gospodarki wolnorynkowej. Taka sytuacja wymusza na ludziach bezlitosne konkurowanie miedzy soba o wzgledy firm pracodawczych, bedacych jedynym zrodlem zycia. Oczywiste jest wiec, ze wszystko to, co odroznia zatomizowane jednostki od siebie na starcie staje sie dla tego przezycia zagrozeniem. Z wolnorynkowego punktu widzenia idealem jest jednostka doskonale mobilna - pozbawiona zobowiazan, dzieci, rodziny, przywiazania do czegokolwiek stalego, co mogloby ja ograniczac w przemieszczaniu sie, w „elastycznosci czasu pracy” itd.
 5 Dodane przez kot, w dniu - 09.02.2010 00:45
Nierynkowe fundamenty rynku, bardzo słuszna obserwacja, nagminnie ignorowana. 
Wynika ona z zasady ogólnej,że nie ma wewnetrzności samej w sobie, która by nie była osadzona w zewnetrzności. Nawet w matematyce to się nie udało- zgodnie z prawem Goedla.
 6 Dodane przez meisels, w dniu - 10.02.2010 01:34
Ale dlaczego naukowcy mieliby się zajmować dzwonkami polifonicznymi?

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować artykuły.
Zaloguj się lub zarejestruj.

Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.3
Polska adaptacja - JoomlaPL.com Team

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »