Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Modernizacja bez państwa Drukuj
Cezary Michalski   
10.02.2010
Do czego ludziom potrzebne jest państwo? Choćby do tego, aby zastąpić jałmużnę pomocą społeczną; filantropię – redystrybucją; dobroczynność prywatną i arbitralną – dyskryminacją pozytywną gwarantowaną przez prawo, które ktoś wprowadzi i będzie w miarę skutecznie egzekwował. A dlaczego ta „okropna etatystyczna redystrybucja” lepsza jest od wysoce moralnej jałmużny? Bo tylko ona jest w istocie moralna, podczas gdy jałmużna jest wszelkiej moralności zaprzeczeniem. Jałmużna (filantropia, dobroczynność prywatna) to zwyczajna przemoc stanu naturalnego, tyle że totalna, jeszcze bardziej urągająca poczuciu sprawiedliwości. Silniejsi nie tylko ograli słabszych na rynku – czasem w równej walce, konkurencji i w pracy, a czasem dziedzicząc wyróżnioną pozycję, kasę rodziców, mając zagwarantowaną lepszą pozycję startową, lepszą edukację. Silniejsi, w akcie jałmużny, filantropii, dobroczynności, do jednego wymiaru dominacji dodają drugi. Nie tylko materialny, także symboliczny. Nie tylko są silniejsi, są także lepsi. We własnych oczach, w oczach innych ludzi.

Wiedzieli to purytanie, którzy zbudowali podstawy redystrybucji państwowej w Skandynawii, Europie Zachodniej, nawet w Ameryce. Nie pamiętają o tym polscy neokoni i neoliberałowie, bo w Polsce zarówno liberalizmem, jak i konserwatyzmem nazywane bywa czasami zwyczajne zdziczenie. Właśnie dlatego, żeby przemoc stanu natury okiełznać, purytanie wymyślili państwo opiekuńcze. Czarna skrzynka redystrybucji, czarna skrzynka systemu podatkowego – potrzebna im była do tego, ażeby wreszcie w sposób naprawdę praktyczny zrealizować starą religijną intuicję: „niech nie wie lewica, co czyni prawica”, niech się filantrop nie pyszni, niech nie odbiera nagrody za swoją dobroczynność „tu na Ziemi”, w sposób tak jawny, bo wówczas wzmocni jedynie swoją siłę, przewagę, dominację nad „obdarowanym”. Przemocy i dominacji stanu natury nie tylko nie przekroczy, ale w brutalnym porządku natury ugrzęźnie jeszcze głębiej. Za pomocą pozorowanego aktu miłosierdzia.

Państwo jest nieefektywne – mówią neoliberałowie i neokoni. Pozwólmy się ludziom bogacić, a redystrybucję zastąpmy dobroczynnością. Owszem – wypada im odpowiedzieć – pozwólmy się ludziom bogacić, ale jałmużna redystrybucji nie zastąpi, gdyż jałmużna nie jest wyjściem ze stanu natury. Jest namaszczeniem przemocy natury, podniesieniem jej na wyższy poziom, a nie sublimacją. Piątak wrzucony komuś do kapelusza, nawet licytacja serduszka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy przez właściciela dużego funduszu inwestycyjnego - jest wymiarem dominacji jeszcze bardziej jaskrawym niż zwykła luksusowa konsumpcja.

Neoliberalizm bez dobroczynności i jałmużny bywa nieludzki, ale nie ma przynajmniej ideologicznego, pseudomoralnego dopełnienia. Neoliberalizm plus jałmużna to już zwyczajny faszyzm. A w każdym razie projekt totalny.

Kiedy jeszcze stosunkowo dużo zarabiałem, starałem się nie płacić słynnego 1 procenta na arbitralnie przeze mnie wybraną fundację, opiekującą się bezdomnymi pieskami, bezdomnymi ludźmi czy bezdomnymi ideami. Wszystko oddawałem państwu. Z pełną świadomością, że państwa w Polsce nie ma, tak jak nie ma mediów publicznych, są tylko ruiny przebiegane przez partyjnych Raubritterów. Ale to była moja inwestycja w przyszłość, to były moje praktyczne prolegomena do wszelkiego przyszłego cywilizowanego etatyzmu.

Z braku państwa polskiego zaakceptowałbym nawet państwo brukselskie. Tyle że ono również prawie nie istnieje. Tak jak polskie państwo już nie istnieje, europejskie państwo nie istnieje jeszcze. Zygmunt Bauman, którego o zoologiczny nacjonalizm nikt, mam nadzieję, podejrzewać nie zechce, zauważył kiedyś – jakieś parę lat temu w wywiadzie dla „Europy” - że wolałby rząd światowy lub choćby europejski, ale z braku tych ostatnich gotów jest zaakceptować w Polsce liberalno-demokratyczne państwo narodowe wypełniające swoje obowiązki społeczne: redystrybucji, obrony praw pracowniczych, gwarantowania równego dostępu do edukacji, obrony minimalnej choćby społecznej spójności, zwanej „solidarnością”. Państwo narodowe wypełniające obowiązki społeczne, których nieistniejący rząd światowy czy słabo jeszcze istniejący rząd europejski za niego nie wypełni.

W tej chwili radosny outsourcing rozmaitych społecznych obowiązków państwa, w wykonaniu czy w projekcie PO, zwarty w śmiertelnym PR-owym boju z nieudolną ideologiczną koncepcją państwa braci Kaczyńskich, znoszą, kompromitują ideę państwa w Polsce w ogóle. Jeśli państwo to Kaczyńscy, tak jak oni sami to twierdzą, my wolimy outsourcing, radosny koniec państwa pod sztandarem PO. Świetnie zaprojektowana logika tego sporu nadal kompromituje w Polsce myślenie państwowe, tak jak wcześniej kompromitował je nieudany etatyzm „realnego socjalizmu”.

Jeśli jednak w Polsce ma w ogóle zaistnieć jakaś trzecia droga, choćby pomiędzy PiS-em i PO, w takim razie lewica, liberałowie, konserwatyści… (przykro mi rozczarować ideologicznych kiboli, ale dla mnie naprawdę trochę obojętnie kto) muszą zaproponować własną koncepcję państwa. Udowodnić przydatności państwa w procesie modernizacji i własną zdolność do budowania państwa i nim zarządzania.

Przyznam, że Leszek Miller, mimo wszystkich historycznych różnic i wstrętów, zainteresował mnie kiedyś – na parę minut przed wybuchem afery Rywina i po jej wybuchu, kiedy moi prawicowi przyjaciele cieszyli się właśnie, że wreszcie pozwala się im na „gonienie komucha” - właśnie dlatego, że, bardziej instynktownie niż teoretycznie, spróbował być państwowcem na lewicy. Miał może nieortodoksyjne poglądy na podatki, Kościół czy Orianę Fallaci, ale uważał, że skoro jest premierem legitymizowanym przez wybory powszechne, to ma prawo rządzić, wręcz rządzić powinien. Rządzić, a nie rozpływać się w metapolitycznym lobbingu, nie szukać silnych podmiotów i struktur poza polityką: w biznesie, w mediach, w zawodowych korporacjach prawników czy dziennikarzy… żeby im władzę jak najszybciej oddać, żeby jak najmniej zwracać na siebie uwagę. Zachowywał się trochę inaczej niż „dobry premier” Buzek. I trochę inaczej niż Aleksander Kwaśniewski, niedrażniący się z ludźmi czy instytucjami, które uważał za silne, surfujący po powierzchni oferowanego mu świata (nie bez racji Jadwiga Staniszkis właśnie dlatego nazwała go kiedyś lirycznie „ciepłym pustym miejscem”).

Miller to zdrada czystości ideowego dyskursu lewicy, a w ostateczności także polityczna klęska. Więc wydaje się, że nie ma powodu, żeby lewica miała po nim płakać. Dzisiaj w dodatku powraca, wraz z Oleksym, Szmajdzińskim i innymi „historycznymi przywódcami”, raczej jako pastisz niż nowe otwarcie. Płakać młoda lewica po Millerze nie musi, ale jego przygodę z realnym rządzeniem przemyśleć powinna, bo to najciekawsza przygoda, jaka się lewicy (przy wszystkich zastrzeżeniach co do lewicowości Millera) w III RP przydarzyła. Władza, państwo, rządzenie, których on próbował w Polsce, są w Polsce zagadnieniami niebanalnymi, najbardziej interesującymi, może jedynymi interesującymi tutaj tematami politycznymi. Bo jesteśmy narodem od paru wieków naturalnie bezpaństwowym i apolitycznym. Starającym się w ogóle nie myśleć o rządzeniu samymi sobą. Kiedyś bezrefleksyjnie oddaliśmy rządy nad sobą zaborcom – czyli narodom bardziej niż Polacy skłonnym i zdolnym do myślenia państwowego i politycznego – dzisiaj wydaje się nam, że możemy bez konsekwencji oddać rząd „niewidzialnej ręce rynku” czy „niewinnym, apolitycznym, pragmatycznym, profesjonalnym, eksperckim…” strukturom i instytucjom „społeczeństwa obywatelskiego”.

Państwo i rząd to nie są zagadnienia „z natury prawicowe”. Nawet w Polsce tak nie jest. Lewica ma prawo, a nawet powinna się nimi zajmować. Jest też jednak inna droga dla lewicy. Samonasładzanie się na lewicowych portalach, czyszczenie do błysku radykalnego dyskursu na temat teatru czy literatury, podobnie jak niektórzy polscy prawicowcy samonasładzają się w dyskusjach na Salonie24 i czyszczą swój tradycjonalistyczny dyskurs do błysku na łamach „Christianitas” czy „Frondy”. Ale polscy tradycjonaliści bawią się w dyskurs w realnym kontekście społecznym, który ich w razie czego utuli. Lewica w Polsce nie ma takiego luksusu. Zabawa w dyskurs bez władzy ją zabije. Bo polski stan natury jest akurat raczej zachowawczy. Dlatego kompromis Leszka Millera - w połączeniu z jego zdolnością zdobycia władzy i chęcią jej sprawowania – wydaje mi się „po żiżkowsku” intelektualnie ciekawszy od dyskursywnej czystości tej części młodej (czy w średnim już wieku) lewicy, która wychowała się w poczuciu gettowego bezpieczeństwa, jakie jej w latach dziewięćdziesiątych stworzyły liberalne media – będące wówczas stroną w ostrych ideowych sporach. Dzisiaj liberalne media same zaczynają się stapiać z naszym neoliberalno-neokonserwatywnym, a w istocie po prostu zachowawczo bezrefleksyjnym status quo. I nawet getta zabraknie. Zamiast manify będą już promowane tylko maratony w rocznicę niepodległości albo Bitwy nad Wisłą. Rocznice skądinąd poczciwe, ja wobec polskiej niepodległości nie pałam żadną szczególną niechęcią. Ale niepodległość – szczególnie już odzyskana - jest dla mnie ważna mniej niż modernizacja. A państwo, rząd, polityczna władza… są do modernizacji peryferiów bezwzględnie potrzebne: do pilnowania spójności społecznej, do zastępowania jałmużny redystrybucją, do pilnowania, aby społeczeństwo poddane dość gwałtownej zmianie nie powróciło do stanu natury. Można peryferia modernizować samym tylko rynkiem. Ale koszty społeczne będą przez to większe. Już je poznaliśmy.
Komentarze
Dodaj nowy
Spokojny   |15.02.2010 04:40:31
>>A dlaczego ta okropna etatystyczna redystrybucja lepsza jest od wysoce
moralnej jałmużny? Bo tylko ona jest w istocie moralna, podczas gdy jałmużna
jest wszelkiej moralności zaprzeczeniem. Jałmużna (filantropia, dobroczynność
prywatna) to zwyczajna przemoc stanu naturalnego, tyle że totalna, jeszcze
bardziej urągająca poczuciu sprawiedliwości. Silniejsi nie tylko ograli
słabszych na rynku  czasem w równej walce, konkurencji i w pracy, a czasem
dziedzicząc wyróżnioną pozycję, kasę rodziców, mając zagwarantowaną lepszą
pozycję startową, lepszą edukację. Silniejsi, w akcie jałmużny, filantropii,
dobroczynności, do jednego wymiaru dominacji dodają drugi. Nie tylko materialny,
także symboliczny. Nie tylko są silniejsi, są także lepsi. We własnych oczach, w
oczach innych ludzi.

nic dodać, nic ująć. Gratuluję Krytyce dobrego nabytku.
Panmik   |15.02.2010 05:54:27
Ale gdzie oni są Ci oświeceni konserwatyści? Pochowali się w zakamarkach swoich
partii, czy też po prostu oportunistycznie milczą? Nie słyszałem dość dawno
sensownej wypowiedzi, np. że państwowe może być lepsze niż prywatne, że
redystrybucja jednak jest OK, jakiejkolwiek wypowiedzi publicznej wychylającej
się poza neoliberalny schemat. Jeśli grupa taka istnieje, to nie dokłada się do
metapolityki kształtowanej przez KP. Pan jest chyba pierwszy.
Obawiam się, że
takiej grupy po prostu nie ma, albo jest tak słaba, że sojusz z nią nie ma
sensu. Idea ogólnie ciekawa, ale nie da się sprzymierzyć z fantomem.

Zdanie
Zabawa w dyskurs bez władzy ją zabije. wymiata :-)
metafizyk   |15.02.2010 06:09:41
rząd brukselski, rząd światowy, Bauman autorytet - ej Panie Michalski to juz nie
tylko ręce opadają, ale i spodnie!
Rylew   |15.02.2010 06:46:55
Rzeczywiście nic dodać nic ująć.

Podobno dobry dziennikarz może napisać
wszystko i krytykę zdrowego rozumu i krytykę dobroci ucieleśnionej, panegiryk na
cześć diabła, a nawet poemat na chwałę swojego kata.
Albo może autor zaczyna
rozumieć lewicowość :) ?

Modernizacja bez państwa jest jak ochrona zdrowia za
pomocą ewolucyjnego przystosowania (konserwatywna modernizacja ? ;).
jkl  - bardzo dobry tekst, nareszcie   |15.02.2010 07:28:01
Silne państwo to oczywiście narzędzie lewicowej redystrybucji, ale wydaje się,
że i konserwatywna prawica (z innych, ideologicznych powodów) o takim marzy.
Więc państwo w sferze gospodarczej - TAK, w sferze obyczajowej - NIE, takie
powinno być dążenie lewicy.

A co do "samonasładzania się", to i ono
jest potrzebne. Należy popierać ludzi podobnie myślących, pokazywać im, że nie
są sami, tworzyć różne środowiska intelektualne. Hayekowy liberalizm wygrał
właśnie dzięki takim "samonasładzającym się" think tankom. Dlatego
odrobinę intelektualno-artystycznych pieszczot wzajemnych ani KP, ani Lewicy.pl,
ani Recyklingowi nie zaszkodzi. Byle tylko na tym się nie kończyło.
Thome  - Transformacja jałmużny.   |15.02.2010 10:44:25
Bardzo ciekawa Randowska analiza dobroczynności. Dotyczy zresztą i milionerów i
urzędników przyznających np. renty.

Czy przesunięcie jałmużny z rąk
"tych pyszniących się, okropnych filantropów", w ręce Lewiatana i jego
nie mniej pyszniących się oficerów zinstytucjonalizowanej dobroczynności zmienia
sytuację? I komu służy?

"Piątak wrzucony komuś do kapelusza (…) -
jest wymiarem dominacji jeszcze bardziej jaskrawym niż zwykła luksusowa
konsumpcja."

Chyba Redaktor Michalski musiał to i TAK czuć wrzucając
"piątaka"…….
Agnieszka P.  - jałmuzna   |15.02.2010 10:58:48
Cieszę się, że zwrócono uwagę na wątpliwy status moralny jałmużny. Myślę, że nie
jest ona zaprzeczeniem moralności w ogóle ale jestem przekonana, że urąga ona
godności. Dawanie napiwków tak, jak się to robi w Stanach Zjednoczonych (np
wsadzenie portierowi w rękę 2 dolarów i przyklepanie) przypomina stosunek pana
do sługi. Podobnie jest z formą wynagrodzenia zwaną "prowizją", która
niejednemu już zrujnowała poczucie własnej wartości. Społeczeństwo promujące
tego typu praktyki, promuje nierówności oraz tworzy okoliczności, w których
ujawniają się paskudne cechy charakteru (zarówno u bioracych jak i dających).
kardach   |15.02.2010 12:28:36
"Przesunięcie jałmużny z rąk tych pyszniących się, okropnych filantropów, w
ręce Lewiatana i jego nie mniej pyszniących się oficerów zinstytucjonalizowanej
dobroczynności" zmienia sytuację, i to bardzo. Filantrop daje z litości, a
potwór z obowiązku. Filantrop daje swoje pieniądze, potwór nie swoje. Filantrop
odbiera mi moją godność, potwór nie odbiera. W końcu, ja sam jestem poniekąd tym
potworem. Komu to służy? Tym, którzy wolą horrory niż ckliwe romanse i komedie
romantyczne. A także tym, którzy wolą raczej żądać niż prosić.

Powiem więcej
- nie wiem, czy jako kibol, czy nie, i nie dbam o to - lewica powinna przeprosić
się nie tylko z państwem, lecz z przemocą, na przykład tą, którą neokoni i
neoliberałowie nazywają "opresją podatkową". Ale nie tylko tą. Potrzeba
nam więcej dobrze pojętej opresji.

Poza tym, tekst bez zarzutu. Powtórzę po
kilku przedmówcach: nic dodać, nic ująć. Z komentarzy wynika, że autor nie
odwołuje się do fantomów.

Jeśli na tym miałaby polegać konserwatywna
modernizacja, na lewicowym etatyzmie, to podpisuję się pod tą
ideą.

"Państwo to Ja"; "Ja i moja własność"
wojnier  - Jałmużna jest fe,   |15.02.2010 14:09:19
cacy jest zasiłek, wystarczy kilka dni pobiegać za zaświadczeniami i stajemy się
szczęśliwymi posiadaczami np 80 zł na dziecko miesięcznie. Może dla biorcy jest
to przyjemne, że nie musi dziękować, ale jeżeli jest nieco bardziej dociekliwy
niż autorzy KP i policzy jakim kosztem dostał te pieniądze to przyjemność
znika.
Interesujące zresztą jest przekonanie że, otrzymane pieniądze drogą
darowizny poniżają a wyrwane pod presją odpowiedzialności karnej nie.
pfraczak  - granice prowokacji   |16.02.2010 00:45:35
właściwie nie chciałem się wypowiadać. Według mnie wygłoszenie tezy
"Neoliberalizm plus jałmużna to już zwyczajny faszyzm. A w każdym razie
projekt totalny" mówi o głębokości analizy przeprowadzone w tekście.

Ale
pomińmy to, a posłuchajmy tego co w komentarzach. I tu dopiero ból i strach o
jakość polskiej lewicy. Kuroń na okładce a w środku etatyzm pełną gębą. Tradycje
polskiej lewicy na Uniwersytecie Krytycznym a z drugiej przymus administracyjny
jako panaceum.

Można uważać, że jałmużna nie rozwiązuje problemów
społecznych - pewnie tak jest. Dla mnie jednak utożsamienie lewicy z
działalnością propaństwową to lekka przesada. Być może Bakunin i Marks się
mylili i państwo nie zostanie ani zniszczone ani nie obumrze. Co więcej zapewne
może ono pomóc w rozwiązaniu tego lub owego problemu, ale je wychwalać i widzieć
w nim jedyny ratunek to przesada…
kardach   |16.02.2010 03:13:32
Tak, to dla pfraczaka zbyt trudne do pojęcia.
kardach   |16.02.2010 03:33:08
Dlatego zastanawiałem się w jakimś artykule, czy, w sytuacji gdy
anarchistyczno-komunistyczne wątki są realizowane doskonale w wersji
libertariańsko-neoliberalnej - prawda, że z dodatkiem gescheftu, ale jednak -
lewica nie powinna rozstać się z socjalizmem.
kardach   |16.02.2010 03:35:02
Tylko wpis nr 12 pochodzi ode mnie, poprzedni nie wiem, od kogo.
kot   |16.02.2010 09:54:30
-Mój.
ost.  - @ pfraczak   |16.02.2010 10:16:03
Poważne pytania. Zasługują na postawienie szeregu nowych pytań…

Polska
tradycja socjalistyczna była przeważnie propaństwowa. Właściwie tylko dwa, trzy
nazwiska antypaństwowe przychodzą mi do głowy - Abramowski, Machajski. Ale już
nie Daszyński, Lieberman, Pużak. To dlatego socjaliści bronili polskiego państwa
w 1920, a potem tworzyli Państwo Podziemne. I Kuroń też był w tej tradycji,
kiedy podkreślał znaczenie niepodległości. Bo czymże jest niepodległość, jeśli
nie własnym państwem?

Co do etatyzmu - tu się znów dwa pytania pojawiają.
Jedno, dlaczego i za co lewica krytykuje etatyzm. Otóż za brak wolności. A czy
dziś, w 2010, największym zagrożeniem dla wolności jest nadmiar państwa, czy
właśnie jego wycofanie? To ważne, bo musimy sobie odpowiedzieć, czy tym, o co
nam chodzi, jest bycie zawsze na przekór państwu, czy poszerzanie zakresu
ludzkiego samostanowienia? Te dwa cele nie zawsze dają się godzić. A jeśli
musimy wybierać, to co wybieramy?

I druga kwestia: czy dziś, w 2010, mamy
problem z tym samym "etatyzmem" co 50 lat temu, czy raczej z nową formą
etatyzmu - tą, którą bada, opisuje i krytykuje np. bliska KP Fundacja
Panoptykon? Może być przecież tak, że walcząc z przedwczorajszym wrogiem nie
dostrzeżemy, że świat się wokół nas zmienił.

Pozdrawiam,
pfraczak  - ost.   |16.02.2010 16:20:23
To bardzo ciekawa i chyba najważniejsza przestrzeń debaty, ale chyba nie pod tym
artykułem :-)
Nie wiem czy do końca rozumiem przedmiot ataku "bliskiej KP
Fundacji Panoptykon", ale jej bym zaufał bardziej niż państwu, co do którego
i "ona" (fundacja) chyba ma pewne zastrzeżenia…
I o o tym jak sobie
państwo ci dawni socjaliści wyobrażali podyskutowałbym chętnie. Bo może
Abramowski był jeden z nielicznych, ale może w sumie miał więcej kontynuatorów
niż by się wydawało. O Kuroniu też bym chętnie podyskutował, bo momentami wydaje
mi się, że zaczyna się nim raczej gębę wycierać niż do niego odwoływać. Ostatnio
przeglądałem wywiad, który z nim przeprowadziłem i jego apel tuż przed śmiercią
http://kongres.ofop.eu/index.php?option=com_conten
t&view=article&id=3:apel&catid=18:tradycje&Itemid= 5 . Może warto krytycznie
podejść do tych wyzwań i je kontynuować?
kot   |16.02.2010 16:58:44
Marks rzeczywiście się mylił, bo zakładał, że państwo zawsze będzie
kapitalistyczne jeśli środki produkcji itd. Nie wyobrażał sobie, że może istnieć
państwo socjalistyczne, i mieć podporządkowany mu podsystem kapitalistyczny.
Praktyka kilku krajów udowodniła możliwość funkcjonowania takiego
ustroju.
Odrzucenie dogmatu własnościowego pociąga za sobą konieczność
przedefiniowania pojęcia socjalizmu. Warunkiem powodzenia jest państwo,
dostatecznie silnie- kierujące się interesami społeczeństwa- aby zrównoważyć
i zdominować kapitalizm.
Michalski trafił w 10.
kot  - Michalski na odwyku   |16.02.2010 17:17:36
,,Europę,, czytywałem na przestrzał, o Dzienniku nie powiem. Do Michalskiego
zaglądałem rzadko i na zaglądaniu się kończyło.

Tu, moim, nieerudycyjnym
zdaniem, Michalski ma świetny okres. Każdy jego tekst, teraz, jest ciekawy lub
ważny.
Co się stało!?

Wyjaśnienia udziela sam w/w w
formule:
intelektualiści dzielą się na tych, którzy zajmują się mistyfikowaniem
rzeczywistości i na tych, którzy ją badają.

Pierwsi korzystają z pańskiego
stołu, drudzy klepią piękna biedę. Rzecz w tym, że jedno wyklucza drugie.


Dziennikarz musi przynudzać gdy:
zajmuje się mistyfikowaniem świętej
władzy i obowiązującej wiedzy, a tylko tacy nadają ton w wielkich
mediach;
chwaleniem, dopieszczaniem, uzasadnianiem,że białe jest czarne i na
odwrót. A to wszak zawsze należało do obowiązków dworskich. Nic za darmo, albo,
albo.
kardach  - Kuroń i Friedman jak brat z bratem   |16.02.2010 18:38:02
Podane linki nie funkcjonują. Może jakieś inne naprowadzenie? Chętnie bym
skorzystał.

Nie wydaje mi się, abym był w sporze z kotem nt. socjalizmu.
Różnica jest czysto semantyczna: ja rozumiem tutaj pod tym pojęciem pewne
rudymentarne sentymenty, które można odnaleźć równie dobrze u Kuronia, jak i
Friedmana (Davida raczej niż jego ojca, ale u ojca też), kot zaś pewne realne
rozwiązania, które zweryfikowały i nadal weryfikują te sentymenty. W źródłowym
sensie socjalistyczny jest dla mnie akwizytor, który za wszelką cenę usiłuje
nawiązać ze mną relację bezpośrednią, a komuną jest dla mnie firma
telemarketingowa kupcząca czymś tam. Kuroń nie umarł, wcielił się w menedżera
takiej firmy. W niej właśnie odnajdujemy jego ducha i ducha rodziny Friedmanów,
którego można określić jednym słowem: stadność (bycie razem jest celem samym w
sobie; dlaczego razem, czy dlatego, aby sprzedać rzecz, czy ideę, jest kwestią
drugorzędną).

A zatem, moje pytanie: "Czy lewica nie powinna rozstać się
z socjalizmem?" przeformułowałbym tak: "Czy lewica nie powinna rozstać
się z Kuroniem (czytaj: z kulturą telamarketingu, czy innego marketingu
bezpośredniego)?
Erich   |21.02.2010 15:58:46
Dorzuciłbym garść wątpliwości.

1. Być może Michalski wylewa dziecko z
kąpielą. Rozumiem zarzut wobec wielkich, którzy jedną licytacją usprawiedliwiają
swoją szemraną działalność. Nie zgadzam się, że mechanizm pomocowy oprzeć można
wyłącznie na filantropii bogatych. Ale czy pomoc bezpośrednią, której udzielam
momentalnie, choćby na ulicy, należy potraktować jako w istocie taką samą? A
może spotkanie z drugim człowiekiem twarzą w twarz zmienia charakter pomocy, np.
w duchu przyjęcia odpowiedzialności za czyjeś cierpienie, może ma efekt
pozytywny - budowanie więzi, których nie wytwarza się w relacji z instytucją
państwową, a w relacji z drugim człowiekiem tak itp.
2. Czy Michalski nie
fetyszyzuje, esencjalizuje pieniądza? Pytanie: czy dla odbierającego pomoc
istnieje różnica między piątakiem, bułką i pomocą fizyczną. Jeśli nie, to
zgodnie z tą logiką należałoby uznać, że człowiek posiadający więcej siły
fizycznej, który pomaga mi przenieść ciężki przedmiot, poniża mnie na tle
sprawności ciała. A przecież to absurd, bo powinno się na tej zasadzie wykluczyć
jako niemoralne wszystkie gesty pomocy bezpośredniej. No chyba że rzeczywiście
pieniądz ma jakąś "magiczną" moc poniżania…
3. Kto nad kim ma władzę
w relacji pomagający-potrzebujący pomocy? Czy na pewno pieniądz jest
wystarczającym argumentem potwierdzającym naszą władzę nad żebrakiem? A może to
właśnie szukający pomocy ma przewagę, bo budzi w ofiarodawcy wyrzut sumienia, że
mam coś, co nie do końca jest jego własnością?

Jakoś mnie, bom chłop prosty,
niepokoi, że znajdujemy kontruzasadnienia dla prostych gestów międzyludzkich.
Nie dziel się jedzeniem, bo panuje świńska grypa (jak informowały plakaty), nie
wrzucaj piątaka, bo poniżasz, itp.
Rylew  - Erich,   |23.02.2010 06:37:58
rozumiem Twoje wątpliwości, mam podobne, ale tutaj (na lewicy) nie chodzi chyba
o złe skutki *prostych gestów międzyludzkich*. Te są różnie odczuwane, w
zależności od indywidualnych cech osobowych biorcy. Są tacy którzy zbieraniem
jałmużny zajmują się *byznesowo* i takim są pewnie obce uczucia poniżenia,
odrazy, wykluczenia.
Nie mają chyba także tych doznań np. żebrzące dzieci w
bardzo biednych krajach w których ogólna bieda i żebractwo stały się dniem
powszednim.
Innym, którym kiedyś w dzieciństwie wpojono, że człowiek powinien
utrzymywać się ze swojej pracy uczucia te nie byłyby obce, obojętnie czy chodzi
o chleb, datek do ręki, czy zasiłek dla bezrobotnych.
Znam ludzi, którzy nie
przyjęliby żadnej pomocy nawet od bliskich.
Trzeba odróżniać sytuacje gdy jeden
drugiemu pomoże skopać działkę lub postawi piwo nawet nieznajomemu od sytuacji
braku środków do życia.
Brak środków do życia stawia człowieka w sytuacji
wykluczonego, kogoś gorszego, kto nie nadaje się. Uwłacza to godności
własnej.
Lewicy chodzi o godność człowieka, a tę najlepiej zachować utrzymując
się z własnej pracy.
Ustrój społeczny, organizacja społeczeństwa powinny być
takie, aby każdy mógł się utrzymać ze swojej pracy. System w którym akceptuje
się bezrobocie jest systemem odbierającym ludziom godność.
Dlatego w sytemach
w których jest więcej socjalizmu niż indywidualizmu,
bezrobocie jest niskie lub
żadne, a pomoc socjalna jest obowiązkiem społeczeństwa wobec tych którzy z
różnych względów pracować nie mogą.
wtedy konieczna jest świadomość społeczna,
że taka pomoc się należy bez żadnej łaski. Pomijam już tutaj względy
ekonomiczne.

Dlatego nadal możemy chyba bez wyrzutów sumienia wrzucać monetę
do kapelusza, postawić obcemu piwo, a czasami dać także menelowi na winiacho :).
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 16.02.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.09542 Seconds