|
Najnowszy film Stephena Daldry’ego Lektor został okrzyknięty arcydziełem na długo przed premierą w Polsce. Oczywiście wpłynęły na to wyniki tegorocznych Oscarów i nagroda dla Kate Winslet za najlepszą rolę kobiecą.
Ten „uniwersalny dramat miłosny” okraszony szczyptą zbrodni powstał na podstawie skądinąd doskonałej powieści Bernharda Schlinka pod tym samym tytułem. Książka wywołała w połowie lat 90. wiele kontrowersji. Miała jakoby przekonywać czytelników, iż Niemcy w okresie II wojny światowej zostali tak mocno „oczarowani” przez reżim, że należy zastanowić się, na czym w takim razie polega ich wina. Niepiśmienną Hannę porównywano do nieświadomego ideologicznego niebezpieczeństwa społeczeństwa III Rzeszy.
W filmie Daldry’ego, podobnie jak m.in. we wcześniejszych Godzinach (2002), mamy do czynienia z dramatem kobiety, która – przygnieciona balastem historii, polityki, ideologii – poświęca siebie jako ta jedyna, ostatnia sprawiedliwa na ławie oskarżonych. Ale zacznijmy od początku.
Film jest zbudowany na retrospekcjach. Mamy do czynienia z trzema płaszczyznami czasowymi. Chronologicznie są to: rok 1958, 1966 i czasy współczesne. W Berlinie lat 50. 16-letni Michael przypadkowo poznaje starszą od siebie kobietę – kontrolerkę biletów tramwajowych, która udziela mu pomocy na ulicy. Jej bezinteresowność, pewność siebie i aura tajemnicy przyciągają Michaela. W ten sposób rozpoczyna się gorący romans bez zobowiązań, który z czasem zostaje wzbogacony rytuałem wspólnego czytania książek. Hanna przy każdej wizycie prosi swojego kochanka, aby przeczytał jej fragment jakiejś historii, którą ona będzie mogła przeżyć. Zaślepiony gorącym uczuciem Michael nie zauważa, że Hanna Schmitz nie potrafi czytać. Gdy romans się kończy, Hanna, niczym dobra, uczynna matka, „obmywa” młodego kochanka z doświadczenia, którego ona sama była częścią. Ta scena jest tak patetyczna, że można by się zastanawiać, czy chodzi tylko o symboliczną ablucję, czy może bohaterka dosłownie usuwa z ciała niewinnego „dziecka” swój brud. W tym miejscu kończy się pierwsza, melodramatyczna część filmu.
W roku 1966 Michael jest już studentem prawa i w ramach seminarium uczestniczy w jednym z procesów załogi SS obozu Auschwitz-Birkenau. Prawdopodobnie filmowy proces jest wzorowany na serii procesów frankfurckich 1963-76. (Zgodnie z historyczną prawdą w tamtym okresie nie sądzono nadzorczyń, tzw. aufzejerek - die Aufseherinnen. Jedyny proces kobiecej załogi Auschwitz-Birkenau miał miejsce w trakcie tzw. pierwszego procesu oświęcimskiego w Krakowie w 1947 roku. Wtedy to na ławie oskarżonych zasiadła m.in. Maria Mandel - druga kierowniczka obozu kobiecego Birkenau, Therese Brandl czy Alice Orlowski. Później zdarzały się procesy, w których sądzono kobiety, ale zawsze były to pojedyncze osoby). W takim własnie momencie historycznych rozliczeń Michael kolejny raz spotyka Hannę, słucha jej zeznań i jest wstrząśnięty (bądź, zgodnie ze scenariuszem, podobnie jak widzowie powinien być wstrząśnięty) przeszłością kochanki. Druga część filmu wpisuje się zatem w nurt walki społeczeństwa niemieckiego o powojenną tożsamość.
Wybierając kobietę na głównego bohatera filmu, Daldry w dość prosty i banalny sposób próbuje zwrócić uwagę na fakt, iż narodowy socjalizm dotykał wszystkich Niemców bez względu na różnice społeczne czy płeć. Postać Hanny kontrastuje z innymi oskarżonymi, które wyglądają jak potwory, okrutne herod-baby żądne krwi niewinnych ofiar. Wśród nich biedna, niepiśmienna Hanna, która była tylko trybikiem ogromnej machiny Zagłady, a na dokładkę nie potrafiła czytać… Wszystko to wygląda bardzo miałko, momentami żenująco i śmiesznie. Nie ma miejsca na refleksję nad kondycją społeczeństwa niemieckiego czy austriackiego lat 50. i 60. Nie ma słowa o przełomie, jakim był proces Eichmanna. Pojawiają się natomiast górnolotne stwierdzenia, iż prawo jest ponad wszystko: dura lex, sed lex itd.
Czasy współczesne stanowią w Lektorze jedynie kontekst, coś w rodzaju klamry, epilogu. Są nieudaną próbą przekonania widza, że ofiara Zagłady nigdy nie przebaczy swojemu sprawcy. Klasyczny holocaustowy podział na sprawców i ofiary (nie ma tu miejsca na świadków) został również rozegrany pomiędzy kobietami. Natomiast postać Michaela (Ralph Fiennes) ma symbolizować tzw. drugie pokolenie ludzi dorastających w Niemczech już po wojnie w atmosferze tajemnicy i milczenia. Film zatem dodatkowo pokazuje bądź miał pokazywać jego drogę do odzyskania świadomości Zagłady. Michael reprezentuje postpamięć, ponownie w dość nieudolny sposób.
Jeśli ktoś ma po raz kolejny ochotę na wątek zamiany miejsc (kat, ofiara), kraty, numery, pasiaki i naukę czytania z taśm magnetofonowych, polecam obejrzeć Lektora do samego końca. W tym filmie rzeczywiście jest prawie wszystko, od gorących scen rozbieranych po samobójstwo, przypominające łzawą scenę wchodzenia do rzeki ze stosem kamieni w kieszeniach.
Z marzeń o stworzeniu filmu rozliczeniowego, przenoszącego spojrzenie z ofiary na sprawcę, pozostały tylko dobre chęci. Na ekranie widać wyłącznie banał, na dokładkę zagrany w klasyczny, mało zaskakujący sposób. W końcu jeśli mamy do czynienia z aufzejerką, to musi być mundur (choćby kontrolerki), dziarska mina i silne męskie spojrzenie. Brawa za uniknięcie stereotypów i walkę z kliszami!
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...