|
Nie ukrywam: bardzo czekałem na ten film. Nie tylko dlatego, że byłem
ciekaw, jak z postacią Popiełuszki zmierzy się reżyser. Ksiądz Jerzy to
bowiem nie tylko wyzwanie dla reżysera, lecz także ktoś, kto nie pasuje
do żadnej z dominujących opowieści o Polsce. Jego śmierć to niewygodny
fakt dla tych, którzy chcieliby pospiesznego pojednania obu stron
dzielącego Polskę przez lata 80. konfliktu, bez mówienia o wyrządzonych
wówczas krzywdach. Jego życie i działalność to z kolei
niewygodna okoliczność dla tych, którzy na początku lat 90. walkę o
prawa, interesy i godność ludzi pracy zastąpili prywatyzacją,
„przyspieszeniem”, powrotem do kapitalistycznej normalności. Jego
nonkonformizm, autentyczność, gotowość do buntu kosztem ogromnego
ryzyka to wreszcie wyzwanie dla wszystkich, którzy chcieliby po prostu
znaleźć sobie wygodne miejsce w świecie, w którym żyją, przymykając
oczy na wpisaną weń niesprawiedliwość. Jako męczennik jest też
Popiełuszko wyzwaniem dla polskiej kultury, zbudowanej, jak uczy Maria
Janion, na umiejętności rozmawiania ze zmarłymi, na intymnej
komunikacji między żyjącymi a tymi, którzy odeszli. Zdolność
podtrzymywania tej rozmowy – a film o Popiełuszce może być jej
papierkiem lakmusowym – to sprawdzian zdolności polskiej kultury do
życia i tworzenia nowych wartości.
Prawdę mówiąc, idąc do kina,
spodziewałem się, że zobaczę hagiografię. Niekoniecznie arcydzieło
(choć i hagiografia może być arcydziełem), ale poruszającą opowieść,
która pozostawi mnie w przekonaniu, że warto zmieniać świat albo
chociaż że warto być lepszym człowiekiem. Albo ciekawą opowieść o
Polsce, w której postać Popiełuszki posłuży jako pryzmat, zmuszający do
spojrzenia na nią w jakimś innym świetle, w nowy sposób. Albo ciekawy
film religijny… Niestety, film sprawia wszelkim oczekiwaniom srogi
zawód. Zbudowany jest jak western: strzelają, konspirują, uciekają,
gonią, chowają się, biją. Postacie są jednowymiarowe, wyraziście dobre
albo złe, bez dylematów, bez większych namiętności. Sam Popiełuszko,
który musiał być przecież w rzeczywistości człowiekiem żarliwym i
nietuzinkowym, jest przedstawiony dość bezbarwnie. Nie widać
namiętności, która nim kieruje. Nie budzi żadnych kontrowersji.
Sympatyczny, pobożny, dobry dla ludzi i dla zwierząt… trudno sobie
wyobrazić, że komuś mógłby w ogóle przeszkadzać.
Film powstał na
styku ideologicznych interesów IPN i polskiego Kościoła – o patronacie
IPN i honorowym patronacie kilkunastu (!) biskupów dowiadujemy się z
napisów końcowych. Wyraźnie odbija się to na jego zawartości. PRL to po
prostu kraj pod okupacją, a zarazem państwo, którego istotą jest
głównie to, że bije i zabija swoich obywateli. Jest w nim mnóstwo
agentów. Sprawa agentów jest nieco problematyczna (stanowiska Kościoła
i IPN są w tej kwestii trochę rozbieżne), ale znalazło się rozwiązanie
kompromisowe. Film pokazuje, jak niszczący i szkodliwy był wpływ agentury na
życie codzienne ludzi, ale z drugiej strony przykład Popiełuszki
demonstruje możliwość przebaczenia i nieinteresowania się tym, kto
jest, a kto nie jest donosicielem. Kościół to wręcz marmurowy monolit:
żadnych wewnętrznych konfliktów, żadnych sporów czy różnicy zdań.
Jednym słowem – same propagandowe klisze i ani jednego poważnego
pytania o trudne i zawikłane dziedzictwo naszej najnowszej historii.
Popiełuszko, kimkolwiek naprawdę był, z pewnością zasługuje na lepszy
film.
Ale być może prawdziwy film o Popiełuszce musiałby dokonać
rzeczy niemożliwej – skonfrontować tę postać z realiami polskiej
transformacji. Gdyby ubecy znali przyszłość, to może zamiast katować
księdza Jerzego przeczytaliby mu po prostu kilka zdań z Centesimus annus?
„Kościół docenia pozytywną rolę zysku” – jak na te słowa Jana Pawła II
zareagowałby „duszpasterz robotników”? A gdyby jakimś cudem przeżył,
jakie miejsce znalazłby sobie w nowej rzeczywistości? Czy wraz z
papieżem przestawiłby się z obrony godności pracy na docenianie
pozytywnej roli zysku, zostając np. kapelanem PKPP „Lewiatan”? Czy też
razem z ks. Tischnerem piętnowałby w nowych warunkach jako „postawy
roszczeniowe” te same marzenia o lepszym życiu, które doprowadziły do
upadku PRL? A może podobnie jak ks. Jankowski przekwalifikowałby się z
tematyki związkowej na antysemityzm? Albo jak ks. Isakowicz-Zaleski
nadal by walczył o sprawiedliwość, ale już głównie o tę, której nie
było przed 1989, nie zaś o tę, której brakuje teraz? A jeśli miałby
pozostać Popiełuszką-duszpasterzem robotników, to jaki by musiał być? I
czy demokratyczne media III RP traktowałyby go lepiej niż kiedyś
reżimowi dziennikarze? Jak by to w ogóle mogło wyglądać?
Jest
faktem, że po roku 1989 świat pracy w Polsce nie miał – i nie ma – swojego Popiełuszki. Ktoś taki byłby dziś pewnie po prostu niemożliwy.
—
Czytaj też: Trup Popiełuszki - felieton Krzysztofa Tomasika.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...