Nowość w sklepie kp

odczarowanie_okladka_m.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Żeby było weselej, napiszę, jak Cię pamiętam. Pochylnia z Sali Śniadeckich, ty lecisz na czele grupy robotników i studentów goniąc bojówkę endecką, która chciała rozbić wieczór poezji różnych narodów. Masz taką minę wilkołaka, jaką umiałeś robić, zęby na wierzchu, oczy wytrzeszczone, w ręku trzymasz szczątki krzesła. I wyjesz.
list M. do Czesława Miłosza, Rok myśliwego
Advertisement
Martela: Infantylna wojna Drukuj
Borys Martela   
26.09.2009
tarantino.jpgBękarty wojny to film nastolatka, który historii uczył się nie z książek, lecz z kina. I jest na tyle bogaty, by kręcić, co mu się żywnie podoba.

Najnowszy film Quentina Tarantino rozpętał burzę na portalu Krytyki Politycznej. Adam Ostolski widzi w Bękartach wojny amerykańską agitkę uzasadniającą użycie siły na arenie międzynarodowej. Dla Jarosława Pietrzaka film Tarantino to przede wszystkim dowód na to, w jaki sposób liberalny dyskurs postrzega nazizm jako problem moralny, a nie produkt określonego systemu politycznego i społecznego.

Skąd tak duże kontrowersje wokół najnowszej produkcji Tarantino? Bękarty wojny to z pewnością nie pierwszy film przygodowy (by przypomnieć choćby serię z Indianą Jonesem), w którym szwarccharaktery noszą niemieckie mundury. To również nie pierwszy obraz, w którym historię II wojny światowej przedstawia się w sposób odbiegający od faktów. W głośnym swego czasu filmie Pociąg życia grupa Żydów porywa niemiecki pociąg, by w przebraniach nazistów uciec do Palestyny.

W tym ostatnim wypadku - podobnie jak u Tarantino - również chodziło o to, by opowiedzieć historię, która nigdy się nie wydarzyła. Z tą jednak różnicą, że w Pociągu życia chodzi o uratowanie ludzi, którzy byli skazani na pewną śmierć. W Bękartach wojny reżyser idzie dalej i odwraca role - ofiary stają się mścicielami. Żydowskie komando grasujące na tyłach wroga robi wszystko, by nie musieć odpowiadać na pytanie tak często pojawiające się po Zagładzie, czyli jak to się stało, że miliony ludzi bez walki szły na śmierć?

Motyw zemsty był kluczowy zarówno w Kill Billu, jak i w Death Proof, dwóch wcześniejszych filmach Tarantino. Nigdy nie wzbudzał jednak tyle emocji, co teraz, a to dlatego, że wcześniejsze produkcje spowijała atmosfera umowności. Wojownicy kung-fu, samuraje, azjatycka mafia, amerykańscy gangsterzy - wszystkie te postacie znane były z niezliczonych komiksów i filmów klasy B. Tym razem za inspirację posłużył Tarantino tragiczny XX-wieczny konflikt. Potraktował go jednak po swojemu, odrealniając historię i filtrując ją przez sito swojej ukształtowanej przez pop-kulturę wyobraźni.

Podejrzewam, że inaczej nie potrafi. W Bękartach wojny widać nie tyle zdiagnozowaną przez Pietrzaka dominację dyskursu liberalnego, co dominację popularnego kina, którym reżyser przesiąkał od najmłodszych lat. Dla wychowywanego przez samotną matkę małego Quentina (ojciec odszedł niedługo po narodzinach dziecka) kino stało się nie tyle najważniejszą rozrywką, co sposobem na życie. Oglądał kilkaset filmów rocznie, a gdy dorósł, godzinami o nich rozmawiał z klientami wypożyczalni kaset wideo, w której dorabiał. Przesiąkał schematami fabularnymi, których teraz nie potrafi odrzucić.

W jego trzech ostatnich filmach przedstawiony świat jest okrutny i pełen przemocy, ale też niepozbawiony specyficznej równowagi. Źli faceci (i kobiety) dostają za swoje, a bohaterowie wychodzą zwycięsko z najkrwawszych potyczek. Nawet jeśli umierają, to nigdy biernie - zawsze walczą do końca. Innych historii Tarantino opowiadać nie umie. Nic więc dziwnego, że film o II wojnie światowej też wyszedł właśnie taki. W tym sensie Bękarty wojny dowodzą bezsilności reżysera w zmierzeniu się z tematami trudnymi, które wymagają zastosowania innego języka. Tarantino może nadal z wyczuciem żonglować cytatami, wspaniale prowadzić akcję i pisać świetne dialog, ale nie wykracza poza horyzont zakreślony w poprzednich filmach. Mimo że chwycił za temat, który - jak niegdyś Stevenowi Spielbergowi - dawał szansę zrobienia filmu poważnego, nadal woli tworzyć filmowe fantazje. Z prób stworzenia nowych rozwiązań szybko zrezygnował. Jak przyznał w jednym z wywiadów, scenariusz zaczęło mu się pisać dobrze dopiero w momencie, gdy odrzucił realia historyczne.

Tarantino nie potrafi być poważny. Nawet gdy pokazuje okrucieństwo, to w sposób umowny. Choć jest oskarżany o gloryfikowanie przemocy, to w jego filmach prawdziwej przemocy tak naprawdę nie ma. Jest tylko udawanie i estetyzowanie okrucieństwa. Ukazanie przemocy w sposób realistyczny, odarłoby jego filmy z całej zabawy oraz wymagałoby zmierzenia się z czymś na poważnie. Na to reżyser nie chce się zgodzić. Jest jak wielkie dziecko, które bawi się postaciami na ekranie, jakby to były zabawki G.I. Joe.

Sukces komercyjny Bękartów wojny pokazuje, że niemoc reżysera nie zniechęca widzów. Wielu z nich ma ochotę obejrzeć film, w którym sprawiedliwość rodem z komiksu zostaje wreszcie zaprowadzona. Może to dowodzić tezy, że nie tylko Tarantino, ale i publiczność jest coraz bardziej zdziecinniała. Ale nie obawiałbym się tego, że Bękarty zapoczątkują modę na kolejne tego typu produkcje. Co roku na ekrany trafia co najmniej kilka nowych filmów o II wojnie światowej i Holokauście, które trzymają się historycznych ustaleń. Film Tarantino to jednak nadal wyjątek.

Komentarze
crystiano  - Ale się uczepiliście   |27.09.2009 04:41:30
Tarantina. Nie wiem, czego tak naprawdę po nim oczekiwaliście? Powieści
filozoficznej, bajki z morałem? Przemoc jest w każdym filmie - dlaczego właśnie
"Bękarty" ją uzasadniają? A nawet jeżeli, to co w tym złego? Co jest
złego w przedstawieniu Żydów zabijających Niemców? Oczekujecie chyba rzeczy,
które w filmie nie mogły się pojawić z jednej przyczyny - z dobrego kina akcji i
czarnej komedii stałby się niezjadliwą papką dla kilku "koneserów".
mcphisto   |27.09.2009 05:34:45
popieram przedmówcę. szukacie dziury w całym, irytują mnie strasznie wasze
recenzje "Bękartów". to nie jest film, który zasługuje nawet na waszą
uwagę, a czytając pełne oburzenia recenzje mam nieprzyjemne wrażenie, że czytam
"nasz dziennik", albo materiały wyborcze pis’u.
Shafer   |27.09.2009 06:50:13
http://jazziolodupeczki.blogspot.com/2009/09/bekar ty.html
mhnatiuk   |27.09.2009 15:11:36
ekstra, swietna recenzja! Pojedzmy Tarantino po matce i ojcu i ze smutny
chlopak, bo sie filmow naogladal, w glowie mu sie od popkultur poprzewracalo -
lepiej ksiazke by poczytal, a jeszcze lepiej - taka, co ja KP wydalo. Wtedy by
stworzyl swietne dziela na miare Sasnala i Zmijewskiego! Ech, pieknie, wtedy
bedziemy miec publicznosc dojrzala, bedzie ele-ga-ncko! Ani troche przemyslen o
tym, ze sama zabawa z fantazja o zaprowadzeniu takiej sprawiedliwosci moze byc
po prostu ciekawa. Czy ciekawosc tez musi byc lewicowa albo empatyczna? A moze,
idac tropem sztuki hermeneutycznej tak dobrze wyznaczonej przez szanownego
autora, moze matka szanownego autora nie kochala, ojciec opuscil - i patrzcie
panstwo, przez to kolega nie moze sie wyluzowac.
Powaznie to tendencje do
redukowania tworczosci do watkow biograficznch ma swoja tradycje i to, szanowny
autorze!, tradycje juz dosc dobre w historii literatury/filozofii/etc.
skrytykowane.
wordsinvaders1   |28.09.2009 05:00:37
Nie wiem w zasadzie o co KP chodzi.. Tarantino nie wymyślił jako 1
alternatywnych rozwiązań końca II wojny - pełno tego w lit. S-F, grach, filmach.
To, że film nie jest referencyjny względem realiów historycznych jest dla mnie
śmiesznym argumentem. A tak w ogóle czy to jest film o wojnie??? Czy oczekiwanie
zaangażowania społecznego (Pietrzak) od reżysera hollywoodzikiego nie jest
wyrazem ułańskiej fantazji albo totalnej ignorancji realiów świata filmowego? Ja
bym sugerował przemyślenie tego filmu w kontekście pracy Uklańskiego
"Naziści" a nie poszukiwanie treści których nie da się znaleźć. Mam
wrażenie, że KP w filmie Tarantino poszukuje jakiegoś "Graala
zaangażowania". Ale u Tarantino??? Zaangażowanie??? To może poszukajmy igły
w stogu siana? - przynajmniej rezultaty takich działań wydają się być bardziej
obiecujące.
goral27  - ROTFL   |28.09.2009 07:18:39
panie Jarku, po prostu ROTFL…
Anus Dei  - Infantylna recenzja   |28.09.2009 16:15:01
null"Mimo że chwycił za temat, który - jak niegdyś Stevenowi Spielbergowi -
dawał szansę zrobienia filmu poważnego, nadal woli tworzyć
filmowe fantazje."
s

Czy was tam wszystkich pogrzało? Czy tam u was nie ma nikogo już z
jajami? Co tekst o tym filmie to głupszy. Co z tego, że temat "dawał
szansę zrobienia filmu poważnego" kiedy Tarantino wcale NIE CHCIAŁ
kręcić filmu poważnego! Kolejnego dyktowanego przez dyskurs politycznej
poprawności gniota o okropnościach wojny, w którym
obowiązkowo musiałby pojawić się choć jeden dobry i
szlachetny Niemiec, choć jeden Polak-szmalcownik, a w
tle pobrzmiewałaby rzewna melodia skrzypiec. Takich filmów powstało
już dużo. Może nawet za dużo. Zarzucanie Tarantino, że nie nakręcił
filmu poważnego jest równie absurdalne jak pretensje do Wesa Cravena,
że nie kręci komedii romantycznych.

null"Może to dowodzić tezy, że nie tylko Tarantino, ale i publiczność jest
coraz bardziej zdziecinniała."
s

Ja tutaj obserwuję wyłącznie zdziecinnienie autora recenzji, który jest
ślepy na coś takiego jak konwencja w sztuce i NAIWNIE domaga
się poważnego tonu i "historycznych ustaleń" od kina z
założenia groteskowo-jajcarskiego (z którego jednak można wyczytać wiele
poważnych treści, ale nie dosłownie z fabuły, raczej poprzez refleksję
nad formą). Jest tyle możliwych, ciekawych i sensownych
możliwości interpretacyjnych filmów Tarantino w odniesieniu do
kontekstu kulturowego, a recenzenci Krytyki Politycznej odkrywają Amerykę w
konserwach, że "Inglorious Basterds" nie dadzą
się zaszeregować koło "Listy Schindlera".
Spokojny   |28.09.2009 16:50:03
Tarantino pokazuje okrutny aspekt natury w sposob groteskowy i smieszny. Dla
okrutnego aspektu natury nie ma rzeczy swietych. Dla KP jak widac rzeczy swiete
istnieja. Tarantino rzeczy swiete przekracza. Wszyscy kiedys umrzemy.
Najwznioslejszy lewicowy moralista spocznie obok najpodlejszego
kapitalistycznego krwiopijcy i beda rowni. Z tego sie tylko smiac mozna i
Tarantino od lat z powodzeniem to robi. O "martyrologii" ma tyle do
powiedzenia, ze podobna mamy w kazdej lodowce na swiecie. A wy piszecie
natchnione pierdoly. Ludzie sie smieja na filmach T. bo one dotykaja czegos, od
czego polityczna poprawnosc jest lata swietlne oddalona. Smiech jest
rozladowaniem napiecia miedzy niewyrazalna rzeczywistoscia a przegadanym
zaklamaniem.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 26.09.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »